Felietony

Chała-Bała. Trzecie podejście do koniunktury w polskiej prozie

Weronika Gogola
2822 odsłon

„Gra pozorów” Sadzika znowu na chwilę ożywiła polską bańkę literacką. Warto podkreślić, że zasięg wszystkich literackich dyskusji jest ograniczony – czasem napominam o czymś znajomym spoza świata literackiego i okazuje się, że żadna z naszych burz do nich nie dociera, niektórzy nie słyszeli nawet o sporze Kuciel-Frydryszak z wydawcą, pomimo sporej jego medializacji. Na Słowacji mówi się, że ktoś wywołał burzę w nocniku. Po naszych dyskusjach też najczęściej zostaje to wrażenie – budzimy się z ręką w nocniku. Być może dlatego – mimo sporych wątpliwości, czy powinnam po raz kolejny angażować się w temat koniunkturalizmu polskiej prozy, skoro zabrałam głos w sprawie w swoich poprzednich tekstach dla „Notatnika Literackiego”[1] – postanowiłam zamknąć swój tryptyk pod roboczym tytułem Chała-Bała tekstem bardziej osobistym. Przyglądam się w nim własnej autorskiej ścieżce i przedstawiam indywidualną historię zmagania się z koniunkturą.

Wciąż będę bronić swojej tezy, że wiele osób piszących idzie na łatwiznę i tańczy tak, jak im zagrają. Oczywiście granica błędu jest dosyć duża, kieruję się bowiem intuicją, a nie twardymi danymi. Artystów dzielę jednak na tych, którzy są jak Boney M., i tych, którzy chcą być jak David Bowie.

Jako czytelniczka wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, o co chodzi z tym kiczem w prozie, dlaczego tak wygodnie się w niej umościł – nie jako celowa gra z konwencją czy formą, tylko jako dominujący środek, który ma zwabić czytelników jak muchy na lep. Podobnie jak talerze z reprodukcjami Klimta czy Muchy, kicz oddziałuje na szerszego odbiorcę, przynosząc mu poczucie obcowania z wysoką kulturą – spełnia więc jego aspiracje bez zbytniego angażowania aparatu poznawczego, którego polska szkoła nie wyposażyła zapewne w odpowiednie narzędzia. Polska proza udająca prozę poetycką, wysoką, grającą z formą, podszywająca się pod nią, daje zatem autorkom gwarancję zachwytu wszystkich ludzi z aspiracjami – a ponieważ klasa średnia rozszerza swój zasięg wraz z rosnącym dobrobytem, to istnieje spora szansa na powiększenie grona odbiorców o neoliberalnych czytelników „Książek. Magazynu do czytania”. Oczywiście nie ma się co obruszać na to, że ludziom podoba się Boney M. Nasze gusta kształtują się już od małego i mimo nabożnych życzeń rodziców większość dzieci sięga po pstrokatą plastikową zabawkę, a nie ekologiczne drewniane klocki. Skoro jako dzieci wybieramy pstrokaciznę, jako dorośli prawdopodobnie też sięgniemy po tekst inkrustowany coelhizmami (a przynajmniej zrobi to większość z nas). Jaka jest jednak zasadnicza różnica między drewnianymi klockami w kolorach ziemi a krzykliwą zabawką z plastiku? Kto decyduje o tym, że drewniane klocki sprzyjają rozwijaniu poczucia estetyki lepiej niż plastikowa zabawka? I do jakiej kategorii przyporządkować klocki Duplo? Przecież są plastikowe, a snobistyczne gusta i tak uznają je za wartościową zabawkę.

Podobnie jest z prozą. Co jest odpowiednikiem klocków Montessori (proza Manna, Kafki?), co krzykliwym plastikowym pieskiem (Coelho? Wharton? young adult?), a co klockami Duplo (Pratchett, Le Guin?)? Gdzie przebiega granica? Wydaje mi się, że w kwestii muzyki tę dyskusję mamy już dawno za sobą, ale jeśli chodzi o prozę, określenie tego, co jest popowe, a co „wysokie”, wciąż stanowi dla nas problem. A jeśli nie samo określenie, to potrzeba tworzenia tych podziałów.

Jako czytelniczkę w ogóle mnie to wszystko nie obchodzi, czytam Roberta Walsera i Dolly Alderton with no regrets. Zastanawiam się również, jakim klockiem w tej grze sama chcę być – zasięgi kuszą, ale mam jakieś ambicje, dlatego w mojej głowie nieustannie trwa monolog. Jak wszystkie te refleksje o świecie zamienić w uniwersum Duplo? Nie tylko wydawcy chcą, żeby książka się sprzedawała, powiedzmy to sobie otwarcie.

Pamiętam, jak w klasie maturalnej polonistka wręczyła nam książki z cytatem z Kawafisa i jak ogromne wrażenie zrobił na mnie wtedy wiersz o Itace. Podejmując decyzję o poświęceniu się – znamienne, że w języku polskim używa się właśnie tego słowa – pracy twórczej, wiedziałam, że to droga jest dla mnie najważniejsza. Tymczasem szybko przekonałam się, że kiedy już raz osiągniesz sukces, wymagać będą od ciebie Itaki, i to w wersji instant. Zapraszam zatem do prześledzenia mojej kariery zawodowej (po dekadzie na rynku chyba mogę użyć tego sformułowania). Wykorzystam tutaj samą siebie jako materiał do analizy zagadnienia pt. „Droga pisarki po udanym debiucie”, aby zrozumieć, co może być główną przyczyną koniunkturalizmu. Po dziesięciu latach aktywnego pisarstwa mogę bowiem powiedzieć: pisanie stało się dla mnie przede wszystkim walką o wolność twórczą.

Mój debiut również nie uniknął posądzeń o koniunkturalizm (przypominam, że chłopomania już wtedy była trendem). Oczywiście pisząc bez pewności, czy książka zostanie wydana, nie myślałam o koniunkturze – lata dziewięćdziesiąte pojawiły się w Po trochu, ponieważ należę do pokolenia, które wtedy wyrastało, a wieś była naturalną scenerią mojego wchodzenia w nazywanie. Rozumiem jednak, że komuś ta książka mogła się wydawać kopią tekstów Grzegorzewskiej czy Płazy, które wyszły w podobnym czasie, rozumiem też oburzenie, kiedy ktoś wyraża sądy o koniunkturze. Mimo wszystko nie byłabym tak radykalna w zakazie stawiania zarzutów.

Moja powieść doczekała się szerokiej recepcji (była więc klockiem Duplo!), a także nominacji do najważniejszych nagród literackich w Polsce, w tym Nike czy Angelusa, wreszcie otrzymała Nagrodę Conrada. Propozycje wydania kolejnej książki posypały się bardzo szybko. „Pani Weroniko, najlepiej by było, gdyby napisała pani drugie Po trochu” – usłyszałam od redaktorki jednej z największych oficyn. Szybko też dostałam zaproszenie do napisania tekstu do antologii pisarzy ze wsi oraz propozycję wstąpienia do stowarzyszenia pisarzy ze wsi – miałam wrażenie, że jeśli pociągnę ten temat jeszcze chociażby przez jeden akapit, to zamienię się w laleczkę z cepelii. Czułam, że swoim debiutem wypowiedziałam już wszystko w kwestii mojego stosunku do wiejskiego pochodzenia i jego znaczenia w formowaniu się mojego kosmosu, że jest kompletny. Próbowałam zatem pisać opowiadania. Jedno, opublikowane w „Znaku”, było nawet całkiem dobre, ale reszta okazała się raczej miałką watą. Mogłaby ona co prawda przedłużyć mój cykl wydawniczy, lecz intuicja zwyciężyła – nie chciałam publikować czegoś, co będzie letnie. Poza tym propozycje finansowe ze strony wydawców były na tyle nieatrakcyjne, że nie musiałam bać się o koniunkturę. Mój pociąg po debiucie odjechał, nie wykułam z żelaza nic gorącego. Ale przecież znajdowałam się już w innym punkcie życia, po przeprowadzce na Słowację, i aktualnie interesowało mnie coś innego: spojrzenie na Polskę z zewnątrz, podszczypywanie polskości i mierzenie się z nią – a także pokazanie Polakom Słowacji.

Z drugą książką, która wyszła cztery lata po debiucie, skręciłam więc w stronę non fiction. Ufo nad Bratysławą zostało przetłumaczone na słowacki i o ile w Polsce nie spotkało się z ciepłym przyjęciem, to na Słowacji zyskało własne życie. Niemniej – chociaż sporo recenzji było krytycznych, często zasłużenie, bo pisałam w trudnym dla mnie czasie: ciąży, połogu, operacji dziecka i książka miała swoje mankamenty – sprzedaż (ta jest przecież kluczowa!) była chyba zadowalająca, bo redaktor po roku zaproponował mi napisanie kolejnej książki o Słowacji. Po premierze dostałam też propozycję pisania do polskich mediów o tym kraju, w słowackich mediach pisania o Polsce, TVN Style zaprosiło mnie do programu „Jestem z Polski”, słowacka telewizja chciała ze mną gotować bigos i tak dalej. Ledwo uciekłam z butów „autorki ze wsi”, a już chciano mnie wsadzić w buty „baby od Słowacji”.

Moje książki miały dobrą sprzedaż (chociaż nie były bestsellerami), zostały przetłumaczone na języki obce, doczekały się nagród i nominacji oraz wielu recenzji. Myślałam, że to wystarczy, aby zyskać zaufanie i wolność wyborów artystycznych. A jednak kiedy chciałam wypłynąć na szerokie wody i napisać znowu coś innego, dostawałam jasny sygnał: to się nie sprzeda. Czułam się jak szafa grająca, do której wydawcy byli skłonni wrzucić grosik, ale tylko jeśli będzie grać w kółko jedną i tę samą melodię – tę, do której czytelnicy się przyzwyczaili. Tylko że, kurczę, ja chciałam być jak Bowie.

Po powrocie z urlopu macierzyńskiego zabrałam się zatem do pisania powieści, której akcja rozgrywa się w nieistniejącym mieście. Wiedziałam, że stawiam przed sobą duże wyzwanie, ale chyba po to właśnie zdecydowałam się na bycie artystką. W trakcie procesu pisania powieści – trwającego już prawie pięć lat – co jakiś czas, na różnych etapach, wysłałam propozycję do większych i mniejszych wydawnictw. Wszystkie odmówiły, kilka w ogóle mi nie odpowiedziało. Swoim rozczarowaniem podzieliłam się z koleżankami i kolegami po fachu, starszymi i młodszymi od siebie, czasem z większymi sukcesami na koncie. Co mnie zszokowało – oni również spotkali się z ghostingiem. Mało tego: zazdrościli mi, kiedy pisałam, że w większości wypadków wydawcy jednak odpisują, mało tego: na moją prośbę nawet uzasadniają odmowę.

Muszę powiedzieć, że nawet osobie takiej jak ja, z raczej wysokim poczuciem własnej wartości, wielokrotne odmowy zasiały spustoszenie w głowie. Czy coś jest ze mną nie tak? Czy nie potrafię już pisać? Pamiętam, jak zwierzałam się znajomym wydawcom za granicą i ci starali się mnie pocieszać zapewnieniami, że chodzi tutaj o ryzyko sprzedażowe, a nie o moją umiejętność pisania. Tego typu proza oznacza bowiem wielkie ryzyko. Czasem wydawcy je podejmują i to prawda, że z reguły takie książki mają niższą sprzedaż. Z jednej strony to rozumiem, z drugiej jednak zastanawiam się: czy należy wymagać, by proza artystyczna sprzedawała się tak samo jak proza gatunkowa? Czy naprawdę nie jesteśmy w stanie pozostawić artystom wolności? Zwłaszcza jeśli ich historia pokazuje, że są w stanie nie tylko zwrócić koszta produkcji, ale i coś zarobić (dla wydawcy i dystrybutora, bo oczywiście tantiemy są liczone tak, że do autorki nie trafia złamany grosz).

Obok szacunków sprzedaży kolejnym problemem towarzyszącym podróży do Itaki jest czas. Proza poszukująca wymaga go całkiem sporo, potrzebuje też zaangażowania redakcji – a to w dzisiejszych warunkach rynkowych praktycznie nierealne. Podobno.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: wysyłam do wydawcy tekst, wydawca odpisuje natychmiast i zaprasza mnie na spotkanie do swojej siedziby. Wsiadam w pociąg i tłukę się ze swoją powieścią do Warszawy (z Bratysławy to pewne przedsięwzięcie logistyczne). Przyjeżdżam na miejsce, a wydawca mruga i pyta: „A nie myślała pani o tym, żeby napisać książkę o Lwowie?”. „Nie”, odpowiadam skołowana. „Ale w ogóle pani nie myślała?”, trzepoczące rzęsy po raz kolejny próbują zwieść mnie w stronę koniunktury.

Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, czy moja powieść nie jest po prostu zła. Potem jednak dostawałam różne sygnały, jak chociażby stypendium Miasta Krakowa, i na chwilę odzyskiwałam wiarę we własne pisanie. W międzyczasie napisałam wspólnie ze swoim słowackim przyjacielem Markiem Ciną książkę, która płynie w poprzek jakiejkolwiek koniunkturze i wyszła na Słowacji w doskonałej oprawie graficznej, niemalże jako artefakt. Dla was również przygotowuję niespodziankę i piszę coś na zamówienie. Ale czy zarzucę pracę nad swoją wymarzoną powieścią? Nie, bo przecież nie o Itakę tutaj chodzi, tylko o tę wolność nieszczęsną. O nią zawsze warto walczyć.