Felietony

Cisza niezwyczajna – miasta i miasteczka PRL-u w prozie Zyty Oryszyn

Jacek Paśnik
593 odsłon
Zyta Oryszyn

W opublikowanym niedawno w polskim przekładzie zbiorze esejów Dziwaczne i osobliwe Mark Fisher zastanawia się nad amerykańskim rodowodem rock’n’rolla i dochodzi do wniosku, że to muzyka wynikająca bezpośrednio z przestrzeni, potrzebująca „niekończących się autostrad”. „Nie mogłaby narodzić się w Anglii, na zakorkowanych obwodnicach jej klaustrofobicznych konurbacji”[1] – pisze, zwracając uwagę na nieodłączną relację kultura–przestrzeń. Idąc dalej tym tropem: nie byłoby Joy Division bez przemysłowej dzielnicy miasta Macclesfield; gdyby Mechaniczną pomarańczę zekranizowano gdzie indziej niż na korespondującym z językiem powieści dziwnym, brutalistycznym osiedlu Barbican Estate, z pewnością byłaby innym filmem; wielopiętrowe bloki południowego Kilburn nie dałyby powieści innej niż gęste Tu byli, tak stali Gabriela Krauzego. Choć w pierwszej kolejności, instynktownie za Fisherem, głowa podsuwa mi skojarzenia brytyjskie, to kiedy w podobnym kontekście myślę o Polsce i jej historii, dochodzę do wniosku, że relacja miejsce–dzieło ma jeszcze jedną wartość: może służyć za wehikuł czasu, niejednokrotnie lepszy niż dostępne obficie archiwalia.

Na przykład o tym, jak wyglądało życie w Peerelu, mimo dziesiątek przejrzanych albumów, filmów dokumentalnych czy zeskanowanych slajdów, nie dowiedziałbym się, gdyby nie pisanie Zyty Oryszyn.

Ulice polskich miast z lat osiemdziesiątych, rzadziej siedemdziesiątych i sześćdziesiątych, przeglądam prawie codziennie ze względu na pracę z zabytkową materią oraz – przede wszystkim – niewątpliwe uzależnienie od treści, praktykowane niestandardowo na stronach o przeznaczeniu pierwotnie krajoznawczym czy do fotografii artystycznej (z tych pierwszych: Fotopolska, polska-org.pl, z drugich lekko zapomniany dziś Flickr). Profesjonalni fotografowie, witając się tam z amatorskimi archiwistami, tworzą podstawową bazę danych, z których, jak niemalże z atlasów historycznych, czerpać można wiedzę o niedawnej przeszłości (prawie każde ze zdjęć opatrzone jest odpowiednią metryczką z adresem i dokładną datą, nierzadko też dopiskiem wprost z życia codziennego, na przykład: „W parterze kamienicy w latach 1957–1974 urzędował szewc”). Zdjęcia z minionych lat przeglądam codziennie dziesiątkami, a głowę zapełniają mi kadry w kolorach ORWO i krajobrazy jak ze starych polskich filmów: wyblakłe, jakby ktoś namalował je wodną farbką. Duchotę polskich miast i miasteczek poprzedniej epoki znam jeszcze choćby z filmów Kieślowskiego, utworów Tomasza Adamskiego z Siekiery czy „wychodzonych” tekstów Mirona Białoszewskiego.

Dość długo poszukiwałem jednak czegoś więcej. Widoki szarych kamienic, unurzanych w błocie wielkopłytowych osiedli i przylegających do nich kilkupiętrowych pawilonów handlowych albo centrów miast przystrojonych czerwonymi sztandarami czy chwalącymi partyjnych przywódców ołtarzami były dla mnie, osoby wychowanej w wielokolorowym kapitalistycznym otoczeniu, jedynie scenografią, widokówkami. Brakowało mi w nich uczestnictwa, wędrówki w przestrzeni. Choćby wyobrażonej.

Wyszła z czterolitrową kanką na dwór. Tuż za progiem capnęło ją słońce, a może to ona słońce capnęła i trzyma je, idąc drogą w stronę Radomży, gdzie na pierwszym kilometrze w stronę tego miasta władze pobudowały sklep, aptekę, budynek milicyjny pół na pół z pocztą, pobudowały to władze na pierwszym kilometrze w stronę Radomży, żeby blisko to wszystko drogi było[2].

Zyta Bartkowska, urodzona 16 sierpnia 1940 roku, pochodziła z Zagórza koło Sanoka. Po wojnie jej rodzina osiadła w Wałbrzychu, na Ziemiach Odzyskanych. W pierwszych latach po 1945 roku miejsce to było istnym tyglem: Polacy, nieprzesiedleni jeszcze Niemcy, szukający nowego miejsca po końcu świata Żydzi, wszystko otoczone budynkami „poniemieckimi” – w myśl określenia, które przez twórczość Bartkowskiej przewija się nieustannie. Autorka debiutowała w 1970 roku pod przyjętym w latach sześćdziesiątym pseudonimem Oryszyn powieścią Najada o życiu na wsi, wpisywaną później w kategorię „nurtu chłopskiego”.

Już w pierwszej książce jej pisanie zbliża się do szczegółu, a zamiast wielkiej narracji autorka proponuje zwykłe, codzienne życie. Pojawiają się więc w Najadzie wiejskie „piaski”, „chlebowe pola”, „wilkołacki las”, ale i elementy „nowego” krajobrazu, których jeszcze więcej znajdujemy w kolejnych powieściach Oryszyn. W debiucie codzienność PRL-u wkrada się dyskretnie, choć miejscami bardzo mocno. Są w nim pamiętające dawnych mieszkańców ceglane budownictwo, opuszczone, otwarte przestrzenie czy zadrzewione, małomiasteczkowe ryneczki, które znam ze starych fotografii dokumentujących pierwsze lata w powojennej Polsce. W ich opisach dominują przypominające niedawne tragedie cisza i melancholia:

W pierwszym rzędzie ławek ustawionych wprost na pośrodku brukowanego przyrowskiego rynku rozsiadł się jakiś obcy z fiołkową stertą jagód – po dwa pięćdziesiąt musztardowa szklanka. Jakby uprzedzając prośbę Marychny – pomógł jej odtroczyć kosze, a potem usiadł, zapalił i zaczął się przyglądać złotawemu odblaskowi słońca na ratuszowych szybach[3].

Ludzie Najady to ludzie nowej prowincji. Przyjeżdżają na nią z południa i wschodu dawnej Polski.

Zatartych śladów starego kraju i poszukiwania tego nowego w rzeczach i krajobrazach wiele jest w Ocaleniu Atlantydy – „rekombinacji” poprzednich dzieł Oryszyn, jak nazwała tę książkę Inga Iwasiów[4]. To w Ocaleniu najwięcej determinuje historia, na czele z obecnymi w twórczości autorki przesiedleniami, opresyjnymi pierwszymi latami stalinizmu i faktyczną wojną domową toczoną między nową ludową władzą a podziemiem niepodległościowym: „Jedno wojsko polskie polowało na drugie wojsko polskie i znowu trzeba było siedzieć w schronie”[5]. Także tutaj pierwszoplanowy jest zwykły, ludzki, osobny punkt widzenia. Bohaterowie nagrodzonej Nagrodą Literacką Gdynia powieści autorki ukrywają się, przemieszczają, zaludniają stare budynki, lecz na pierwszym planie zwyczajnie żyją. Opowieść o „poniemieckiej”, czteropiętrowej kamienicy rozpoczyna zdanie o częstowaniu w niej chlebem z marmoladą, a najistotniejszymi, pozostawionymi na Ziemiach Odzyskanych dobrami są dla jednej z bohaterek maszyna do szycia Singer oraz należący do dawnych lokatorów ścienny zegar.


Dalsze dekady PRL-u, lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, dokładnie w polskiej kulturze udokumentowane, „epoka niedoborów”, o których charakterystycznym języku pisał w Powidokach codzienności Roch Sulima: „Codzienność PRL artykułowała się w takich wyrażeniach, jak «brak» (np. mięsa, butów, sznurka do snopowiązałek); «reglamentacja» towarów i usług; «awaria» (prądu, windy, wodociągu); «usterka» (syndrom uszczelki), «partactwo» (niedoróbka)”[6], najdokładniej opisane są przez Oryszyn w książkach wydanych w latach 1981 i 1984 w obiegu podziemnym (wznowionych razem nakładem Oficyny Wydawniczej Volumen w 2009 roku) – Madam FrankensztajnCzarnej iluminacji. To historie z życia w otoczeniu skrajnie niesprzyjającym, zagospodarowanym przez opresyjny i bezsensowny system – jednak przez wkradające się do zwyczajności kurioza wcale nie polskomartyrologiczne, momentami nawet zabawno-groteskowe, jak z literatury czechosłowackiej (mnie kojarzące się z Hrabalem czy Šabachem):

Za oknem martwa, rozcapierzona od mrozu ziemia. Kikuty drzew. Nowoczesna, klockowata dzielnica, w której wiadomo, jak nowocześnie się mieszka – brak wody, śmierdzące zsypy, insekty, rury na ścianach, a w ścianę nie wbijesz niczego, prędzej już wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż wbije się igła w ścianę nowoczesnego, wymarzonego mieszkania, podłogi ze sztucznego tworzywa, telewizory, na ekranach telewizorów sztuczne życie jak w Madrycie i te twarze wpatrzone zatęsknione, zdałoby się jakieś z królika futro kobicie, wstań do pracy jak junacy, goń uciekający autobus, zbieraj grosz do grosza, jak ziarnko do ziarnka, może kiedyś przebierze się miarka[7].

To szczegółowe raporty z życia w krainie absurdu: kolejek do sklepów o „zapoconych” szybach, miast „sinego świtu, sinego bruku, sinych twarzy”[8], robotników na zmianach, śledzącej milicji, przepełnionych więzień.

Przestrzeń jest u Oryszyn zagospodarowana i odgórnie zaplanowana, ale cicha: „W mieście panowała cisza. Przeraziłam się tej ciszy, bo nie była to cisza zwyczajna, cisza, która jest dodatkiem do popołudniowej sjesty i która przywodzi na myśl czerwone jabłuszka, gnijące w zasobnych piwnicach”[9]. W „ciszy niezwyczajnej” odnajduję przypis do pełnych niewytłumaczalnej melancholii obrazów PRL-u, do choć nierzadko otwartych, to klaustrofobicznych miejskich i małomiasteczkowych przestrzeni, które nie powstałyby w ramach jakiegokolwiek innego pejzażu społeczno-politycznego. Kostium pozornie nieinteresującej codzienności – pól, chleba, rynków, później wyczekanych telewizorów – skrywa tutaj poczucie nieprzystawania, niedopowiedzenia, przestrzeni zdeterminowanej przemocą, na siłę, do przestrzeni liminalnej i złowieszczo tajemniczej.

„Na stacji było pusto. W ogromnej poczekalni pachniało piwem i niedawnymi podniesionymi głosami”[10] – pisała Oryszyn w debiutanckiej Najadzie i właściwie po tych dwóch zdaniach można rozpoznać to, co o twórczości zmarłej w 2018 roku autorki stwierdziła Hanna Krall: „Pomyślałam: peerel był pospolity, nijaki i pozbawiony formatu. Pod jej piórem nabrał znaczeń, głębi i tajemnicy i chyba to właśnie nazywają talentem”[11]. A może w ogóle wystarczyłoby jedno słowo: „pusto”?


Przypisy

[1] M. Fisher, Dziwaczne i osobliwe, tłum. A. Karalus, T. Adamczewski, Gdańsk 2023, s. 39.

[2] Z. Oryszyn, Najada, Czersk 2021, s. 100.

[3] Tamże, s. 104.

[4] „Najada; Melodramat; Czarna Iluminacja; Madam Frankensztajn; Historia choroby, historia żałoby – oraz stanowiąca ich specyficzną rekombinację książka z 2012 roku Ocalenie Atlantydy – czynią z pisarki prekursorkę kilku kluczowych tematów polskiej literatury dwudziestowiecznej”, I. Iwasiów, „Wiśniowy sad, nadziei staw. Debiut Zyty Oryszyn”, Z. Oryszyn,Najada, Czersk 2021, s. 162 .

[5] Z. Oryszyn, Ocalenie Atlantydy, Warszawa 2013, s. 14.

[6] R. Sulima, Powidoki codzienności. Obyczajowość Polaków na progu XXI wieku, Warszawa 2022, s. 436.

[7] Z. Oryszyn, Madam Frankensztajn; Czarna iluminacja, Warszawa 2009, s. 92.

[8] Tamże, s. 18.

[9] Tamże, s. 79.

[10] Z. Oryszyn, Najada, s. 132.

[1] H. Krall, „Zyta”, Z. Oryszyn, Ocalenie Atlantydy, Warszawa 2013, s. 6