Felietony

Czy to praca: pisanie? (nie, skądże!)

Dorota Kotas
840 odsłon
Dorota Kotas

„Stara to jestem ja, bo pamiętam Gierka” – pisze w odpowiedzi na mojego maila pani z miejsca, które nie może mnie zatrudnić (NIE CHCE). Plakat wiszący w witrynie jednoznacznie wykluczał mnie jako kandydatkę: „praca dla studentki/studenta”. Oczywiście, studentka to już nie ja. Jednak zgłosiłam się. Napisałam list motywacyjny, piękny i wzruszający, bo nigdy nic nie wiadomo. Studentek poszukuje się wszędzie, ale w mieście jest ich chyba ograniczona liczba? – myślałam. A zresztą, czy one nie powinny przypadkiem chodzić do szkoły, uczyć się do sesji albo tańczyć na juwenaliach? Nie mam całkowitej pewności, jak często odbywają się sesje i juwenalia. W trakcie własnych studiów niespecjalnie brałam w nich udział. Chodziłam do pracy, przeważnie do trzech jednocześnie. Zdobyłam doświadczenie, a teraz je mam. Rozwinęłam także specjalne talenty: podpisując setki umów-zleceń, nauczyłam się na pamięć numeru i serii dowodu osobistego oraz numeru konta w banku, nie wspominając o numerze `PESEL, który przez te wszystkie lata mojej świetlanej kariery (właściwie: wielu karier, czy to w sklepie, czy na zmywaku) zestarzał się tak szlachetnie, że za chwilę jego pierwsze dwie cyfry staną się zabytkowe na rynku pracy. Możliwe, że lada moment nikt nie będzie już w stanie wydedukować, ile w rzeczywistości mam lat oraz jak to możliwe, że urodziłam się przed rokiem 2000 i żyję, a jakby tego było mi mało, chcę jeszcze pracować.

Ale po co ci praca? – zdziwią się zaraz ludzie. Myśleliśmy, że jesteś pisarką. Nie masz ubezpieczenia, urlopu, pensji, zdolności kredytowej, emerytury, a symboliczne honorarium dostajesz co kilka lat? Och, nie przesadzaj, niewdzięczna! Spełniłaś swoje marzenia, ponadto przecież dostałaś tę jakąś nagrodę. Trzy lata temu? Och, no i co z tego, ciesz się, bo to pieniądze za darmo, a my pracowaliśmy uczciwie, kiedy ty wymyślałaś książki. Lepiej nie kąsaj ręki, która cię karmi. Oto nasza rada na wszystkie problemy twojego świata: ciesz się i pracuj, a jeśli nie pracujesz, wystarczy chcieć.

Więc najpierw poszłam do kasy wybadać, czy to prawda: „Szukacie studentki i tylko studentki, na pewno?” – pytałam. „A może nadam się ja?” Nie chcąc odprawić mnie z niczym, dano mi wizytówkę. Miałam napisać maila na adres, więc ucieszyłam się, że dostałam szansę. Napisać maila w sprawie pracy w księgarni – oto zadanie w sam raz dla pisarki! Wróciłam do domu. Byłam prawie że szczęśliwa. Zrobiłam to! – myślałam z samozadowoleniem. Ten pierwszy krok. Teraz będzie już łatwo, bo zrobię to, co potrafię najlepiej: wysmażę długą wiadomość pełną moich atutów o tym, że mieszkam blisko, a obok jest mój ulubiony lumpeks i najpiękniejsza ścieżka rowerowa, dzięki której czuję się, jakbym żyła w jakiejś Europie, i że byłoby fantastycznie bywać tam częściej. Pomyślałam, że prawda zwycięży, więc napisałam to zgodnie z nią. Łącznie z tym, że jestem trochę za stara, ale mam nadzieję, że nie stanie to na przeszkodzie – ja, kandydatka w wieku dwudziestu dziewięciu lat, przeterminowana o równo trzy lata życia, zwracam się z prośbą o namysł nad moją kandydaturą. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że gdybym była żywnością, to po takim terminie definitywnie nie nadawałabym się do spożycia. Okazało się jednak, że będąc pracownicą, kończę niewiele lepiej. Nie pomaga fakt, że spełniam wszystkie wymagania na stanowisko. Jestem po prostu za stara.

Spodziewałam się, że tak właśnie będzie: kończąc dwadzieścia sześć lat, czułam, że to mój koniec. Płakałam, niszcząc swoją fałszywą legitymację studencką z uczelni, która opłacała moje ubezpieczenie nawet wtedy, gdy tylko symulowałam bycie studentką, jedną nogą będąc już w domu starców. Od tamtej pory – od dwudziestych szóstych urodzin – jestem na emeryturze, tyle że z tego tytułu nic mi się nie należy, a na pewno nie przywileje, co najwyżej parę chorób cywilizacyjnych na krzyż i wstęp na zajęcia „gimnastyka dla seniora” w domu kultury w mojej dzielnicy, gdzie instruktorzy nie sprawdzają wieku, więc czasami przychodzę (i gdzie praktycznie wszystkie starsze panie są w dużo lepszej formie niż ja, a na pewno mają lepiej opanowane sekwencje). Dbam o swój status, kupując przecenione krzyżówki w podziemiach dworca i panicznie bojąc się alzheimera. Nikt o mnie nie dba – powtarzam sobie w myślach, ciągnąc swój wózek na kółkach, którym transportuję do domu zakupy, jak wszystkie stare baby. Teraz wszyscy o mnie zapomną – monologuję do swoich kotów, zmieniając ciuchy na domowe, których w tym tygodniu nie zmienię na wyjściowe pewnie już ani razu. Mój wyraz twarzy pozbawiony jest wszelkiej treści. Gotuję obiad, uwzględniając dodatkową porcję jedzenia dla żony. Chcę, żeby miała co zabrać jutro, kiedy znowu pójdzie do swojej prawdziwej pracy, pracy, której na przykład ja nie mam, a czasami coś mnie nachodzi i chciałabym mieć.

Odkąd staram się dostać pracę, nie dostałam jej już trzeci raz. Zależy mi na ubezpieczeniu, właściwie jakimkolwiek, ale okazuje się, że to fanaberia. Zbyt duży wydatek dla pracodawców. Niemal nikt nie może sobie pozwolić na to, aby opłacać ubezpieczenie dla pracownika. Ja sama również nie mogę sobie na to pozwolić. Raz byłam blisko, w innej księgarni – rozmowa o pracę trwała niemal godzinę. Istniała nawet perspektywa umowy o pracę! (Szok i niedowierzanie). Właściciel Księgarni zadawał mi wnikliwe pytania: „Czy interesują cię trochę książki?” „Ale czy tylko powieści, czy inne książki też trochę cię interesują?” „Tak? A jakie znasz książki?” – i tym podobne. Wydawało mi się, że moje odpowiedzi nie były najgorsze. Udało mi się wspomnieć o dwóch latach doświadczenia w innej kameralnej księgarni, w której pracowałam na studiach, czasem wyrabiając po trzy etaty i pracując tyle, że zdarzało mi się zostawać w księgarni na noc i spać na sofie za przeszkloną witryną, bo kończąc zmiany wieczorem i zaczynając z rana, nie zawsze widziałam sens w powrocie do domu. Praca, o którą ubiegałam się teraz, miała być jednak dorywcza. Szukano osoby na jeden-dwa dni w tygodniu. Pytania okazały się mocno podchwytliwe. „Nie jestem pewien, czy poradzisz sobie z pracą z ludźmi w takim zakresie, SKORO W OGÓLE NIE PRACOWAŁAŚ PRZEZ OSTATNIE TRZY LATA” – powiedział mi Właściciel Księgarni.

Oczywiście, mogę poszukać gdzie indziej. Może znaleźć miejsce, w którym są poszukiwani seniorzy. Ale czy będę chciana? Coraz poważniej w to wątpię. Epizod bycia pisarką/pisarzem jest doświadczeniem bizarnym – z tytułu wejścia w tę rolę otrzymuję pochwały i gratulacje, a jednocześnie podejrzliwość totalną, lekceważenie na zawsze: „To nie jest PRAWDZIWA praca”. Wiem jedno: ja jestem prawdziwą osobą, w tej chwili z prawdziwie uporczywą chorobą. Jest więcej niż prawdopodobne, że mój dzisiejszy tekst dyktuje zapalenie zatok. Ale to nie jest usprawiedliwienie. To sama prawda. Chciałabym pozwolić sobie na luksus chorowania. Jednak muszę pracować, ponieważ nie mam pracy, ponieważ jestem pisarką. I gdzie tu sens? (Nie narzekaj, Kotas).