Felietony

Doświadczenia hipnotyczne

Dorota Kotas
312 odsłon
fot. Benoit Beaumatin / Unsplash.com

Moja koleżanka, Basia (imię zmienione), dała mi kontakt do Kariny (imię zmienione), która zrobiła kurs hipnozy i poszukiwała osób, na których mogłaby ćwiczyć. Zawsze o czymś takim marzyłam: spotkać prawdziwą wiedźmę, doświadczyć czegoś z innego porządku, rozszczepienia racjonalnego, nudnego świata i wlania w niego krztyny magii. Na oblanym słońcem tarasie Basia opowiadała, że już wkrótce ma się spotkać z Kariną, zostać zahipnotyzowana i zobaczyć swoje poprzednie wcielenia. Wtedy poczułam, że też tego chcę.

Oto coś w sam raz dla mnie! – myślałam – niech ktoś mnie zahipnotyzuje, proszę bardzo; niech zrobi to ze mną, o ile potrafi. Chciałam zobaczyć, jak to jest powierzyć komuś kontrolę nad własnym umysłem i całkowicie oddać go do dyspozycji osoby hipnotyzującej. Czy to wymaga zaufania, czy może hipnotyzerzy mają swoje triki, dzięki którym można się obyć bez tego? Do tej pory zdarzało mi się użyczać własnej skóry koleżankom, które chciały poćwiczyć tatuowanie. Wiele osób zrobiło swój pierwszy tatuaż właśnie na moich rękach czy plecach i nigdy nie miałam co do tego obiekcji. Lubię doświadczać. Chcę, żeby się działo. Nie ma nic bardziej ekscytującego niż poznawanie samej siebie, dowiadywanie się rzeczy, których o sobie nie wiem, przeżywanie przygody z ciałem (fizycznym albo… astralnym?) w roli głównej. Psychoterapia różnych nurtów, medytacja, kursy rozwoju, coaching, grupy wsparcia, amatorskie ustawienia hellingerowskie – tego już spróbowałam i na dłuższą metę wszystko to okazało się dla mnie zbyt nudne. Ale za to hipnoza wydawała się czymś w sam raz dla mnie, może dlatego, że do tej pory próbowałam jej, owszem, ale tylko raz i na szybko. Sesja z Kariną miała potrwać cztery do sześciu godzin i składać się z kilku etapów, co w teorii brzmiało dla mnie bardzo przekonująco. Uwierzyłam, że we własnym domu zostanę zahipnotyzowana lepiej, niż mogłoby to mieć miejsce kiedykolwiek przedtem i poczułam, że to moja szansa. Ponadto, miałam przygotować się do sesji, sporządzając listę pytań do swojej podświadomości. Karina powiedziała, że mogę ją zapytać o co tylko chcę. Super! – myślałam – tak się składa, że nigdy nie rozmawiałam z podświadomością i miałam do niej wiele pytań, więc z niecierpliwością wyczekiwałam terminu spotkania.

Najbardziej bałam się tego, że moja podświadomość powie mi coś, co mi się nie spodoba. Wyobrażałam sobie, że jej odpowiedzi mogą być takie jak ja: bezkompromisowe, niepozostawiające wyboru i nie znoszące sprzeciwu. Mogłaby mi powiedzieć, na przykład, że mam porzucić pisanie i zostać strażakiem, a jeśli tego nie zrobię, nigdy nie będę szczęśliwa. Albo mogłaby kazać mi urodzić bliźniaki, albo przynajmniej jedno dziecko, wyznaczyć termin i wybrać nawet imię, które w ogóle mi się nie spodoba. Albo bratać się z matką. Podświadomość była dla mnie w tym czasie czarną magmą. Niejasną, tajemniczą mocą, do której w normalnych okolicznościach nie ma dostępu, a jeśli jest, to może tak naprawdę na jawie steruje nią jedynie mój racjonalny umysł, dając mi mylne wrażenie, że mam ze sobą kontakt, choć wcale tak nie jest. Czy podświadomość jest nieomylna? Oraz co, jeśli nie będę w stanie sprostać wymaganiom, jakie moja podświadomość ma wobec mnie?

Drugim, równie ważnym lękiem, było to, że jeśli sesja potrwa sześć godzin, a nawet tylko cztery, to na pewno zachce mi się sikać i zupełnie nie wiedziałam, jak to rozwiązać. Podobno w takich sytuacjach przerwy są dopuszczalne. Można zatrzymać trans i wyjść do toalety, a później wrócić, ale miałam co do tego wątpliwość i przekonanie, że jeśli nawet uda mi się wejść w stan hipnozy, to raczej tylko raz. Ściśle wiąże się z tym również mój trzeci lęk: co, jeśli wcale nie uda się mnie zahipnotyzować? Czy wtedy hipnotyzerce będzie przeze mnie przykro i straci powołanie? Czy będę musiała udawać, żeby nie zawieść jej oczekiwań? Karina zapewniała, że wszystko na pewno się uda. Podobno stan hipnozy jest naturalny i bezwiednie wchodzimy w niego każdego dnia, gdy zdarzy nam się zamyślić, odrywając się we własnym umyśle od tu i teraz. Mówiła, że wydarza się to praktycznie samo, a ona tylko steruje naturalnym procesem. Uwierzyłam jej. Ostrzegając jednak, że ze mną może być ciężko. Wbrew pozorom, mam całkiem spore umocowanie w rzeczywistości. Chciałam, żeby w razie czego była na to gotowa i nie miała mi za złe, jeśli nie miałabym wystarczająco rozległych wizji.

Karina zjawiła się w moim mieszkaniu z rana. Wydawała się spięta i trochę zwykła. Myślałam, że pojawi się u mnie w domu omotana chustą z frędzlami, będzie obwieszona naszyjnikami z kamieni, z których każdy ma inną moc albo przynajmniej że nigdy nie zobaczę jej prawdziwej twarzy, ponieważ będzie miała wyrazisty makijaż z dużą ilością fioletu. Zakładałam, że poczuję coś w jej obecności, jakąś tajemniczą aurę. Byłam więc lekko zbita z tropu, że jej przyjściu nie towarzyszyły żadne spektakularne zjawiska. W ogóle nie spodziewałam się tego, że będzie to zwykła osoba. Karina usiadła ze mną w kuchni, wybrała do picia herbatę ziołową i bardzo dużo mówiła o tym, że najbardziej na świecie pragnie pomagać ludziom. Pomyślałam, że to miło z jej strony. Zapytałam, ile osób udało jej się zahipnotyzować do tej pory, a ona zdradziła mi, że na razie dziewięć. Była zaangażowana w rozmowę i naprawdę miła. Słuchała mnie uważnie, zadawała dodatkowe pytania. Pomogła mi też spisać listę pytań do mojej podświadomości. Widziałam, że bardzo się stara. Jednocześnie czułam, że nie jest to osoba w typie tych, z którymi łatwo łapię kontakt. Nie poczułam z nią połączenia i od początku wiedziałam, że nigdy więcej się nie spotkamy.

Przed sesją poszłyśmy do pokoju i ja położyłam się na sofie, a Karina usiadła na krześle przy mojej głowie. Czułam skrępowanie i brak równowagi, było mi głupio leżeć przy kimś praktycznie nieznajomym, kto jest moim gościem. Myślałam o tym, że powinnam przynajmniej przynieść fotel z drugiego pokoju, ale hipnotyzerka powtarzała mi, że nie trzeba. Pewnie nie trzeba było jej słuchać. W tym układzie, gdy ja leżałam wygodnie, a ona miała siedzieć na krześle nie wiadomo jak długo, nie było to z mojej strony gościnne i ta myśl nie dawała mi spokoju. Nie zatroszczyłam się o jej komfort, więc trawiło mnie poczucie winy. Już po chwili Karina zaczęła mnie hipnotyzować. Odczytała tekst z instrukcją wizualizacji bezpiecznego miejsca, a ja poczułam, że coraz bardziej marzną mi stopy. Żałowałam, że nie założyłam skarpetek. Moje ciało było przykryte kocem, ale chłód od stóp sprawiał, że długo myślałam tylko o nich. Później usłyszałam, jak Karinie burczy w brzuchu i ten dźwięk powtarzał się wiele razy, a ja miałam wyrzuty sumienia, bo ten odgłos potwierdził, że jestem naprawdę złą gospodynią. Pewnie powinnam była przygotować poczęstunek przed przyjściem hipnotyzerki, myślałam o tym, ale było już za późno. Nie mogłam przecież wstać w trakcie hipnozy i zaproponować, że zrobię jej kanapkę z serem. Na pewno byłoby miło, gdybym pomyślała o tym zawczasu i przed wizytą upiekła ciasto, może to pyszne z brzoskwiniami, które robiłam ostatnio i wszyscy byli nim zachwyceni? Albo blok czekoladowy. Wtedy Karina mogłaby posilić się u mnie przed sesją, a teraz – przeze mnie – męczy się, bo wyraźnie jest głodna. Ona zadbała o mnie, mówiąc, żebym przed sesją koniecznie zjadła śniadanie, a sama może nie zdążyła nic zjeść. Myślałam o poczęstunku, tymczasem do pokoju wleciała mucha. Była to jedna z tych uciążliwych, głośno brzęczących much. Wszystko się we mnie spięło. Miałam zamknięte oczy i nie mogłam kontrolować, gdzie siada mucha, a bardzo nie chciałam, żeby usiadła na mojej twarzy. W drugim pokoju zostało otwarte okno. Pewnie mogłam przewidzieć, czym to grozi i że może się to źle skończyć. Na szczęście tego ranka wyjątkowo nie było słychać dźwięków remontu w sąsiedztwie, przynajmniej tyle.

Gryząc się z myślami, powiedziałam Karinie, że mucha mnie lekko dekoncentruje, a ona kazała mi to przeczekać i zaakceptować, co niekoniecznie mi się udało. Chwilę później w drzwi zaczął drapać kot, a dźwięki zaczęły się na siebie nakładać. Słyszałam jednocześnie muchę, kota, brzuch hipnotyzerki oraz jej głos. Karina zasugerowała przed sesją, żeby zamknąć koty w kuchni, aby nie wskoczyły na mnie, gdy będę w transie. Moje mieszkanie nie jest wystarczająco duże, żeby skutecznie oddzielić się od ich obecności, a dźwięk piłowania pazurami o drzwi, to klasyczna zagrywka jednego z naszych kotów, który lubi być blisko mnie. Ten słodki, czarny kotek, na ogół nie przestaje dobijać się do drzwi, póki nie wpuści się go do pokoju albo porządnie nie okrzyczy, każąc natychmiast przestać. W czasie hipnozy nie mogłam zrobić afery, to nie byłoby dopuszczalne. Mogłam tylko czekać i akceptować taki stan.

Nie wszystko mogę zwalić na czynniki zewnętrzne. Muszę też przyznać, że moja wyobraźnia jest słaba. Karina kazała mi widzieć i opisywać przedmioty, które wymieniała, a ja potrafiłam zobaczyć i opowiedzieć jedynie to, co znam. Być może w rzeczywistości wcale nie mam wyobraźni. Gdy miałam opisać czerwoną książkę, była to Biblia w twardej oprawie, którą pamiętam z dzieciństwa – stała na półce w domu. Opisując drzewo, dokonywałam wyboru drzewa czereśniowego, największego, jakie rośnie na mojej działce. Nawet kiedy miałam podać na poczekaniu opis chmury, był to różowy obłoczek z bajki o Muminkach – żadna przypadkowa, nieznana mi dotąd chmura nigdy nie miałaby szans, aby stać się obrazem w moim umyśle. Jaki zapach ma moje drzewo? Nie miałam na to pomysłu, ale po chwili zastanowienia odpowiedziałam, że czekolady. Obie zaczęłyśmy się trochę śmiać. Pracując z określaniem wyimaginowanych przedmiotów, być może popełniłam oszustwo, ale nie byłam w stanie sama stworzyć w umyśle rzeczy od początku do końca.

Duży kłopot sprawiło mi również wyodrębnienie z mojego umysłu podświadomości. Karina odczytywała pytania i kazała mi udzielać odpowiedzi, pierwszych jakie mi przyjdą do głowy. Moja lista zawierała siedemnaście podpunktów. Zanim przystąpiłyśmy do części właściwej, Karina zaczęła czarować: „zwracam się teraz do PODŚWIADOMOŚCI Doroty. Czy wolno mi rozmawiać z podświadomością Doroty?”, pytała, a ja nie wiedziałam, co robić. Byłam w lekkim szoku. Nie miałam przekonania, czy podświadomość to to samo co ja. Czy mam odpowiedzieć? Czy jeśli odpowiem, to tym samym odbiorę mojej podświadomości głos? Może powinnam czekać. Nie wiedziałam, na co dokładnie, ale Karina powtórzyła pytanie lekko ponaglającym tonem, dlatego domyśliłam się, że muszę jakoś zareagować. Zaryzykowałam i odparłam, że tak. Rozmawiałyśmy o mnie, tak jakby mnie tam nie było. Hipnotyzerka pytała, zgodnie z listą: „czy Dorota powinna zacząć już pracę nad swoją czwartą książką?”, a ja odpowiadałam: „nie, jeszcze nie. Dorota powinna sobie jeszcze trochę odpocząć”. Cała sesja miała zostać nagrana na dyktafon, żebym mogła wrócić do swoich odpowiedzi, kiedy ochłonę. Karina wysłała mi link do nagrania. Miałam je ściągnąć w ciągu dwóch tygodni. Prawdę mówiąc, nigdy tego nie zrobiłam. Mam nadzieję, że ona się o tym nie dowie. Nie odtworzyłam nagrania, bo uznałam, że nie ma takiej potrzeby. Po prostu doskonale pamiętam, co podświadomość mówiła na temat Doroty.

Nie będę przytaczać listy wszystkich moich pytań. Najważniejsze pytanie (zaznaczyłam je pogrubioną strzałką) dotyczyło tego, jaki jest mój cel w życiu. Karina kazała odpowiadać szybko, mówić to, co jako pierwsze przychodzi do głowy. Posłuchałam jej, nie bez wątpliwości, ale może w tej spontanicznej wymianie i bezwiednym, beztroskim podrzucaniu odpowiedzi był jakiś cel? Pamiętam, że powiedziałam, że sensem mojego życia powinny być przyjemności. Moja podświadomość ma poglądy w dużym stopniu zbieżne z moimi (właściwie takie same). Dodatkowo, kazała mi wziąć szczeniaczka, a najlepiej dwa; zamieszkać w domu na Żoliborzu (skąd wziąć na to pieniądze?! tego nie wiem), wrócić do pisania i dużo odpoczywać. Na pytanie, czy posiadam karmiczne traumy, odpowiedziała, że tak. Odradziła mi kontakty z rodziną. Powiedziała, że Czerwony młoteczek jest dobrą książką i że kiedyś będę mieć dom z ogródkiem, nie precyzując, kiedy konkretnie. Ogółem, byłam zadowolona, ale też znacząco zmieszana: to już koniec, naprawdę? Nie wiedziałam, jaka jest różnica pomiędzy sugestiami podświadomości, a tym, co sama myślę o sobie. Zawiodłam się jedynie w kwestii chorób. Karina zapewniała mnie, że jeśli ciało się zgodzi, to proces hipnozy może uzdrowić wszystkie choroby, nawet wyleczyć raka. Mocno powątpiewałam, ale było to całkiem kuszące założenie, że mogłabym pozbyć się raz na zawsze uporczywej migreny z aurą. Gdy w trakcie sesji hipnotyzerka spytała moją podświadomość, czy ciało Doroty jest gotowe, by uzdrowić wszystkie choroby, moja podświadomość (?) wyraziła kategoryczny sprzeciw i powiedziała: „nie”. Do tej pory żałuję. Ale też, przyznaję, nie chciałam nadużyć mocy podświadomości. Co jeśli zgodziłabym się, a ona nie dałaby rady? Byłby to jednoznaczny dowód, że wszystko jest oszustwem.

Wiedza, jaką wynoszę o sobie z hipnozy, jest taka, że moje umocowanie w ciele jest całkiem mocne. Być może mam lepsze połączenie ze sobą oraz tu i teraz niż z czymkolwiek innym. Jednak obezwładnia mnie myśl o tym, że mam udzielać odpowiedzi na ważne pytania sama sobie w trybie bezosobowym. Myśląc o tym, czego doświadczyłam, nasunęła mi się wizja, jak powinna wyglądać idealna sesja: być może mogłabym zostać zahipnotyzowana, ale inaczej. Wyobrażam sobie, jak miło byłoby leżeć na sofie pod kocem, koniecznie w ciepłych skarpetkach, jeść ciasto, myśleć o różowych chmurkach i słuchać, jak Karina albo inna osoba (oczywiście zawodowczyni!), mówi do mnie, kojącym głosem, ale też nie znoszącym sprzeciwu: „Dorota! Jesteś wspaniałą pisarką. Wszystko robisz dobrze, oby tak dalej”. Wyobrażam sobie, że byłoby to dla mnie całkiem pomocne przeżycie. Przecież nie jest tak, że nie wierzę w hipnozę! Istnieje siła sugestii, to jasne. Jednocześnie wierzę, że jest we mnie pewna moc, która – gdyby tylko nie wpojono mi przekonania, że to niemożliwe – być może nawet pozwoliłaby mi przesuwać samą myślą przedmioty, lewitować, porozumiewać się z duchami, przewidywać przyszłość i odmieniać czarami los. Niestety, usłyszałam tysiąc razy, że to niemożliwe i można polegać wyłącznie na chłodnych, racjonalnych osądach, a teraz nie potrafię wymknąć się wpojonym mi myślom o powinnościach, granicach i obowiązkach. Nadal bardzo chcę doświadczać rzeczy niezwykłych, chociaż bardzo boję się odlecieć, stracić kontrolę i pozwolić sobie na dryfowanie w hipnozie.

 

fot. Benoit Beaumatin / Unsplash.com