Felietony

Eksponat unerwiony

Jacek Paśnik
582 odsłon
Stacja metra World Trade Center w Nowym Jorku

Mam słabość do muzeów historycznych, co dziś, na początku XXI wieku, w czasach informacji i interaktywności, wiąże się z różnego rodzaju niezręcznościami. Opowiem na przykładach.

2006. Mam dziewięć lat i w trakcie wycieczki szkolnej do Warszawy (wcześniej w programie między innymi przejażdżka metrem oraz wizyta w McDonald’s, wtedy jeszcze w Sezamie) odwiedzam niedawno otwarte Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie wiem, czy zapamiętane strzępki ekspozycji nie mieszają mi się z tymi z wizyty w tym samym miejscu kilka lat później, ale dwie rzeczy zostają mi w głowie na zawsze. Najpierw moment, w którym sięgam po telefon z obrotową tarczą i odsłuchuję nagrane na taśmę wspomnienia uczestników powstania, potem to, jak piętro niżej wraz z kolegami z klasy ciągniemy przez odtworzony fragment kanału. Pamięć o wojennej tragedii Warszawy jako kilkulatek nabywam poprzez ruch (z 2006 roku ruch zapisuje mi w pamięci również pierwsze samotne wyprawy rowerowe oraz skoki na trampolinie w odpustowym lunaparku). „Współczesne muzeo-sensorium wymaga
zaangażowania cielesnego”1, jak pisze Iwona Kurz w tekście dotyczącym kolejnego odwiedzonego przeze mnie miejsca.

2016. Do Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN trafiam dziesięć lat później. O żydowskiej historii części mojej rodziny dowiem się dopiero za rok. Teraz, w wieku dziewiętnastu lat, odwiedzam zlokalizowane na cmentarzu – dawnych ruinach getta zabudowanych socmodernistycznym osiedlem – miejsce poświęcone życiu. Dziś o POLIN trudno mi myśleć obiektywnie i bez cienia wątpliwości jest to moje ulubione polskie muzeum, ale już wówczas, jeszcze bez osobistego stosunku do historii polskich Żydów, zwracam uwagę na fakt, że opowiada.

Dzisiejsze muzea mówią, rzadziej pokazują obiekty: ta tendencja dobrze zgodziła się z ideą muzeum polskich Żydów, w którego zbiorach niewiele jest artefaktów sprzed XIX wieku. (…) Muzeum Historii Żydów Polskich otwarto w kwietniu 2013 roku bez wystawy, za to z gęstym programem działań publicznych, dotyczących nie tylko kultury żydowskiej, ale, szerzej, wielokulturowej przeszłości i zróżnicowanej teraźniejszości Warszawy. Dzisiejsze muzea niby uczą historii, w istocie negocjując różne jej wersje i różne pamięci2.

2022. Nie zawsze negocjują. War Memorial of Korea w Seulu odwiedzam jako dwudziestopięciolatek. Muzeum, jak głosi jego agenda, „zbudowane w celu upamiętnienia wojskowej historii Korei, zapobiegania kolejnej wojnie oraz wyrażeniu nadziei na reunifikację Północnej i Południowej Korei” mieści się w monumentalnym, świątyniopodobnym gmachu pośrodku dzielnicy Yongsan. Otwarto je w 1994 roku, więc jest nieco starsze od opisywanych. Odwiedzającym daje o tym znać niemal na każdym kroku, mnie też trudno nazwać je „muzeum dzisiejszym”. Zapamiętuję wiele: postmodernistyczny budynek, przeskalowany i pnący się na wysokość kilku pięter, oraz wystawę z podwieszonymi u sufitu samolotami, spozierającym zewsząd amerykańskim generałem Pattonem, wyjeżdżającym ze ściany czołgiem czy żołnierzami w bohaterskich pozach. Południowokoreańskie muzeum zapada mi w pamięć jako przygodowe, a śmierć od kul, bomb czy w niewoli do udanych przygód nie należy. Ten problem dotyczy także polskich muzeów czy miejsc pamięci – w szczególności opowiadających o II wojnie światowej (nie tylko tych z ową wojną w nazwie).

2023. W listopadzie ląduję w Nowym Jorku. Już pierwszego dnia odwiedzam muzeum i miejsce pamięci jednego z najistotniejszych wydarzeń historycznych, które wydarzyły się za mojego życia i – w nawiązaniu do poprzednich trzech przykładów – towarzyszą mi pewne obawy.

Ćwiczenie w patrzeniu

Wczesnym rankiem, gdy promienie słoneczne padały na bliźniacze wieże World Trade Center, na całą wyspę Manhattan kładł się ich podwójny cień. Miały one przede wszystkim rzucać się w oczy. Przez dwa lata od ich wzniesienia (1972–1973) pozostawały najwyższymi budynkami na świecie3

– pisze Lawrence Wright. Historia bliźniaczych wież, zespołu budynków zaprojektowanych przez Minoru Yamasakiego, rozpoczyna się w 1973 roku i wcale nie kończy się 11 września 2001, choć to bardzo ważna data.

Mam wtedy cztery lata i z zamachu, który obraca wieże w tony gruzu, nie zapamiętuję nic, mimo że jego reperkusje zapadają mi w pamięć wyraźnie: jako sześciolatek oglądam relacje z nocnych bombardowań Bagdadu, jako dziesięciolatek kumpluję się z chłopakami, których ojciec stacjonuje w Afganistanie, a kiedy w wieku czternastu lat wychodzę z łódzkiego Ogrodu Botanicznego, z ekranu iPhone’a kolega odczytuje mi informację o odnalezieniu i zabiciu Bin Ladena. Twarz przywódcy organizacji terrorystycznej Al-Kaida widuję wcześniej w telewizji prawie codziennie, przez większość dzieciństwa. Przez cały ten czas towarzyszą mi również widoki – najczęściej nienaruszonych lub płonących – wieżowców World Trade Center. Ich powielone, historyczne obrazy widzę przez całe życie, od scen ze Spider-Mana z 2002 roku do okładki polskiego wydania Ram wojny Judith Butler.

Pewnego jesiennego dnia wreszcie fizycznie pojawiam się w miejscu, gdzie kiedyś stały. Wysiadam z metra, potem klatką schodową w górę, dalej przez korytarz, będący częściowo zachowaną w oryginale, a częściowo odtworzoną przestrzenią o trawertynowej podłodze i białych ścianach, wyglądającą identycznie jak 11 września 2001 roku. Następnie ciągnę przez World Trade Center Transportation Hub projektu Santiago Calatravy, a w końcu wyłaniam się na zewnątrz, gdzie nad głową pnie mi się nowy wieżowiec, Freedom Tower, oraz – w dwóch ogromnych dołach pozostawionych po bliźniaczych wieżach – szumią dwa sztuczne wodospady.

Zanim wejdę do muzeum największego ataku terrorystycznego na Amerykę, idę miejskim placem, na którym ledwie kilka dekad wcześniej stały najwyższe wieżowce świata, i doświadczam Nowego Jorku na tylu poziomach, że właściwie nie muszę już odwiedzać muzeum. To właśnie w ramach tego spięcia odbywa się we mnie chyba najwięcej. A przecież dopiero podchodzę do kas, skąd później ruchomymi schodami ruszam w dół, ku wystawie stałej przedstawiającej wydarzenia opisane datą 11 września 2001 roku – lecz tak naprawdę z wielu epok i przestrzeni wybiegających daleko poza tę część dolnego Manhattanu.

Karta pokładowa i ubranie z metką

Po wejściu na wystawę do 9/11 Memorial Museum przestrzeń, wbrew pozorom, przestaje być pierwszoplanowa. Główną rolę zdaje się ona odgrywać na powierzchni, w ramach wystawy stałej. Przyległe do miejsca pamięci muzeum poddawane jest bardziej antropologicznym filtrom. Rzecz jasna są tu eksponaty świadczące o wielkiej historii – kilkumetrowe stalowe słupy konstrukcyjne, z których zbudowano zewnętrzne płaszcze budynków, czy nawet potrzaskane fragmenty kadłuba jednego z samolotów, które wbiły się w World Trade Center rankiem 11 września. Ale prawdziwie wielką robotę robią tu drobiazgi.

Uwagę zwracają choćby zupełnie nowe ubranie dziecięce z nieoderwaną sklepową metką czy bilet lotniczy wydobyty z kosza na śmieci na jednym z bostońskich lotnisk. Za obiema rzeczami kryją się historie ludzi – pracującego w Pentagonie rodzica czy porywacza samolotu.

W przedmioty codziennego użytku ubierany jest w tym muzeum kolektywny mit, a historyczne obiekty materialne – niepozbawione przecież władzy ideologicznej – zastępuje się drobnostkami, z których składa się życie. W miejsce dawnych wież wstępują zaludniające je niegdyś osoby, mieszkańcy kraju, który ulegał przemianom wskutek prezentowanych w muzeum wydarzeń.

Poruszanie się po przestrzeni muzeum i miejsca pamięci – z „całościowym” odkrywaniem jego przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – wpisuje się w teorię postrzegania Waltera Benjamina. Jak pisze Joanna Kusiak w kontekście jego „metody antropologicznego materializmu”:

Benjamin wprowadza do badań historyczno-topograficznych antropologiczną korektę, proponując „topografię inną, pomyślaną nie architektonicznie, lecz antropocentrycznie”. Każdy element topograficzny miasta należy przebadać nie tylko ze względu na jego miejsce, formę i zależności pomiędzy nim i resztą elementów, ale także możliwie dokładnie przeanalizować jego różne znaczenia i wpływ na życie dla grup i jednostek. Taka topografia nie rozdziela pomiędzy miejscem w społecznych i indywidualnych historiach a miejscem w przestrzeni. Przestrzeń zostaje „unerwiona” doświadczeniem4.

Nie poprzez ruch, historię przedstawianą wraz z jej gotową interpretacją czy sensoryczne atrakcje, lecz właśnie dzięki „eksponatom unerwionym” ożywa w moich oczach historia sprzed kilku dekad. I chociaż nie brakuje jej momentów patetyczno-śmiesznych – jak wtedy, kiedy na korytarzu muzeum napotykam na piaskowoszarą koszulkę z długim rękawem, część stroju jednego z komandosów Navy Seals podczas akcji, która przyniosła śmierć Bin Ladenowi – to skrawkami codzienności ekspozycja przedstawia to, co w tamtej przeszłości najważniejsze. Właściwie nie ekspozycja, ale z nią obcujący – w moim odczuciu niezależnie od kręgu kulturowego. Jako wychowany w pamięci o 11 września dwudziestokilkulatek z Polski w trakcie zwiedzania napotykam na kartkę, którą zapamiętam na zawsze.

Kserówka

Łukasz Milewski w World Trade Center zginął w wieku dwudziestu jeden lat. Na ogłoszenie o jego zaginięciu wpadam nieopodal wyjścia z muzeum, na kilkumetrowym plastrze płyty pilśniowej powyklejanym setkami podobnych kartek, po 11 września rozlepianych po całym Nowym Jorku. Pod jego zdjęciem napisano wielkimi literami: „PRACUJE DLA FORTE FOOD INC, WIEŻA #1, 101 PIĘTRO”. To budynek północny, w który o godzinie 8.46 uderzył samolot linii American Airlines lot 11, rozpoczynając tym samym największą w historii serię zamachów terrorystycznych. Dwudziestojednolatek z Suwałk pracował w kafeterii w wieży północnej, by zarobić na studia w Polsce. Do kraju miał wrócić 26 września. W jego niewyraźnym, skserowanym pewnie kilkaset razy zdjęciu odnajduję nie tylko wydarzenie zmieniające losy zachodniego świata i jego późniejsze konsekwencje, ale i dzieje wschodnioeuropejskiej emigracji czasów przemian, fragment historii Polski przełomu XX i XXI wieku oraz, wreszcie, skrawek codziennego życia chłopaka mieszkającego w małym mieście, w mojej części świata. Kawałek kartki z polskim nazwiskiem to mój „eksponat unerwiony”.


Przypisy

  1. I. Kurz, „Tu spoczniecie”. Muzeum Polin, 10.2014, https://www.dwutygodnik.com/artykul/5545-tu-spoczniecie-muzeum-polin.html/ [31.01.2024].
  2.  Tamże.
  3. L. Wright, Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę, tłum. A. Wilga, Wołowiec 2018, s. 244.
  4. J. Kusiak, Walter Benjamin i metodologia antropologicznego materializmu. Krzesanie dialektycznych iskier na metalowej głowie Ernsta Thälmanna, „Praktyka Teoretyczna” 2013, t. 8, nr 2, s. 320.