Felietony

Jeż na autostradzie. Julek Rosiński: streszczenie poezji 

Julia Fiedorczuk
426 odsłon
Samolocik z papieru. Fot. Abolfazl Ranjbar

samolocik

samolocik przelatuje nad murem. kurde,
Żoliborz, dziewczyny jedzą gwiazdy jak kuskus,
by na starość chodzić do nieba.

w szczelinach: walizki, szczoteczki.
co z nimi? zatknąć. a tam? ranny Jamie Oliver

cwałuje wokół podwórka, tłumacząc
porannym duchom, co z rybą.

i znów charty w swetrach zbiegają bez smyczy
po ścianach. z rzutnika rosną kwiaty, które całuję,
które trzymam aż przejdziesz.

by nasze dwa światy zasiadły nad jednym,
aż zaśnie skulone, nie muskając ziemi.

Kiedy wpadł mi w oko tytuł debiutanckiej książki Julka Rosińskiego – Streszczenie pieśni (Biuro Literackie, 2022) – pomyślałam od razu, jak to profesorka, o streszczeniu jakiejś zadanej lektury. Z uwagi na moją czytelniczą historię, „pieśni” to dla mnie przede wszystkim Pieśni Ezry Pounda – monumentalne, modernistyczne DZIEŁO – niedokończone, bo niemożliwe do dokończenia, rozpisujące własną klęskę na pamiętne wersy:

Sny ścierają się
i obracają w proch –
że próbowałem zrobić paradiso
terrestre.

(tłum. Andrzej Sosnowski)

„Streścić” to inaczej „zawrzeć coś w skondensowanej formie” (Słownik Języka Polskiego PWN). Ośmiusetstronicowy poemat Pounda sam jest już w jakimś sensie „streszczeniem” najważniejszych, według tego poety, tekstów kultury. Trudno sobie wyobrazić dalszą kondensację tego gęstego, zawiłego raportu o stanie ludzkiego ducha, czy też, słowami samego autora, „podręcznika dla książąt”. Ale być może właśnie ten skrajny przypadek pozwala przyjrzeć się naturze i celom streszczania. Oczywiście tego, co w poezji najbardziej poetyckie – unikalnych zlepień brzmień i sensów – streścić się nie da. Czytanie Pieśni Pounda to zachwyt pomieszany z frustracją i nudą, długie tygodnie ślęczenia nad słownikami i studiowania komentarzy. Streszczenie nie zastąpi tego doświadczenia, ale już w czasach moich anglistycznych studiów przeczytanie całości poematu należało do wyczynów ekstremalnych, których dokonywały tylko szczególnie zdeterminowane jednostki; dwadzieścia lat później jesteśmy gatunkiem niemal wymarłym. Literatura musi (się) streszczać – taki czas, a skoro tak, to do streszczenia i streszczania można podejść twórczo.

Streszczenie pieśni Rosińskiego nie ma nic wspólnego z Poundem – choć z drugiej strony, motyw paradiso terrestre może nie być aż tak całkiem obcy nastrojowi tej zawadiackiej i miłosnej książki. Powiedzieć, że klęska, którą opłakiwały modernistyczne poematy, to środowisko naturalne tej poezji, to żadne odkrycie. Rosiński ujmuje codzienność w jej najbardziej rozchybotanym, a przez to bajkowym wymiarze – „rajskość” wynika choćby z tego, że są to wiersze, w najlepszym tego słowa znaczeniu, młodzieńcze. Jednym z podstawowych parametrów tej poetyki jest właśnie kondensacja. Poeta lubi skróty myślowe, doprowadzone do momentu, w którym zrekonstruowanie pełnego przebiegu myślenia nie jest już możliwe – ale czy kiedykolwiek było, czy myślenie w ogóle bywa „pełne”? Czytelniczka nie ma innego wyjścia niż tylko współtworzyć znaczenia, gubić się i odnajdować w przestrzeniach między zrębami sensu, jak w moich ulubionych zdaniach: „do ikeowskiej torby wkładamy/ tę część, którą jeszcze umiemy” („SKS”), „nie wierzę ludziom, którzy wiążą/ końce” („karmienie”). Streszczenie działa trochę jak fantastyczny scenariusz, powołujący do życia niemożliwe przestrzenie, w których jednak miewamy całkiem sensowne przygody.

Podobne zabiegi pojawiają się w nowym pisaniu Rosińskiego, które wyraźniej zaznacza, czy nawet tematyzuje, własną bajkowość. Czy tytułowy „samolocik” to (papierowa) zabawka, czy samolot, który – widziany z odległości – wydaje się mały? Pozory są tu brane jak najbardziej serio, w myśl zasady, że prawda znajduje się nie w metafizycznej głębi, tylko na powierzchni rzeczy. Ta zasada obowiązuje w baśniach Andersena, opowiadaniach Laury Riding i niektórych pracach surrealistek, kiedy zaskakujące zestawienie zwykłych przedmiotów lub ich właściwości rozbija automatyzm percepcji. W „samolociku” Jamie Oliver (znany brytyjski kucharz) współwystępuje z chartami poubieranymi w swetry i kwiatami wyrastającymi z rzutnika. Status ontologiczny każdego z tych elementów jest inny – Jamie Oliver to postać autentyczna, charty sprawiają wrażenie wypożyczonych z jakiejś bajki lub baśni, a kwiaty są tylko złudzeniem. To wszystko składa się jednak na ujmujący kadr: żoliborski świt (po nieprzespanej nocy?), jakieś miejskie osobliwości, współdzielony, zmysłowy czas. Relacjonuje się to z entuzjazmem: „kurde,/ Żoliborz, dziewczyny”. Skompresowana scenka ożywa jak polany wodą jednorazowy ręczniczek w tabletce (jestem dość dumna z tego porównania, ale ma sens, o ile ręczniczek jest we wzory).
Dalsze streszczanie nie jest już chyba możliwe, dałoby się za to bez końca dopisywać historie, jakoś potencjalnie, w zalążkach, między gwiezdnym kuskusem a walizką obecne. Dużo tu ruchu – w słowach i przestrzeni. Wszystko zaczyna się przecież od „samolocika”, który przelatuje nad murem, czyli pokonuje jakąś barierę. Patrzymy w górę – czymkolwiek jest jedno, które musi zasnąć, nawet ono unosi się nad ziemią. Utrata gruntu jest dobrowolna, parametry rozchybotane – dziwimy się więc i żyjemy.

fot. Abolfazl Ranjbar