Felietony

Ludzie są zbyt starzy

Dorota Kotas
951 odsłon
fot. Eteinne Swanepoel / Unsplash.com

Zaczął się nowy rok, a ja coraz wyraźniej przemieniam się w starą babę. Sama się temu dziwię, jak szybko poszło. Jeszcze wczoraj byłam na Wydarzeniu Artystycznym (według opisu na stronie: „projekt” – oczywiście, to zawsze musi być jakiś „projekt”! – „łączy fikcję, poezję spoken word i sceniczne wybryki z gęstością syntetycznych dźwięków i akustycznymi pejzażami”). Wybrałyśmy się tam z przyjaciółką. Obie lubimy zwłaszcza pejzaże. Niestety, teraz zrobię miejsce, w którym wypowie się moja wewnętrzna, stara baba: niewiele zrozumiałam z tego, co się zadziało na Wydarzeniu. Było dla mnie za głośno, za dużo dymu (oprócz sztucznego z maszyny, performerki przez całą sztukę jarały szlugi), światła stroboskopowe wprawiały mnie w stan lekkiej paniki („chyba zemdleję w tłumie, albo oślepnę!”), wszystko działo się bardzo szybko i blisko, trzeba było przez cały czas stać, a performerki znajdowały się zdecydowanie zbyt blisko nas i pomimo najszczerszych chęci nie byłam w stanie odnaleźć się w ich przekazie tworzącym krajobraz ze słów takich jak: kurwa, plama, chuj. Widziałam zdezorientowany wzrok mojej przyjaciółki i moment, w którym ukradkiem sprawdzała w torebce godzinę na telefonie, żeby upewnić się, czy długo jeszcze do końca. Gdy wychodziłyśmy z Wydarzenia Artystycznego, moja przyjaciółka skomentowała występ słowami: „cieszę się, że już się skończyło”. My, starsze panie po trzydziestce, uważające się za osoby zafascynowane poezją i sztuką, przypadkiem znalazłyśmy się na premierze, gdzie pozbawiono nas wszelkich złudzeń: są rzeczy, na które jesteśmy już za stare, które nie są dla nas.

Nie odbieram tym rzeczom wartości (nie jestem jeszcze AŻ TAK stara), ale coraz częściej czuję, że coś jest już nie dla mnie. Wijące się na scenie ciała, ostre kwestie wykrzykiwane do zdarcia gardła i nieodłączne elementy negliżu (lubię gołe cyce, ale niekoniecznie na scenie), obecnie wprawiają mnie w konsternację. Zbyt wiele już tego widziałam, zbyt wiele widziałam wszystkiego, żeby podobało mi się to samo, co dziesięć lat temu, gdy byłam jako tako młoda, a wszystko to było nowe. Kiedyś chciałam oglądać wszystkie Wydarzenia Artystyczne, brać udział w każdym spotkaniu, doświadczać, przeżywać i wchłaniać, bez żadnych limitów, przyjmowałam z zaciekawieniem wszystko. Obecnie jednak najbardziej interesuje mnie emeryckie życie, leżenie w domu pod kołdrą i tulenie pieseczka. Szybko poszło. Moja młodość była prawdopodobnie najkrótszą wersją dostępną na rynku.

Jeszcze w zeszłym roku miałam jechać na festiwal muzyczny. Kupiłam nawet bilet, pięciodniowy, najdroższy. Umawialiśmy się z przyjaciółmi, że pojedziemy razem i będziemy sobie chillować, może nawet niekoniecznie tańczyć, ale spędzimy razem czas. Cieszyłam się kupując bilet. „Tak robią wszystkie normalne osoby, latem jeżdżą na festiwale, jeden za drugim. Ja też mogę to zrobić. Przynajmniej spróbuję, jak to jest” – myślałam. Ale czas mijał, im bliżej było do Festiwalu, tym większy był we mnie stres. Tydzień przed wyjazdem okazało się, że znajomi jednak nie jadą. Ktoś miał problem z plecami, którego nie chciał pogorszyć spaniem w aucie, ktoś inny pracę albo „odbiór śmieci”, którego nie chciał przegapić (chyba chodziło o gabaryty). Wpadłam wtedy w popłoch. Dołączyłam do grup festiwalowych tylko po to, żeby ogłosić chęć odstąpienia swojego biletu, a gdy znalazłam osobę, która chciała odkupić ode mnie karnet (z niewielką stratą dla mnie), poczułam ulgę jak nigdy w życiu, że nie muszę nigdzie jechać, na żaden głupi festiwal. Mogłam przestać wyrzucać sobie własną lekkomyślność. Czułam się tak, jakbym dostała prezent, bonusowe pięć dni życia, w czasie których będę mogła wysypiać się w ciszy, w moim wygodnym łóżku, jeść to co chcę, wybierać strój spośród wszystkich swoich ubrań (bez konieczności pakowania się), brać prysznic bez żadnych kolejek we własnym i żyć w całkowitej, bezcennej ciszy. Kamień spadł mi z serca.

Kiedyś naprawdę kochałam festiwale. Szczególnie te filmowe. Zgłaszałam się na wolontariat, żeby nie płacić za udział. Zrobiłam to wiele razy. Później spałam na podłodze w szkole albo na boisku z dziesiątkami nieznajomych, nosiłam z upodobaniem przez wiele dni z rzędu brudne, festiwalowe koszulki i smycz z nazwiskiem. Odpracowywałam roboczogodziny w biurach festiwalowych, wydając gościom karnety na obiad (najczęściej był to smażony ser), sprawdzając akredytacje i udzielając informacji na temat rzeczy, o których nie miałam pojęcia, ale które wystarczyło szybko sprawdzić w internecie i równie dobrze każdy mógł zrobić to sam (najczęściej jak gdzieś dojść albo dojechać, ale niektórzy goście pytali też w punkcie informacyjnym, gdzie mogą kupić marihuanę – musiałam to ustalić). Czułam się spełniona i każdego dnia myślałam tylko o tym, ile zaoszczędziłam, a gdy kończyłam zmiany, oglądałam filmy do oporu, przynajmniej pięć dziennie. Chciałam wykorzystać wszystko na maksa, nigdy nie miałam dość.

Kilka lat później, gdy znowu pojechałam na festiwal już jako inna, bardziej dorosła osoba i miałam zrobioną rezerwację na pokój w schronisku, w którym była nawet dostępna suszarka do włosów (można było wypożyczyć ją na recepcji), czułam się trochę stara, ale jeszcze nie tak bardzo jak dziś. Pamiętam, że gdy obejrzałam jeden film, a później poszłam spać, zamiast wziąć udział w silent disco w klubie festiwalowym, miałam lekkie poczucie winy. Dziś potrzebowałabym jeszcze więcej wygód: gdybym miała przyjechać na kilka dni, wzięłabym z domu własną poduszkę i kołdrę, na wypadek, gdyby w hotelu była za cienka. Zrobiłabym sobie zapas jedzenia, oczywiście wzięłabym też woreczek własnych torebek z herbatą – nigdy nie wiadomo, jaka byłaby oferta na miejscu i czy mieliby moją ulubioną tam, gdzie chciałabym się udać. Miałabym też słuchawki, zatyczki do uszu, zapas leków na wszelkie dolegliwości i krzyżówki (prawdziwa stara baba, mówiłam), gdyby Wydarzenie Artystyczne okazało się dla mnie nudne. Ogółem nie mogę uwierzyć, że kiedyś mogę być jeszcze starsza. Nawet nie próbuję wyobrazić sobie, jak może to wyglądać.

fot. Eteinne Swanepoel / Unsplash.com