Felietony

Na mieszkaniu

Jacek Paśnik
556 odsłon
Mieszkanie na wynajem. fot. Lisa Anna / unsplash.com

„Mieszkanie i przedmioty nie tylko odpowiadały ich osobowości: dawały im także oparcie, a zarazem poczucie trwałości stylu życia, który z innej perspektywy (normalnej w poprzednim pokoleniu) wydawałby się kruchy. Chaos sam w sobie mógł być postrzegany jako coś twórczego, beztroskiego, lecz w takim kontekście zdawał się objawem tymczasowości”[1] – pisze Vincenzo Latronico w Do perfekcji. Życie bohaterów powieści włoskiego milenialsa cechują nieustające rozedrganie i niedookreśloność. Poszukiwanie formy, tak charakterystyczne dla średnioklasowego funkcjonowania, u książkowych postaci ujawnia się poprzez gromadzenie rzeczy, które miałyby świadczyć o ich upodobaniach czy statusie – trochę w myśl przywoływanej przez autora książki Rzeczy Georges’a Pereca, krytyki materializmu Francji na powojennym dorobku, nieco mniej spektakularne i, zdawałoby się, niczego nieobiecujące. W Do perfekcji zamiast planów i marzeń jest poczucie kręcenia się w kółko, a wyobcowanie i bycie nie na miejscu to norma życia „na mieszkaniu”.

Z trumny do IKE-i

„«W mieszkaniu» – swoim, «na mieszkaniu» – wynajmowanym” – napisała jedna z osób komentujących wpis na profilu „Świetlan maps” mapującym polskie regionalizmy[2], według którego określenie „na mieszkaniu” miało być charakterystyczne dla mowy południowo-wschodniej Polski. W wielu komentarzach ujawniło się jednak niezwiązane z konkretnym regionem skojarzenie z kwestiami własności.

Co w języku, to z życia – mimo że „na mieszkaniu” słyszę dość rzadko (ale słyszę, także w centralnej Polsce, w której żyję na co dzień), rzadziej niż „na wynajmie”, określenia te wciąż brzmią mi bardziej znajomo niż „w domu”. Wynajmuję ja i wynajmuje większość moich znajomych z roczników dziewięćdziesiątych i osiemdziesiątych. Nasze mieszkaniowe biografie orbitują wokół schematu polegającego na przetrząsaniu portali z ogłoszeniami, przyglądaniu się przez ekran, potem oględzinach na miejscu, czasowym zasiedlaniu (na krótko lub dłużej), a później rozpoczynaniu wszystkiego od nowa. Zamieszkiwanie rzadko wiąże się z przywiązaniem, częściej z poczuciem ograniczonej podmiotowości i życia pod nadzorem. Zawsze może być jednak – pocieszam się – punktem wyjścia do niezliczonych obserwacji.

Kilkanaście lat temu książkę o polskim wynajmie stworzyła Natalia Fiedorczuk. Opublikowany w 2012 roku album Wynajęcie to subiektywny zapis przedzierania się przez ogłoszenia zamieszczane na najpopularniejszym wówczas portalu Gumtree. Kilkanaście lat później te setki amatorskich zdjęć dołączanych do ówczesnych ofert wynajmu przypominają trochę film Miejsca, które za nami tęsknią projektu artystycznego TheMontaże, w którym melancholijnemu komentarzowi z offu towarzyszą widoki z opustoszałych polskich ośrodków wczasowych, schronisk młodzieżowych czy lokali na wynajem krótkoterminowy. Widoki z książki Fiedorczuk – pomalowane na pstrokate kolory salony zastawionych meblościankami, regałami i szafami typu Komandor, przedpokoje w boazerii czy łazienki wykaflowane na podobieństwo prosektorium – ukazują miejsca niepokojąco obce, pełne duchów dawnych lokatorów. To widoki należące coraz częściej do przeszłości – choć głównie pod kątem obowiązujących trendów wnętrzarskich i wymogów rynku. „Niemieckie mieszkania na wynajem ciężko czasem od siebie odróżnić: śnieżnobiałe ściany, drewniana podłoga i pustka. Polskie przeciwnie; dwóch takich samych nie ma, a jednak różnorodność kolorów, wzorów i fasonów łączy się w jasno rozpoznawalny schemat”[3] – pisała w książce socjolożka Marta Skowrońska.

Po piętnastu latach sytuacja wygląda nieco inaczej. Gdy – tak jak kiedyś Natalia Fiedorczuk – przeglądam portal Otodom, dziś najpopularniejszy tego typu serwis w kraju, widzę głównie wnętrza inne niż te w Wynajęciu. Wyliczane w tekstach dołączonych do zdjęć kaskady szaf, biurka z MDF-u, politurowane meble z późnego peerelu, potransformacyjne regały typu trumna czy podwieszane sufity początków nowego milenium zostały dziś zastąpione przez powtarzalne obrazki miejsc urządzonych niczym pokazowe wnętrza w sklepach IKEA albo ukazujące luksus spod znaku łazienkowych okładzin imitujących marmury, ceglanych ścian w kuchni, pikowanych kanap, odcieni szarości i antracytowych sufitowych reflektorów. Wnętrzarska unifikacja i sterylność, podyktowane rynkowym wymogiem przypodobania się jak największemu gronu potencjalnych najemców, nie wykluczają jednak stałego poczucia zagubienia: wrażenie „życia w ogromnym pawlaczu”[4], jak pisał w Wynajęciu socjolog Marek Krajewski, zastąpione zostało przez życie z wizualizacji lub serialu którejś z prywatnych stacji telewizyjnych.

Materac i krzesło

„Przestrzeń podlega kształtowaniu przez jej użytkownika. W przypadku zamieszczonych tutaj zdjęć to przestrzeń kształtuje najemcę (…)” – pisała w Wynajęciu Fiedorczuk. Nie inaczej jest piętnaście lat później. Mieszkania, niczym u Latronico, dobijają stany ducha i style życia. Tak jak kilkanaście lat temu z mieszkań pełnych wnętrzarskich dziwactw wychodziło się wprost w osobliwość ulicy końcówki lat zerowych, przypominającej nieco scenerię paradokumentów, tak dziś z wynajmowanych przestrzeni w stylu Airbnb wychodzi się na ulice pełne Żabek, malowanych na szaro budynków po termomodernizacji i białego światła LED. Niezmienne pozostaje tylko wrażenie nieprzystawania i czucia się nieswojo.

Spośród całości zasobu mieszkaniowego w Polsce lokale na wynajem stanowią od dziesięciu do kilkunastu procent. Ale odpowiedzią na niestabilną sytuację wynajmujących nie jest własność. Wprost przeciwnie, związane z sytuacją wynajmu poczucie zagrożenia po części wynika z coraz większego utowarowienia sytuacji mieszkaniowej, stopniowego wycofywania się państwa ze wsparcia mieszkalnictwa innego niż prywatne po roku 1989 oraz nieskutecznych podejść do programów mieszkaniowych. To kolejna rzecz, która nie zmieniła się od czasów Wynajęcia – systemowych rozwiązań brakuje, pozostaje więc dalej tkwić w stanie zawieszenia i być zdanym na łaskę wynajmujących. „Bo na wynajmowanych mieszkaniach to jeden ci pozwoli wbić gwoździk, inny nie”[5] – mówi w Wynajęciu jedna z bohaterek tekstu Filipa Schmidta.

Sam gwoździka w ścianę „na mieszkaniu” nigdy nie wbiłem, ale i tak miałem sporo szczęścia. Właściciel miejsca, w którym żyję nieprzerwanie od ponad pół dekady, miesięczne opłaty podwyższył mi ledwie dwa razy. Mieszkanie znajduje się w centrum dużego miasta, nie było przesadnie zagracone, a szczegółowe sprawdzanie jego stanu po kilku latach od mojej przeprowadzki do niego miało miejsce tylko raz. Testy przeszedłem pomyślnie. Ze swoich rzeczy mam w nim materac, biurko, sporo książek, piękne krzesło, które kiedyś za parę złotych odkupiłem z likwidowanego łódzkiego hotelu Polonia, i cztery obrazy. Wszystkie stoją na podłodze, nie ma sensu tłumaczyć się z dziurawienia ścian. Być może kiedyś gdzieś je zawieszę.

Przypisy

1. V. Latronico, Do perfekcji, tłum. K. Skórska, Wołowiec 2025, s. 17.
2. https://www.facebook.com/swietlanmaps/posts/pfbid02sETyNt2tPyRaXLCWEeAD9WQxDDvzKeZtFdD1D7HSw449ENfhRj8ERdGhbqm6RtJYl [dostęp: 26.11.2026].
3. M. Skowrońska, Wynajmowane i własne, [w:] N. Fiedorczuk, Wynajęcie, Warszawa 2012, s. 129.
4. M. Krajewski, Normalnie substandardowo, [w:] N. Fiedorczuk, Wynajęcie, s. 48.
5. F. Schmidt, Wynajmowane i własne, [w:] N. Fiedorczuk, Wynajęcie, s. 196.

 


fot. Lisa Anna / unsplash.com