Katja Hoyer, Kraj za murem. Życie codzienne w NRD (tłum. Jan Szkudliński, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2025)
Jeden ze starszych przedmiotów w moim domu rodzinnym ma ledwie niespełna pięćdziesiąt lat. Z tej perspektywy moje zamiłowanie do ramoty wydać się może aktem buntu przeciwko nowomieszczańskim nawykom rodziców – fanów nowoczesności i „rzeczy ładnych”, którzy nawet kilkuletnich sprzętów pozbywają się bez sentymentu. W zalewie nowości: wymienianych co parę sezonów odkurzaczy, czajników czy ekspresów do kawy, których przy niemal każdych odwiedzinach muszę się na nowo uczyć, jakimś cudem przetrwała ostrzałka do noży wyprodukowana w nieistniejącym już państwie. Jest mechaniczna i nieskomplikowana, więc prawdopodobnie niezniszczalna; jak zakładam na przekór charakterom moich bliskich, przed wyrzuceniem ochroniła ją też jej wartość symboliczna. Połyskującą na niedookreślony, fioletowoczerwony kolor, powyginaną blaszkę z wygrawerowanym napisem „MADE IN GDR” najprawdopodobniej przywiozła z Niemiec Wschodnich moja mama, kiedy jako kilkunastolatka pojechała tam na kolonie.
„Enerdówek” we wspomnieniach mamy – oglądany ze wschodu oczami harcerki, z niekończącymi się lasami i termosami nabywanymi na miejscu metodą handlu wymiennego –jest całkiem podobny do opisywanego przez mieszkańców nieistniejącej już Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Ich historie poznajemy dzięki wydanej niedawno w Polsce książce Kraj za murem Katji Hoyer:
W odróżnieniu jednak od Christiane z Good Bye, Lenin!, większość Niemców wschodnich doskonale zdaje sobie sprawę, że NRD odeszła na zawsze, i wcale nie pragnie jej odbudować. Dla nich dźwięki, obrazy, smaki i zapachy NRD przywodzą wspomnienia osobiste. Obrzydliwy smak jasnozielonego miętowego likieru, popijanego ukradkiem za salą gimnastyczną podczas szkolnej potańcówki. Ostry zapach Wofasept, powszechnego środka dezynfekującego stosowanego w enerdowskich budynkach publicznych. Albo charakterystyczny dźwięk dwusuwowego silnika trabanta, jaki towarzyszył letnim wyprawom na wakacje nad Bałtykiem. Dla większości Ostalgie jest po prostu niewinnym przywoływaniem miłych wspomnień (s. 477).
Wspomniana przez Hoyer Christiane Kerner, odgrywana przez Katrin Sass bohaterka filmu w reżyserii Wolfganga Beckera, jest wychowanką republiki, którą w październiku 1949 roku powołano na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej. Kerner zdaje się ślepo wierzyć w ideały państwa „demokracji ludowej” – do tego stopnia, że po tym, jak w 1989 roku zapada w śpiączkę i przesypia upadek muru berlińskiego, jej syn, w obawie o stan zdrowia matki, po jej przebudzeniu utrzymuje ją w iluzji wciąż funkcjonującego państwa wschodnioniemieckiego. Film ten, pełny zjawiska Ostalgie, jest mi szczególnie bliski. Po raz pierwszy widziałem go jako dwunastolatek w drugiej połowie lat zerowych, kiedy to na fali retromanii powracały też popkulturowe symbole PRL – od nawiązujących do Polski Ludowej klubokawiarni po powstające w tamtym czasie marki odzieży czy gadżetów, często kopiujące wręcz wzornictwo epoki. Historia Kernerów opowiedziana w Good Bye, Lenin! jest ciekawa także z perspektywy książki urodzonej w 1985 roku Hoyer, w której NRD – mimo ogromu przywoływanych rekwizytów czy opisów codzienności (od wschodnioniemieckiej motoryzacji aż po zaskakujące relacje z rejsów wycieczkowych, które zza żelaznej kurtyny mogli odbywać Niemcy ze Wschodu) – jawi się jako państwo „nie do życia”. Nie tylko z dzisiejszej perspektywy, ale nawet w oczach mieszkańców innych krajów dawnego bloku sowieckiego.
NRD to w książce Hoyer kraj na wskroś polityczny, w którym z każdej ze ścian bacznie spoglądają podobizny Waltera Ulbrichta i Ericha Honeckera, a służba bezpieczeństwa – Stasi – pod przewodnictwem Ericha Mielkego to coś więcej niż aparat kontroli i inwigilacji obywateli, jak w przypadku innych demoludów; to również symbol totalitaryzmu, wzorowany na radzieckiej CzK, a także miejsce realizowania autorytarnych zapędów samego Mielkego. „Notatki odnalezione w biurku jednej z jego sekretarek ukazywały skalę jego neurotycznej potrzeby porządku i czystości. Były wśród nich przypomnienia: «zaciągnąć zasłony na dwóch oknach frontowych w pobliżu ministra», ale «pozostawić otwarte drzwi do szatni»” (s. 253–254) – czytamy u Hoyer. Permanentny lęk przed inwigilacją czy poczucie, że sam fakt istnienia państwa jest zagrożony (przeciwny utworzeniu NRD, był, jak pisze autorka, ponoć sam Stalin, co przez lata władze tego kraju postrzegały jako pretekst do nieustannego tresowania swoich mieszkańców), da się odczuć podczas lektury tej książki. Nawet gdy czytamy o niezwykłej przemianie wschodniej części Niemiec, której hymn nosił tytuł „Powstając z ruin” – po tym, jak w połowie lat czterdziestych wszystkie fronty II wojny światowej zrównały kraj z ziemią.
*
Jedno z najbardziej zniszczonych wojną miast NRD, Drezno, odwiedziłem niedługo po przeczytaniu Kraju za murem. W pierwszym odruchu zachwyciłem się Prager Straße, historyczną ulicą łączącą dworzec kolejowy ze Starym Miastem, choć ślady jej dziewiętnastowiecznego, typowo mieszczańskiego kształtu widać dziś tylko na tablicach informacyjnych czy w wyklejkach sklepowych witryn, pod postacią fotografii secesyjnych kamienic i mężczyzn w cylindrach. W przestrzeni miejskiej nic po dawnej Prager Straße nie zostało. Zastąpiła ją szeroka, socmodernistyczna aleja pełna fontann, wieżowców, w których obecnie znajdują się sieciowe hotele, oraz płaskorzeźb i mozaik nawiązujących do warstwy symbolicznej dawnego socjalistycznego państwa. Enerdowskie Prager Straße, dziś wypełnione galeriami handlowymi oraz pasażem knajp i kawiarenek w parterze, to laurka dla nieistniejącego już kraju i niezwykle udany przykład konserwacji dziedzictwa socmoderny, w Polsce zdecydowanie rzadziej spotykany, co – przy nierugowaniu z przestrzeni publicznej symboli sierpa i młota, radzieckich gwiazd i czerwieni – świadczy o zupełnie innym stosunku wschodnich Niemiec do swojej, niełatwej przecież, komunistycznej przeszłości. Po przejściu główną ulicą miasta w kierunku rynku wszedłem między budynki przypominające nieco warszawską Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową, choć o nieco bardziej płynnych kształtach i dachach krytych charakterystycznym czerwonym gontem. O tym, że w Dreźnie architekturę tę nazywa się „stalinowskim barokiem”, dowiedziałem się niedługo później.
W jednym z drezdeńskich antykwariatów natknąłem się na pocztówkę z miasta sprzed 1989 roku. Na rewersie naklejono znaczek pocztowy z najpopularniejszym obiektem architektury opisywanym przez Hoyer: berlińskim Pałacem Republiki, pełniącym funkcję enerdowskiego parlamentu olbrzymim pudłem z połyskującego na złoto lustrzanego szkła. Po rozbiórce budynku w 2008 roku w tym samym miejscu odtworzono zniszczony w 1945 w wyniku alianckich bombardowań zamek miejski, dawną rezydencję królów Prus. Awers pocztówki przedstawiał – jak powiedział mi antykwariusz – „stalinowskie baroki” właśnie oraz jeszcze inną ruinę: kościół Marii Panny. Zawalił się on w wyniku nalotów na kilka miesięcy przed ostatecznym upadkiem III Rzeszy, a w czasach Republiki Demokratycznej był wolno stojącym gruzowiskiem, na którym gromadziły się zjazdy enerdowskiej młodzieży i którego odbudowa zakończyła się dopiero po upadku NRD, w roku 2005.
Na jednej z fotografii pozostałości po kościele w Dreźnie, trzecim pod względem ludności mieście Niemiec Wschodnich, powoli podnoszącym się z wojennej pożogi w latach sześćdziesiątych, obok wielokondygnacyjnej ruiny świątyni pasą się dziesiątki owiec. Niedaleko przejeżdża ciężarówka, a na odbudowanych gmachach widocznych w tle powiewają dziesiątki czerwonych sztandarów. Widać też szwendających się ludzi – w jednym z miast tego kilkunastomilionowego kraju (w Niemczech Zachodnich mieszkańców było około trzykrotnie więcej) toczy się zwykłe życie.
Jak pisze autorka Kraju za murem:
Wzloty i upadki NRD jako eksperymentu politycznego, społecznego i gospodarczego odcisnęły piętno na jej byłych obywatelach, którzy niosą ze sobą bagaż – a nie tylko „balast” – tych doświadczeń. Miliony żyjących dzisiaj Niemców nie mogą ani nie chcą zaprzeczać temu, że niegdyś żyły w NRD. Choć świat, który ich ukształtował, runął razem z murem berlińskim w roku 1989, ich życie, doświadczenia i wspomnienia przetrwały upadek (s. 19).
To właśnie im Katja Hoyer daje głos – tym, którzy dawny, nieistniejący kraj pamiętają przez pryzmat zapomnianych rekwizytów czy popkulturowych gadżetów, i tym, którzy przez lata bali się opowiadać o Stasi, partyjnym terrorze czy marzeniach o ucieczce.
fot. Immo Wegmann / unsplash.com