Felietony

Pocztówki z nie-miejsc: trzy albo tylko jedna

Jacek Paśnik
917 odsłon
fot Sun Jib Pixabay

Do pierwszego z nich docieram wczesnym popołudniem. Wcześniej jedziemy, ja i kilkadziesiąt innych osób, niskopodłogowym autobusem. Nikt nic nie mówi, powietrze ma metaliczny zapach z charakterystyczną chemiczną nutą środków czystości, która osadza się na ciele i ubraniach w trakcie wielogodzinnej podróży pociągiem czy samolotem. Bus podwozi nas pod samo wejście do terminala, tak blisko drzwi, że odległość między kabiną pojazdu a wnętrzem budynku pozwala na tylko jeden wdech powietrza z zewnątrz, ciężkiego od autobusowego diesla. Za rozsuwanymi drzwiami czeka miejsce, które mogłoby być wszędzie i powstać zarówno wczoraj, jak i pięćdziesiąt lat temu: wykafelkowany korytarz, ściany z chłodną, ceramiczną okładziną, ruchome schody i chodniki, a wszystko to skąpane w świetle jarzeniówek. Docierają do mnie strzępki rozmów: po angielsku, chińsku, niemiecku. Wzrokiem instynktownie poszukuję kulturowych punktów zaczepienia. Odnajduję je jedynie w języku reklam oblepiających korytarz – dzięki nim mniej więcej wiem, w której części świata się znajduję.

Spośród wszystkich lotnisk, które odwiedzam tego lata, to jest największe, jest miastem w mieście, nieopodal jednej z największych metropolii na kontynencie. Mam w niej kumpla z Ukrainy, na Whatsappie daje mi znać, że w sumie skoro już mam spędzić dzień w granicach administracyjnych miasta, to moglibyśmy się spotkać, bo planujemy to od dawna, więc właściwie czemu nie. Rzecz w tym, że od wyjścia do miasta odgradzają mnie kontrola paszportowa, kaskady weneckich luster, korytarze i przejścia między terminalami, a wcale nieodległy czas dzielący mnie od wejścia na pokład kolejnego samolotu uniemożliwiłby swobodne spotkanie. Następne godziny spędzam zatem w zawieszeniu, rozpięty między niewygodnym gumowanym krzesłem na stalowej rurce a wypchanym plecakiem, o który opieram nogi. Patrzę, jak między budynkami lotniska kursuje kolejka, jak po jego połyskującej w popołudniowym słońcu płycie przesuwają się autobusy z podróżnymi i cysterny z paliwem, jak startują samoloty linii z całego świata: Lufthansa, United, Qatar. W przesiadkowym terminalu mam dostęp do tylko jednej kawiarni, w której zamawiam precla – kolejny drobiazg pozwalający mi choć minimalnie poczuć miejsce, w którego pobliżu jestem.

Drugie nie-miejsce z założenia powinno być mi bliższe. Znajduje się w moim rodzinnym mieście, było celem jednej z moich pierwszych szkolnych wycieczek i nie jest już takie jak wtedy, więc opowiada jakąś historię. W albumie fotograficznym mam z niego kilka zdjęć, najpewniej z 2004 roku. Wyglądało wówczas jak zestaw Lego: o charakterystycznej dla przełomu mileniów uproszczonej, geometrycznej architekturze, jaskrawych kolorach, konstrukcyjnych elementach w stylistyce hi-tech. Oprowadzał nas po nim mężczyzna z wąsami, w typowym dla epoki kanciastym, za wielkim garniturze. Patrzy się na te fotografie jak na pocztówki z innego świata. A i w miejscu ich wykonania wkrótce miała nastać nowa epoka, która nie-miejsce uczyniła takim, jakie jest dziś: w zmodernizowanym, oddanym wiele już lat temu budynku terminala lotniska miało być – w myśl obietnicy polskiego czasu modernizacji końcówki lat zerowych – sterylnie, ze szkła i stali, jak na trójwymiarowej wizualizacji pełnej osób w podróży, uwijających się z walizkami, ze sklepikami rozświetlanymi lampami LED i miejskimi meblami w kolorze „Szary Stalowy Gładki Mat”. Zupełnie jak na Zachodzie Europy.

Jest jak wszędzie: znów mógłbym być w miejscu z początku tekstu, powstałym pół wieku lub ledwie dzień temu, czekać lub uporczywie szukać drobiazgów świadczących o jakiejś indywidualności, czegoś, co mogłoby nadawać tej przestrzeni status miejsca, jakąś historię. Być może kryje się ona w plakacie, na który zwracam uwagę tuż przed przekroczeniem bramek kierujących do autobusu. Dostrzegam na nim logotyp sprzed ponad dekady, z czasu gdy miasto aspirowało do statusu europejskiej stolicy kultury. Lokalne nie-miejsce musiało być częścią tego marzenia.

Po trzecim nie-miejscu chodzę w tę i we w tę, tym razem mam do dyspozycji terminal główny, w którym jest co oglądać. To drugie największe lotnisko w tym kraju, kilka lat temu rozbudowane, najeżone knajpami i sklepami, od butików z wyprodukowanymi w Chinach pamiątkami na ostatnią chwilę po bary szybkiej obsługi i sieciową kawiarnię. Chociaż obok Panda Express i knajpy któregoś z telewizyjnych szefów kuchni widzę niewielkie okienko z lokalnymi potrawami w wersji na wynos, a w strefie bezcłowej bez problemu znajduję ceramikę stylizowaną na tę z regionu czy pocztówki z najpopularniejszą w kraju malarką, to i tak indywidualność tych miejsc zredukowano do minimum: wszystko jest częścią zglobalizowanej nowoczesności, znika w bladym świetle, ruchu i pośpiechu podróżnych, wydaje się nietrwałe i nieumocowane w lokalnej rzeczywistości.

Wszystkie trzy nie-miejsca mogłyby być wszędzie i nigdzie. Jednak wspominając tegoroczne letnie podróże, to o nich będę myślał najintensywniej, bo nie ma niczego bardziej współczesnego.
*
O zmianach kulturowych w kontekście przestrzeni pisano jeszcze przed upadkiem żelaznej kurtyny, w kapitalistycznym świecie Zachodu i jego środowiskach architektonicznych oraz socjologicznych, wraz z przeobrażaniem się przestrzeni publicznej (oraz tej prywatnej, uczęszczanej masowo) tak, by była maksymalnie wydajna, zunifikowana i prosta. Termin „nie-miejsca”, zbadany i opisany przez francuskiego etnologa i antropologa kulturowego Marca Augégo w książce o takim właśnie tytule, powstał wokół idei miejsca – przestrzeni oswojonej przez człowieka, „jakiejś”. Nie-miejsce odwołuje się do przestrzeni bez tradycji i tożsamości, współczesnych przede wszystkim pod kątem funkcji: lotnisk, dworców, poczekalni, centrów przesiadkowych, galerii handlowych, autostrad czy stacji benzynowych (choć, jak we wstępie do polskiego wydania Nie-miejsc zwraca uwagę Wojciech Józef Burszta, „Nie-miejsca, jak słusznie pisze Marta Smagacz […], rywalizują o naszą uwagę z miejscami dającymi się opisać w terminach antropologicznych. Co więcej – czytamy – «nie miejsca» coraz bardziej udają «miejsca», przykładem są galerie handlowe, poprzez architekturę i rozmaite detale (ławeczki, fontanny, kierunkowskazy), symulujące tradycyjne centrum miasta”[1] . Wydaje się, że istnieją też nie-miejsca charakterystyczne pod kątem formy – są wszystkim tym, co zdaje się walczyć z upływem czasu. Zupełnie jak w opisywanym widoku: mogą mieć pięćdziesiąt lat czy rok, a i za kolejne pół wieku będą takie same.

Wszelka materia istnieje w kontinuum czasu; patyna biorąca się ze zużycia dodaje materiałom budowlanym wzbogacającego doświadczenia czasu. Tymczasem dzisiejsze wytworzone maszynowo materiały: pozbawione skali tafle szkła, lakierowane metale i syntetyczne tworzywa prezentują oku swe nieustępliwe powierzchnie bez ujawniania swej materialnej istoty czy wieku. Budynki epoki technologicznej są zazwyczaj celowo nastawione na osiągnięcie doskonałości o nieokreślonym wieku, nie włączają w siebie wymiaru czasowego czy nieuniknionego i znaczącego mentalnie procesu starzenia. Ten lęk przed śladami zużycia czy starzenia wiąże się z naszym lękiem przed śmiercią [2]

– pisał Juhani Pallasmaa w Oczach skóry, chyba najpopularniejszym tekście o współczesnych relacjach zmysłów i przestrzeni.

Zastanawiam się jednak, na ile można w kontekście nie-miejsc mówić o ich wielozmysłowym odczuwaniu. Powyższe wspomnienia z trzech, spisane na gorąco, wydają mi się udowadniać, że można miejsca bezduszne obserwować i czuć – a nawet, do pewnego stopnia, ujmując je w odpowiednią ramkę i dodając im nieco kontekstu, tworzyć z nich charakterystyczne obrazki z własną poetyką. Nie-miejsca zdają się przed wszelkimi emocjami bronić. Od funkcji, które zakładają przebywanie w nich przez krótki czas, przez nowoczesne, nienaturalne materiały, aż po język: nie-miejsca mówią bezokolicznikami, obrazami, czasem ledwie kolorem: „Przed opuszczeniem pojazdu korzystający z miejsca do parkowania zobowiązany jest […]”[3] , „ZAKAZ PALENIA”, zakaz jako kolor czerwony.

*

Użytkownik nie-miejsca jest z nim (albo z mocami nim rządzącymi) w relacji kontraktualnej. Istnienie tej umowy jest mu przypominane przy różnych okazjach (sposób użytkowania nie-miejsc jest tego elementem): bilet, który kupił, karta, którą powinien pokazać przy wjeździe na autostradę, a nawet wózek, który pcha w alejkach tego supermarketu, są tego mniej lub bardziej wyraźnym znakiem

– pisał Augé w książce wydanej po raz pierwszy w 1992 roku. Kiedy trzy dekady później w ciągu niespełna miesiąca w opisywanych przez etnologa sytuacjach znalazłem się przynajmniej trzykrotnie (a na pewno więcej, bo podróżowałem też przecież po drogach szybkiego ruchu, kupowałem w podobnych wszędzie hipermarketach, raz nawet zdarzyło mi się spędzić popołudnie w sieciowej galerii handlowej), wydaje mi się, że kontraktów, jakie współcześnie zawiązuje się z nie-miejscami, jest tylko więcej i nic nie wskazuje, by miały przegrać liczebnością z miejscami, które w wyniku globalizującego się świata i przyspieszającego przepływu informacji nikną na tysiącach publikowanych w sieci zdjęć, tracą charakter pod warstwą modernizacyjnego pudru albo po prostu zanikają pod wpływem współczesności.

Trzy pocztówki z nie-miejsc: portów lotniczych w Niemczech, Polsce i Meksyku mógłbym złożyć w jedną w formie kolażu i zasadniczo nie straciłyby na wartości – obrazki ze szkłem, refleksami, metalicznym blaskiem, czystością, błękitami i odcieniami szarości, pośpiechem oraz gwarem są może i mieszanką nudną i bałaganiarską, ale jak żadne inne stanowią miarę swojej epoki.

Przypisy

1. W.J. Burszta, Samotność w świecie nadmiaru. Przedmowa do wydania polskiego, [w:] M. Augé, Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności, tłum. R. Chymkowski, Warszawa 2011, s. XII.
2. J. Pallasmaa, Oczy skóry, tłum. M. Choptiany, Kraków 2022, s. 40.
3. Regulamin parkingów P1, P2, P3, P4, P5, P6, P8, P9, P13, P14, P16, P20, P21, P31, P32, P33, P34, VIP, TAXI na Lotnisku Im. Fryderyka Chopina w Warszawie, https://www.lotnisko-chopina.pl/uploads/user_files/OH/HSP/Parkingi/regulamin_parkingowy.pdf, dostęp: 26.08.2025.
4. M. Augé, Nie-miejsca…, s. 69.

 

fot. Sun Jib / pixabay.com