Felietony

Sportowiec roku

Dorota Kotas
947 odsłon
fot. Bianca Castillo / unsplash.com

 

Nigdy nie lubiłam sportu, bo wydawało mi się, że jestem na to zbyt mądra. Wolałam fałszować zwolnienia z wf-u i czytać książki na ławce. Szczytem mojej aktywności fizycznej było unikanie lecących piłek, maksimum wysiłku, aby piłka nie dotknęła mojego ciała − bez względu na to, czy byłam akurat ćwicząca, czy fałszywie niedysponowana. Przy mojej wadzie wzroku – minusach z mocnym astygmatyzmem, każda lecąca piłka była dla mnie jak kometa, co jest niby ok, pod warunkiem, że nie leci akurat wprost na mnie. Do czytania książek nie trzeba przebierać się i obnażać przed innymi dziewczynami w dusznej szatni, spowitej oparami wszystkich rodzajów dezodorantów, jakie tylko istnieją. Nie trzeba się też wysilać, pocić, męczyć, a przede wszystkim, wystawiać się na pogardę i ocenę wuefisty, a zawsze musiał to być nieco podejrzany, wąsaty koleś, którego poziom sympatii do mnie oceniłabym na minus tysiąc. Do tego bycie (nie)wybieraną do drużyny − zawsze jako ostatnia osoba, ta, której zdecydowanie nikt nie chce, bo wiadomo z góry, że zepsuje całą grę. Oczywiście, sport był dla mnie równoznaczny z rzucaniem piłką. Tak wyglądały każde zajęcia, gdy byłam dzieckiem: z kantorka wychodził facet, który kazał wybierać drużyny (koszmar), a później rzucał piłkę i kazał nam grać. Czasami grało się rękami, a czasem nogami, ale mnie osobiście nie czyniło to żadnej różnicy. Musiałabym być naprawdę głupia, żeby dobrowolnie brać udział w tym szkolnym festiwalu upokorzeń, odbywającym się pod nazwą wf.

Później stało się coś dziwnego, dorosłam, wszystkie moje koleżanki zaczęły chodzić na jogę, a ja zaczęłam myśleć, że też muszę chodzić na jogę, bo tylko wtedy odnajdę wewnętrzny spokój. Poza tym, nie chciałam stać się starą, garbatą babą, której nikt nie chce. Żyłam w tym lęku bez mała od lat dwudziestych, oglądając joginki na instagramie, zazdroszcząc im ich wygimnatykowanych ciał i gorączkowo próbując dostosować się do tego trendu, kolejnych wymagań, tym razem bycia fit. Odkryłam, że duże festiwale literackie mają w programie jogę (joga na trawie, joga o wschodzie słońca), więc uznałam to za kompromis. Acha, a więc to tak − myślałam − a więc to joga jest sportem dla mądrych ludzi, dla indywidualistów z traumą wf, którzy tak naprawdę chcą tylko czytać książki i nie chcą zbytnio się męczyć, ale z przyzwoitości kupują karnet, matę i drogie gacie, bo tak samo jak wszyscy, boją się być starzy, brzydcy, niechciani i mało giętcy. Przyjęłam, że to dobry kompromis. „Może nawet nie lubię jogi, trochę się nudzę, słabo wychodzą mi jej pozycje, ale już trudno, będę ją ćwiczyć, jeżeli trzeba”.

„Jeśli chodzi o aktywność fizyczną, to wykupiłam kiedyś dziesięć sesji jogi i poszłam na dwie”[1]  – wyznaje bohaterka najnowszej książki Mirandy July (KTÓRĄ POTĘŻNIE KOCHAM), deklaruje brak zainteresowania sportem (do czasu!!!). Być może początek tego tekstu wyda się wszystkim głupi, ale trudno, zaryzykuję. Wykupić dziesięć sesji jogi i pójść na dwie to typowe zagranie początkujących sportowców. Pojedyncze zajęcia są na ogół zbyt drogie. Cykl dziesięciu zajęć wychodzi taniej, a co dopiero zobowiązanie roczne, brzmi jak interes życia. Kupując karnet na rok, stajesz się z miejsca kimś, kto poprzez symboliczny gest płatności za sport, zadbał o siebie i swoje ciało. Gratis otrzymasz zajęcia wprowadzające, czasem brzydki i bezużyteczny plecak-worek z logo klubu, a także gwarantowane, bezcenne samozadowolenie. Proces zapisów zwykle przebiega łatwo. Później nie trzeba już prawie nic robić, nikt nie przymusza, by korzystać z abonamentu, może jedynie własne, wewnętrzne poczucie przyzwoitości. Jestem chytrą babą, dokonałam więc przeliczenia i w ten właśnie sposób zostałam sportowcem roku. To znaczy, podpisałam umowę z klubem sportowym na rok. Lubię promocje, nie musiałam zastanawiać się długo. Mówiąc szczerze, wystarczyło mi jakieś dziesięć sekund i liczne wyobrażenia, kim się stanę (nieustraszoną siłaczką) i co mnie czeka (same ekscytujące przygody). Wszystko przez Mirandę July.

Moje pierwsze zajęcia: aqua aerobik. „To chyba coś dla mnie”, pomyślałam, przypominając sobie, jak dwadzieścia lat temu, w podstawówce, chodziłam na basen (do grupy „pływającej”, bo do „początkującej” było zbyt wielu chętnych, więc w „pływającej” znalazły się wszystkie dzieci, jakie nie bały się wody − z braku chętnych, zdecydowano, że to mogę być także ja). Przygotowania do basenu rozpoczęłam dzień wcześniej. Zamówiłam przez internet okularki (różowe) i czepek (czarny). Oczywiście, zanim je wybrałam, przeczytałam wszystkie opinie klientów: „czepek jak czepek”, „dobry kondom, ale na pewno nie dla mężczyzny”, i tym podobne głosy. Chciałam kupić DOBRY czepek, nie byłam świadoma bogactwa gatunków. W końcu zdecydowałam się na „czepek dla początkującego pływaka” − nie był bardzo drogi i miał opcję dostawy tego samego dnia, a ja nie miałam czasu, nie chciałam czekać, ryzykując, że utracę chęć chodzenia na aqua aerobik. Zanim znalazłam się na basenie, przygotowywałam się w domu: ćwiczyłam zakładanie czepka przed lustrem, a później zaskakiwałam moją dziewczynę, wchodząc do pokoju i mówiąc: „to ja, twój pływak!” − możliwe, że ona miała dość basenu, jeszcze zanim którakolwiek z nas znalazła się w jego pobliżu. Stworzyłam też listę rzeczy, które powinnam zabrać na basen. Nie uchroniło mnie to jednak przed serią błędów. Największy z nich skutkował ekspresowym powrotem do domu, gdy uświadomiłam sobie, że przydałby się ręcznik, bo mogę się trochę zmoczyć, i to może być problem. Chwilę rozważałam możliwość wysuszenia całego ciała suszarką do włosów (miałam w torbie), ale czy normalni ludzie tak postępują, czy niekoniecznie? Nie wiedziałam. Później okazało się, że zapomniałam też kremu do rąk (moja skóra po wyjściu z wody była tak pomarszczona, jakbym miała osiemdziesiąt lat), foliówki na mokre rzeczy albo innej specyficznej torby nieprzepuszczającej wilgoci (żeby nie zamoczyć reszty rzeczy, w tym książki z biblioteki, którą wzięłam na drogę i z powodu której wracałam z basenu niosąc ręcznik w rękach) oraz jedzenia (byłam taka głodna, że prawie umarłam z głodu). Starannie wybrałam termin koło południa, a nie wieczorem, żeby nie trafić przypadkiem na tłumy niewyżytych sportowców, odreagowujących w chlorowanej wodzie cały stres swojej ciężkiej pracy. Dzięki temu, na basenie były same seniorki i ja. Po chwili pierwszego szoku – gdy weszłam do wody i okazało się, że basen jest głęboki, a ja nie dotykam dna i gdy z paniką pomyślałam, że będzie dobrze, jeśli w ogóle zdołam przełamać się i puścić krawędź – było już całkiem nieźle. Ja i starsze panie, super towarzystwo. Robiłam wszystko źle, ale cieszyłam się, bo pod wodą nie było tego tak bardzo widać, a przynajmniej odnajdywałam pocieszenie w tej myśli. Tonęłam, ale tylko trochę. Instruktorka − młoda i brutalna. Puszczała muzykę z lat 80., mówiła, że można śpiewać i kazała nam robić różne niemożliwe rzeczy, a panie na basenie robiły jakieś dziesięć procent tego, co było trzeba i nikt na nie nie krzyczał. Poznałam nową koleżankę, która nie była na basenie równie długo co ja − mówiła że poprzedni raz był czterdzieści pięć lat temu, na Warszawiance, co trochę mnie pocieszyło. Cały czas chciało mi się śmiać, a kiedy wyszłam z wody, czułam, że chyba nie jestem już mną − jestem teraz kimś innym, osobą, która uprawia sport! „Dzięki temu, wszystko będzie lepsze” − myślałam. W domu rozłożyłam się na sofie i przespałam resztę dnia z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku oraz, że wszystko jest ok, zasługuję na odpoczynek i tym razem wcale nie marnuję czasu, bo przecież dokonałam czegoś wielkiego i teraz mogę robić wszystko, co zechcę, nawet cały dzień nic.

„Byłam tak słaba, że czasem ręka męczyła mi się przy myciu zębów. Kiwałam głową, zamiast machać − ręce są ciężkie! Nikt nie chce się do tego przyznać! Głowa też. Samo utrzymanie całego tego ustrojstwa w pionie wymagało wiele wysiłku. Prawie zawsze się o coś opierałam, przenosząc ciężar na blat albo drzwi. Tak naprawdę nic mi nie dolegało, ale ćwiczenia wydawały mi się sporą inwestycją w tymczasowe ciało. Czy nie mądrzej było poświęcić czas na tworzenie rzeczy, które mogły przetrwać, kiedy ciało umrze?[2]”  − miałam tak samo, nie chodziłam na sport, bo bałam się, że się zmęczę. Poza tym, przecież jestem pisarką − myślałam − a nie jakimś sportowcem, więc lepiej zostać w domu i pisać, ewentualnie poczytać książkę. Chcę, żeby ludzie oceniali mnie jedynie przez pryzmat tego, co piszę. Czy moje ciało kogokolwiek obchodzi??? Nie powinno obchodzić nikogo! Ale czytając „Na czworakach” − dziwna rzecz − nagle, zapragnęłam czegoś zupełnie innego.

*Nie wiem jeszcze, na ile jest to związane z kryzysem pracy, którą wykonuję (pisanie książek), a na ile jest to chwilowa obsesja (być kimś innym, robić coś innego). Sprawdzam.

 

PRZYPISY

[1] Miranda July, Na czworakach, Wydawnictwo Pauza 2024, s. 247.
[2] Tamże, s. 247.


fot. Bianca Castillo / unsplash.com