Felietony

Wieś zrzuca chustę. Kto tak naprawdę potrzebuje chłopomanii?

Weronika Gogola
1699 odsłon
Polska wieś

Moje dzieciństwo przypadło na okres, kiedy na byłej Łemkowszczyźnie kupowało się starą chyżę z całkiem sporą parcelą za kilkaset dolarów. Łemkowszczyzna była najbardziej pożądanym spośród nieużytków południa, bo kryła w sobie ciemną historię wygania, a opuszczone sady wciąż jeszcze rodziły owoce. Karłowate, wykręcające usta, ale nadające się na konfitury. Symboliczne zasiedlanie tych terenów było dla mieszczuchów aktem wskrzeszania, a – jak wiadomo – mieszczuchy lubią powskrzeszać to tu, to tam.

Miałam tego pecha, że mieszkałam poza granicą najatrakcyjniejszych hektarów, w których zasiedlił się nawet wielki polski pisarz, przyczyniając się tym do wzrostu zainteresowania Beskidem. Beskidem Magicznym – bo tak zaczęło się mówić. Moją wioskę, przesuniętą kilka kilometrów od epicentrum tajemniczego świata, traktowano jako wieś gorszego sortu. Pogórze Ciężkowickie nie było wtedy sercu bliskie (to było zanim nastąpiła moda na twórczość Bawołka i przed licznymi pielgrzymkami pisarzy do Ciężkowic). Mnie droga do Ciężkowic zawsze kojarzyła się z drogą przez mękę, morderczymi górkami, zapachem rozgrzanego łańcucha, zawodzeniem szprych i pojękiwaniem przerzutek, które zagłuszał tylko głos ojca, krzyczącego od Rzepiennika: „Ruchy! Ruchy!”. Gdy przyjeżdżali do nas „jacyś z Warszawy” i mówili: „Boże, jaki tu macie mikroklimat!”, patrzyłam na nich z niedowierzaniem. Dla mnie, nastoletniej, dorastanie na wsi było raczej jak brodzenie w kompoście. Ale warszawiacy się zachwycali i brnęli w ten Beskid, w sumie nie wiadomo po co. Nikt ich tu nie potrzebował i – jak się okazuje po tych trzydziestu latach – niczego ciekawego nie wnieśli. Zostali wchłonięci przez krajobraz, ale sterczą ciągle niczym brodawka na nosie. Wciąż są egzotyczni, chociaż już tutejsi. Na swoich mediach społecznościowych udają, że wiedzą, o co chodzi z tą wsią. Robią sobie stylizowane zdjęcia w gumiokach i biorą kury pod pachę. Ale miejscowi dobrze wiedzą, jaka jest prawda. Ci ludzie są odklejeni. I nawet jeśli organizują jakieś festiwale, jakieś warsztaty, jakieś bóg wie co, to raczej dla swoich ziomków z miasta niż dla ludzi ze wsi. A na dożynki nie chodzą, bo hołota.

Powróćmy jednak do lat dziewięćdziesiątych. Warszawiacy kupowali te lepsze i ciekawsze parcele, dla mieszczuchów z Krakowa zostawały ochłapy, położone kilka kilometrów na północ od Gorlic i Jasła dzioły, paryje i ropotowe krzoki. Na przykład moja wieś. Tak, do nas również zawędrowało kilka egzotycznych postaci. Kupiły stare drewniane domy i przystąpiły do oporządzania. Krążyły legendy, że jedną z takich zasiedlonych artystek odwiedził Zbigniew Wodecki, a potem Mietek Szcześniak. Mietek Szcześniak w mojej wsi!

Ponieważ egzotyczni nowi właściciele rozpadających się domów byli artystami, a ja byłam córką artystów, dostępowałam zaszczytu poznania ich bezpośrednio (chociaż na Szcześniaka nie udało mi się trafić). Zmuszano mnie nawet do grania na pianinie, na świeżo zaimpregnowanym ganeczku, pośród trzepoczących firanek i pod czujnym okiem krakowskich koneserów programu drugiego polskiego radia. Klawisze stawiały opór, połowa dźwięków się gubiła, a ja pociłam się niemiłosiernie, ale nie mogłam narzekać, bo dostąpiłam zaszczytu. Sezam otworzył się, mogłam zajrzeć do środka, podczas gdy większość mieszkańców obserwowała przyjezdnych z daleka. Jedyny plus, że niektórzy chodzili w niedzielę do kościoła. Wyróżniało ich to, że nie nosili pomarańczowych grzebieni w tylnej kieszeni spodni i ich dłonie nie były popękane. Ale kto tam komu będzie patrzeć na ręce, po co na ręce, skoro można na całość. Lampić się, wykręcać szyję, ślepić. Bo gdy w kościele pojawiał się element obcy, tłum wyczuwał go od razu, a sterczące na wyprostowanych szyjach głowy obracały się i jak domino spadały, by legnąć u stóp intruza. Czy po trzydziestu latach coś się zmieniło? Cóż, przybysze jakoś zakonserwowali się w kościelnych ławkach, nikt się za nimi nie ogląda, ale w życiu wsi wciąż raczej sterczą z boku, bo z mieszkańcami wiąże ich tylko ubezpieczenie w KRUS-ie. Na rolników się przechrzcili! Warioty!

Trudno mi występować z pozycji dziewczyny ze wsi. Nigdy nią w pełni nie byłam, bo ojciec uczył w liceum w Tarnowie, nie mieliśmy też gospodarki. Zawsze byłam tu jedną nogą, jednym okiem. Nie mieliśmy krowy, nie mieliśmy świni, nie mieliśmy nawet kur, chociaż nioski wujka anektowały nasze podwórko. Dużo mówi się o poczuciu wstydu związanym z byciem ze wsi. Moja siostra czuła wstyd odwrotny: wstydziła się, że nie jest jak wszystkie dzieci w klasie. Kiedy nauczycielka zapytała ją: „Kim są twoi rodzice, Marysiu?”, Maria z całym przekonaniem odpowiedziała: „Rolnikami”. „Na pewno, Marysiu?” „Tak!” Cóż, kiedy trzydzieści jeden osób w klasie odpowiada w ten sam sposób, trzeba zamaskować swoją inność, nawet jeśli wszyscy wiedzą, że nie masz obligatoryjnej krowy, a w twojej stodole (bo masz stodołę po dziadku, od 1986 roku tężeje w niej siano, które dziadek zdążył zebrać przed nagłą śmiercią) straszy. Te wiszące włosy siana i słomy – a zapewniam, że są tam do dzisiaj – to ostatni dowód mojego wiejskiego rodowodu.

Czy podnieca mnie jednak ten fascynujący fakt, że „cała Polska odkrywa swoje wiejskie korzenie”? Cała Polska – like who? Na studiach w Krakowie moi przyjaciele ze Stalowej Woli, Jeżowa, Ołpin, Dąbrówek, wszystkich tych wiosek z kieleckiego, lubelskiego czy dalekiej północy, wszyscy oni znali swoje korzenie. Widzieli stare skrzynie, widzieli korytka, widzieli kijanki do mycia nad rzeką, te artefakty walały się po stodołach, a jeśli nie po stodołach, to w gminnych izbach pamięci, obowiązkowo odwiedzanych w latach szkolnych. Nawet jeśli ich rodziny podniosły swoje życie do przepisowych trzech pięter, wyburzywszy drewniane domki i postawiwszy socjalistyczną kostkę, w której kuchnia, nie wiedzieć czemu, mieściła się w piwnicy, w tych katakumbach domu, nawet podczas spektakularnego wjazdu na trzecie piętro wyrzucano gdzieś te wszystkie szpargały, to w domu przecież mówiło się o tym, jak to kiedyś było. Nie, nie w formie wykładów czy traktatów filozoficznych przy łuskaniu fasoli – były to zwykłe utyskiwania starej generacji nad degrengoladą młodych, nad ich lenistwem podłym, bo im się ziemniaków kopać nie chciało, chcieli kopać piłkę, chcieli być jak Zidane, a nie jak Pan Bulwa z Toy Story. Wiedzieli, wiedzieli, że drzewiej to ciężko bywało, wszystko to wiedzieli. Więc co to za bujda na resorach, że cała Polska otwiera oczy, że cała Polska odkrywa nagle, że babki to miały ciężkie życie? Co to za bujda jest?! Czy sukces książki Chłopki jest sukcesem spontanicznym, czy może przemyślaną strategią marketingową?

Spójrzmy na okładkę. Przepisowo: „babcia” w chuście. Babulka, dobrodziejka z koromysłem. Polscy inteligenci lubią, jak baba ma szeroki zad i wielką chustę. Babcia z chustą na memy, babcia w chustce na ołtarze! W reaktywowanym po zmianach politycznych programie Hala odlotów, w odcinku o chłopach, do którego zaproszono autorkę najnowszego bestsellera oraz kilkoro ludzi, którym akurat powychodziły książki i filmy, zadbano o chłopomańskie parytety: zaproszono śpiewaczkę ludową Marię Siwiec. Należy ją oczywiście tytułować „panią Marią” – gest ten, z pozoru równościowy, jest na wskroś paternalistyczny, bo czyż panuje się innym gościom programu? Czyż panuje się Braciakowi, Jakubiakowi, czyż paniuje się Honek czy Frydryszak? Nie, to panie w chustach, panie Krysie, panie Ilonki, te miłe pyzy na polskich dróżkach, wciśnięte w strój ludowy i przypudrowane jak śpiewaczki Mazowsza, to one są pampuszkami polskiej inteligencji, która odkrywa, że ma korzenie w tej ziemi! Bez babci w chustce nie ma żadnego zwrotu ludowego. Po co zapraszać do programu o polskiej wsi jakiegoś wójta czy sołtyskę, żeby trochę opowiedzieli, jak wygląda polska wieś, jak radzi sobie z emigracją i jak wykorzystuje fundusze europejskie? Po co, kiedy można wyciągać ten skansen, tę cepeliadę, i jazda, używać do woli! Maria Siwiec w programie Hala odlotów oczywiście gubi się w zeznaniach, bo wyczuwa zapewne, że trzeba pozytywnie o wsi, chociaż wiadomo, że ciężko też było, ale generalnie to fajnie, fajnie, kiedyś to było, dzisiaj to nie ma. Dyskusja o wsi może rozpościerać się jedynie między prostactwem a prostotą, na niuansowanie nie ma przecież czasu antenowego. „Pani Maria” pełni więc w programie funkcję kwiatka w butonierce, czereśniczki na torciku, jest zaspokojeniem potrzeb tych, którzy odkryli nagle, że mają wiejskie korzenie. Prowadząca program Katarzyna Janowska zaczyna: „Co takiego się wydarzyło, że jeszcze do niedawna wszyscy pochodziliśmy z dworków albo z inteligencji, a dziś najbardziej seksi są chłopskie korzenie?”. Hola, hola! Seksi dla kogo? Czy na wsi ludzie w ogóle się nad tym zastanawiają? Czy dla wiejskich dzieci seksi jest Taylor Swift, czy „pani Maria” w chuście? Sprytnie prowadzony przez wydawnictwo Marginesy marketing (zakładam, że scenariusz był taki: sukces poprzedniej książki Kuciel-Frydryszak o służących, jak mniemam oddolny i spontaniczny, nakłonił dział marketingu do podjęcia wyzwania i wymyślenia produktu, który będzie sterydową wersją tej książki) zadziałał. Polska bańka, ograniczona do skąpego algorytmu, uwierzyła, że oto dokonuje się rewolucja w myśleniu. A że podwaliny nowej chłopomanii rosną w siłę od co najmniej dziesięciu lat (to niebywałe, że kiedy w 2017 roku debiutowałam ze swoją wiejską książką, już po tak doskonałych pozycjach jak Skoruń Macieja Płazy czy Guguły Wioletty Grzegorzewskiej, słyszałam, że doczepiam się do ogona, który zaraz odpadnie), grunt był przygotowany. Mój olszyński wujek zapytałby: ile można o tej wsi pierdolić? Wujku, w Polsce można, można i to latami.

Wspomniałam swój debiut i przypomniało mi się jedno ze spotkań, podczas których krytycy pastwili się programowo nad książkami (to były czasy, kiedy jeszcze można było się pastwić; dzisiaj krytycy boją się kogokolwiek krytykować, bo albo sami piszą książki i liczą na mały rewanżyk, albo zwyczajnie boją się zaszczucia przez fanbazę autora czy autorki w mediach społecznościowych). Adam Wiedemann jako zarzut wobec mojej prozy wystosował wtedy tezę, że nie używam języka wsi, który „ukonstytuował się w polskiej literaturze”. Czym jest więc aktualne „przebudzenie ludowe”, jeśli nie malunkiem na szkle, który ukonstytuował się w oczach pewnej banieczki, bardzo wąskiej zresztą? Ot, może dziesięć tysięcy osób przeżywa teraz szok, dowiedziawszy się, że babka ze wsi była, że po klepisku chodziła, może tych dziesięć tysięcy. Jeśli zatem rozmawiać o polskiej wsi, to tylko na szkle malując, tylko fantasmagorie z przeszłości, a jeśli z kobietami rozmawiać, to tylko z babciami w chustkach. Bo Polska wieś musi być taka, jaka ukonstytuowała się w wyobrażeniach. Należy ją zakonserwować, polakierować i dusić, dusić całą prawdę. Która, jak wiadomo, jest nieprzystawalna.

Jaka jest ta moja wieś, w powiecie tarnowskim, w województwie małopolskim, w parku krajobrazowym pasma Brzanki, w Pogórzu Ciężkowickim (podaję współrzędne, bo przecież Polska wieś jest różnorodna, w zależności od regionu – chciałoby się nawet przeczytać jakiś tekst o tej różnorodności, ale na to za bardzo nie ma miejsca, tego by się nie dało zunifikować do pstrokatej chusty, może kiedyś, za trzydzieści lat)?

W moim dzieciństwie ludzie chodzili do kościoła głównie pieszo, co poniektórzy w reklamówkach zostawiali gdzieś w centrum wsi buty kościelne, żeby w czystych klękać przed hostyją, inni na składakach jeździli, młodzi na góralach i simpsonkach. Starsze kobiety, to fakt, nosiły chusty. Dzisiaj nie noszą, relikt chusty wyparował nie wiedzieć kiedy, może zaczął znikać, odkąd na wsi są dwa zakłady fryzjerskie i jeden salon kosmetyczny, do których terminy trzeba bukować z wyprzedzeniem, bo zawsze jest jakaś okazja, przede wszystkim: wesela, pogrzeby, chrzciny, feretrony, sylwestry, dożynki, imieniny. Z krajobrazu zniknęły chusty, przybyło aut, łąki zostały zabetonowane i zmieniły się w parkingi, bo chodzenie pieszo jest po prostu stratą czasu. Z krajobrazu zniknęły też zwierzęta. Najpierw konie i gęsi, potem krowy. Zostały hodowle danieli i strusiów. Bo to się opłaca. A poza tym opłaca się mieć las, bo z lasu są pieniądze. Nie opłaca się swojego uprawiać, lepiej kupować. A kupuje się w hitpolu, biedronce i delikatesach. Jakie rozrywki czekają na młodych? Przede wszystkim szybka jazda i tigerki na parkingu, każdy nastolatek ma audinę, bo każdy ojciec pracuje w Norwegii, o deficytach uczuciowych się nie mówi, bo są pieniądze. Młodzi noszą vanski i balenciagę, dobrze, że na parkingu w centrum jest wejście na USB i można ładować telefon i puszczać Taylor Swift. Biblioteka i dom kultury mają playstation, nie można więc narzekać. Przemoc w szkołach jest, ale nikt nie zgadza się na zatrudnienie psychologa, bo ogólne stanowisko plebana jest takie, że przemocy nie ma.

No tak, bo poza wszelkimi zmianami, które zaszły, pozycja plebana jest, jaka była. To jedyny constans, bo wieś już dawno przestała być pocztówką z Chełmońskiego (ciekawe, że najbardziej o zachowanie tej pocztówki walczą środowiska krakowskie, podczas gdy w Gdańsku ludzie zajmują się na przykład przygotowywaniem raportu o współczesnej pańszczyźnie, czyli zarobkach pisarzy; „Tygodnik Powszechny” wskrzesza stare dzieje). Wieś jest przedmieściem, domkiem z ogródkiem, dachem z panelem solarnym i dotacją unijną. I wiecie co? Bardzo dobrze. Kto by chciał żyć w nędzy, oporządzać dobytek, wstawać o piątej rano, chodzić do szkoły pieszo codziennie cztery kilometry, kto by chciał? No właśnie, kto?

Gdyby tak napisać wreszcie tekst o współczesnej wsi… Ale czy to się sprzeda? Czy wieś zmodernizowana, w której nikt nie mówi gwarą, bo przecież jest internet – wcześniej zresztą były telewizor i radio, o tym też bańka, która odkrywa swe korzenie, często zapomina – i wszyscy wyrastają na tych samych patoblogerach, czy taka wieś, wieś zrzucająca chustę, jest seksi?

A jednak wciąż przyjeżdżają, wciąż te domy kupują, zakładają agroturystyki, robią fikuśne śniadania z jajkami po benedyktyńsku i szparagami, wciąż ich przybywa. Łatwo ich rozpoznać, bo mają jedną charakterystyczną cechę. Kiedy rozmawiają z ludźmi ze wsi, to krzyczą. Automatycznie podnoszą głos, jakby z głupim Jaśkiem, jakby z Kargulem przez płot gadoli. Robią to bezwiednie. Podnoszą głos, jakby ludzie ze wsi programowo byli głusi. Ale kto tu jest głuchy naprawdę?