Sukces numeru „Notatnika Literackiego” o nagrodach literackich zainspirował nas do uważnego przyjrzenia się innemu zjawisku życia literackiego, które rozwija się niezwykle dynamicznie – festiwalom. W części nazywanej przez nas roboczo „notą księgową” znajdą P.T. Czytelnicy dużo ciekawych liczb i danych. Ich analiza częściowo potwierdziła nasze intuicje, ale nie uniknęliśmy też zaskoczeń. Okazało się na przykład, że festiwali literackich – tych, które udało nam się wytropić – jest aż 179, a łączna liczba odbywających się podczas nich wydarzeń wyniosła w 2025 roku 717. Oznacza to, jak zauważają autorzy podsumowania, że gdyby festiwale rozłożyć równomiernie na cały rok, codziennie w dwóch miejscach w Polsce trwałoby jakieś święto literatury. I wydaje się, że liczby te będą rosnąć – tylko w ubiegłym roku pojawiło się 31 nowych przedsięwzięć o charakterze festiwalowym. Mamy nadzieję, że zainspirujemy badaczy pola literackiego tym niepełnym, ale pozwalającym już wyciągać jakieś wnioski obrazem do dalszych, pogłębionych rozważań.
Moją uwagę najbardziej chyba przykuł fakt, że wschód Polski to kilkanaście festiwali więcej – mimo że najmniejsza ich liczba odbywa się w województwie świętokrzyskim, a największa w dolnośląskim. Może najwyższy czas uzupełnić ministerialny program Wschód Kultury o podobnie systemową Kulturę Zachodu? Druga refleksja, którą chciałbym się podzielić, dotyczy zaskakująco dużej liczby festiwali. Podobnie jak w wypadku gwałtownego rozwoju „przemysłu nagrodowego”, i ta dynamika wiąże się w mojej ocenie z instynktowną reakcją animatorów życia literackiego na coraz większe zagrożenia diagnozowane w kontekście poziomu czytelnictwa w Polsce. W otwierającym numer wywiadzie Mariusz Szczygieł mówi, że festiwale przyciągają również tych czytelników, którzy rzadko pojawiają się na pojedynczych spotkaniach autorskich. A zatem reagujemy na niepewną sytuację czytelnictwa, proponując bardziej atrakcyjne formy obcowania z książką – kumulując wydarzenia w jednym miejscu i czasie, poszukując wsparcia w muzyce i kinie, które coraz częściej towarzyszą festiwalom literackim, czy korzystając z większej promocji i zainteresowania medialnego.
W tym znaczeniu festiwale to święta w sensie dosłownym: przypominają okresy świąt religijnych, w czasie których w miejscach kultu pojawia się znacznie więcej wiernych. Są to ludzie na co dzień praktykujący nienachalnie, jednak do wspólnoty przyciągają ich zarówno tradycja, jak i wyjątkowość świątecznej sytuacji.
Od lat polskiemu życiu literackiemu zarzuca się tu i ówdzie „festiwalozę”. Źle nacechowane semantycznie określenie ma sugerować brak ciągłego, całorocznego życia książki w osobistym kontakcie odbiorców z jej autorem lub autorką, brak przemyślanych, konsekwentnych działań ustawicznych na rzecz czytelnictwa. Otóż jestem przekonany, że festiwale są nieodzownym elementem ciągłości życia literackiego, a nie jej wrogiem. W wielu wypadkach są nawet ostatnim bastionem tego życia. Zatem niech się rozwijają, niech ich będzie coraz więcej. Niech rodząca się moda na peregrynację czytelników z festiwalu na festiwal się pogłębia. Niech literatura wreszcie uświadomi politykom i zadufanym w sobie często przedstawicielom innych sztuk, że jest równoprawnym uczestnikiem rozwoju kulturowego i ekonomicznego siedlisk ludzkich (bardzo proszę redaktorkę tego tekstu o nieusuwanie ostatniego zdania, przemyślałem to)