W otwierającym ten numer „Notatnika Literackiego” wywiadzie Adam Michnik używa sformułowania „syndrom literatury emigracyjnej”. Na to pojęcie składa się tak wiele czynników, że w krótkim wstępie nie byłbym w stanie nie tylko ich omówić, ale nawet wyliczyć. Skupię się zatem na jednym z nich. W przywołanej rozmowie redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” stawia (a właściwie powtarza postawioną niegdyś przez siebie) tezę, iż nie da się dobrze zrozumieć literatury powstającej w Polsce bez kontekstu tej emigracyjnej. I odwrotnie.
Ta z pozoru oczywista konstatacja kryje w sobie poza historyczno- czy krytycznoliterackim również ogromny ładunek emocjonalny. Polska – podobnie jak każda inna – literatura emigracyjna powstawała zazwyczaj w trybie swoistego rozdwojenia i strasznego rozdarcia, by uniknąć określeń mocniejszych, rodem z języka medycyny. Podobnie niełatwą drogę tożsamościową przechodziły literatury tworzone w Polsce okresu zaborów czy PRL – choćby zważywszy na cenzurę, i tę zewnętrzną, i tę autorską. Czy można z tego wysnuć wniosek, że niekwestionowane siła i jakość naszej literatury rodziły się w ciągłym sporze, w niepokoju, w półcieniach, w niejednoznaczności – także tej moralnej?
Czy lektura tych dwóch niepewnych siebie (i w jakiś sposób również niepełnych) literatur: emigracyjnej i krajowej wymaga od nas szczególnych umiejętności czytelniczych, które pozwolą na zrozumienie fenomenu sumowania się dwóch tak ważnych doświadczeń artystycznych w jednym języku? Być może. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że prawdziwie wielką literaturę poznaje się po tym, że zachwyca też tych, którzy żadnego kontekstu jej powstawania nie znają. Tyle że świadomość złożoności historii polskiego piśmiennictwa oraz roli, jaką odgrywały wybory życiowe i polityczne autorów i autorek ostatnich dwóch wieków, może znacząco podnieść – Państwo wybaczą określenie – czytelnicze kompetencje. A tym samym pozwolić na pełniejsze obcowanie z książką i jej bogatsze doświadczanie.
Szczególnie że literatura powstająca w czasie potężnych napięć i wielkich zmian geopolitycznych staje się – tu znów zacytuję bohatera wywiadu – „pełnoprawnym głosem społeczno-politycznym” i brzmi mocniej od zafałszowanego często głosu zawodowych polityków.
Oddając Państwu ten numer, namawiam do zadawania sobie różnych związanych z tym pytań. Na przykład: czy polska literatura miała istotny wpływ na historię naszego kraju? Czy pomogła wywalczyć wolność? Czy jej rola nie była znacznie większa niż sądzimy, zachłyśnięci dziś wiarą w przeróżne politykierskie sprawczości, wyznający (często bezmyślnie) kult skuteczności, w którym nie ma już miejsca na literaturę jako jeden z ważnych elementów zmieniających świat?
Jeśli odpowiemy twierdząco na te pytania, to może znowu zaczniemy przywracać literaturze jej przyrodzoną realną siłę. I nawet jeśli będziemy w mniejszości, i nawet jeśli już tych sukcesów nie powtórzy – przynajmniej my staniemy się lepsi.
Irek Grin