Pocztówka znad granicy
Oto komunistyczna Albania, raj otoczony drutem kolczastym, który strzeże swojego piękna przed zdradzieckim okiem. Niczego Albania do szczęścia nie potrzebuje i turyści też do niczego jej nie są potrzebni. Ale co jakiś czas władze uchylają wrota twierdzy i wpuszczają ciekawskie stadka z zaprzyjaźnionych krajów, żeby pokazać im, jak schludny i szlachetny jest socjalistyczny dobrobyt, jaka wolna jest Albania i jaka szczęśliwa.
Turyści to takie kapitalistyczne barany, doglądane przez albańskie psy przewodniki; sunie za nimi cień wilków, tropiących ich ślady. Jeśli jakiś baran epatuje hipisowskimi włosami i długą brodą, to na granicy zostanie przez komunistyczną władzę ostrzyżony i ogolony. Fryzjer przycina kapitalistyczne fantazje i indywidualistyczne porywy, by zagraniczny baran mógł od razu wpasować się w ogolone albańskie stado.
Trzepie się także walizki turystów, pełne wywrotowej, bezczelnej odzieży. Jeśli ktoś wziął ubrania zbyt radosne, krzykliwe i rozpasane, to musi się z nimi pożegnać. W komunistycznej Albanii obowiązują kolory pracy i wysiłku, ziemi, węgla i błota.
Turyści mogą podziwiać Albanię i się nią zachwycać, byleby nie zbliżali się do Albańczyków. Od rozmów są wydelegowani oficjele, którzy znają odpowiedzi na wszystkie pytania. Turyści mogą pójść, gdzie im się podoba, jeśli tylko uzyskają zgodę organizatorów wycieczki. Gdyby ktoś miał ochotę złamać zasady, natychmiast doniesie o tym któryś ze szpiegów.
Albańczycy nie palą się do nawiązywania kontaktu z przybyszami. Mogą zgadywać, na ile lat więzienia system wyceni rozmowę z obcymi.
Turyści jedzą wspaniałe posiłki w pokojach prywatnych domów, a jeśli trafią do restauracji, zaraz otacza ich kordon zasłon i ekranów, żeby ze swoją sytością nie rzucali się w oczy. Po co Albańczykom wiedzieć, że turyści raczą się produktami, których większość z nich od dawna nie widziała na oczy?
Turyści wracają do swoich krajów z przeświadczeniem, że przeżyli przygodę życia. Jaka dziwna ta Albania! Piękna i taka ekologiczna – ani samochodów, ani śmieci, ani zanieczyszczeń. Tylko szkoda, że z nikim nie pogadasz. I ci biedni Albańczycy uciekają od ciebie, jakbyś był trędowaty, a przecież jesteś jedynie niewinnym, zagranicznym turystą.
Pocztówka statystyczna
W 1989 roku do Albanii wpuszczono 10 tysięcy turystów.
W 2023 roku Albanię odwiedziło 10 155 640 turystów.
Pocztówka z Albanii roku 2024
Gazeta samolotowa Wizzair zachęca na okładce: „Zwiedzaj jak influencer najmodniejszy kierunek lata!”. Dwie postacie z aparatem na kiju lecą na paralotni nad turkusowymi albańskimi wodami. „Przyjrzyj się jeszcze raz” – kusi gazeta. – „To nie Malediwy, to olśniewające wybrzeża Albańskiej Riwiery! Wody przejrzyste jak kryształ. Miękki piasek, błyszczący jak cukier. Boho bary serwujące koktajle bez dna. Spiesz się do Albanii, zanim odkryją ją inni!”
Za późno. Od dłuższego czasu TikTok bombarduje użytkowników filmikami o ukrytym klejnocie Bałkanów.
Algorytmy kochają albański turkus. Wrzucisz widoczek z Albanii, posypią się serduszka z Instagramowego worka.
Pocztówka z diabelskim młynem
Albańczycy są oszołomieni nagłym sukcesem swojego kraju w systemie algorytmów TikToka i tym, jak wirtualny szał przekłada się na ich codzienność. Wszyscy przywykli, że z Albanii się wyjeżdża i nie wraca, że jeśli samolot, to w jedną stronę, jeśli motorówka, to przez Adriatyk do Brindisi. A tu nagle tłum turystów korkuje drogi od kwietnia do listopada, influencerzy odpalają swoje drony i każdy chce kieliszek rakii i zdjęcie z bunkrem.
Już wydawało się, że Albania to jeden wielki koniec świata, że ostatni za chwilę zgasi światło, i będzie to premier Edi Rama, a tymczasem w wyludniającym się kraju wraz z turystami pojawiły się pieniądze, perspektywy i nadzieja, której Albańczycy potrzebowali jak żaden inny naród na Bałkanach.
Przez plac Skanderbega od rana do wieczora przelewa się kolorowy tłum. Cała Tirana dudni, trąbi i dusi się od smogu.
W nocy bez problemu kupisz pod pomnikiem Skanderbega wszystkie narkotyki, jakie przyjdą ci do głowy. Kokaina jest niedroga, z albańskim znakiem jakości – i przynosi gigantyczne pieniądze, które trzeba wyprać, dlatego w Tiranie wybuchł budowlany amok, a miasto staje się bałkańską stolicą drapaczy chmur. W ciągu najbliższych lat w centrum wyrośnie kolejne 12 wieżowców, z których przynajmniej połowa będzie miała ponad 200 metrów.
Płyną pieniądze z kokainy, rząd nie pyta, kto i jakie sumy chce wyprać w deweloperce, a luksusowe, tanie hotele ściągają turystów. Wiruje kolorowy diabelski młyn na placu Skanderbega, kręci się karuzela, gra muzyka. Oto centrum stworzone pod Instagrama, miasto brawurowej, eklektycznej architektury, błyszczącej i rozmigotanej.
Dziwują się turyści: jak Tirana to robi, że tak się bogaci i lśni?
Setki tysięcy pocztówek lecą z Albanii w świat.
Pocztówka więzienna
A kiedyś dostać pocztówkę zza granicy – jakie to było nieszczęście!
Durni kuzyni z Włoch czy Francji chcieli dobrze, ale nie mieli pojęcia, jak wygląda życie w niezwyciężonej twierdzy socjalizmu.
Piękna pocztówka przedstawiająca rzymskie ruiny mogła cię zrujnować. Patrzyłeś na to kolorowe zagraniczne piękno i kolana się pod tobą uginały. Kto wie o pocztówce i jaką sporządził na ten temat notatkę? Czy gdzieś tam ktoś kartkuje właśnie teczkę podpisaną twoim imieniem i nazwiskiem?
Tego kuzyna, który tak tęsknił, chciałeś strzelić w twarz.
Albo płakałeś ze wzruszenia, że kuzynka ciągle o tobie pamięta.
Patrzyłeś na pocztówkę i nie dowierzałeś swojemu losowi. Ciotka zdołała wyjechać pod koniec wojny do innego świata, a ty zostałeś w komunistycznym raju na zawsze.
Kolorowe kartki palono albo głęboko chowano, żeby nie zobaczył ich nikt obcy.
Komu można było ufać na tyle, żeby pochwalić mu się zagraniczną pocztówką?
Pocztówka z Wlory roku 2000
Słynny Niebieski przewodnik Jamesa Pettifera informuje:
Albańscy i włoscy gangsterzy traktują Wlorę jako bazę dla przemytu narkotyków, papierosów, broni i ludzi przez Adriatyk. Prawdopodobnie nigdzie indziej na Bałkanach życie nie ma tak małej wartości jak tutaj. Wprawdzie w porównaniu z rokiem 1997 bezpieczeństwo się poprawiło, ale podróżnicy powinni mieć świadomość, że w wielu miejscach nikt nie ogląda się na policję, a jeśli sprawy wymkną się spod kontroli, nie będą mogli liczyć na pomoc z jej strony.
Uwaga: nie wychodź po zmierzchu, nie mieszaj się w działalność lokalnych biznesów, nie brataj się ani nie romansuj z kobietami i mężczyznami, nawet jeśli miałoby to być coś niewinnego. (…) Niektórzy noszą ze sobą broń – jeśli wpadniesz w kłopoty, oddaj pieniądze i nie dyskutuj [tłumaczenie własne] .
Pocztówka z Tirany roku 2024
Kolejka ludzi ciągnie się przez ulicę i kończy na wejściu do Bunkra 1, muzeum komunizmu w Tiranie.
„Patrzcie”, komentują Albańczycy na Facebooku. „Kiedyś od trzeciej nad ranem staliśmy w kolejce po mleko, a teraz turyści stoją w kolejce, żeby się dowiedzieć, jak nas prześladowano za komuny”.
– Nikt nie chciał do nas przyjeżdżać, bo byliśmy szarzy i biedni – mówi moja przyjaciółka Lika. – Kiedy cierpieliśmy, świat udawał, że Albanii nie ma. A teraz nagle wszyscy sobie o nas przypomnieli, bo jest tanio i można zrobić ładne zdjęcia. Czy już możemy być dumni z naszego kraju? Czy już urośliśmy w oczach innych?
Pocztówka z wielką inscenizacją
Ci, którym udało się otworzyć drzwi zamkniętego na klucz kraju, dopiero po upadku komunizmu orientowali się, że mieli do czynienia z wielką mistyfikacją, inscenizowaną na potrzeby turystów.
Na trasie, którą podróżowali zagraniczniacy, czyszczono, reperowano i picowano, co tylko się dało, a puste sklepy zaopatrywano w produkty sprowadzane z magazynów rządowych. Dla turystów były kawa i alkohol bez ograniczeń, dla Albańczyków – reglamentacja kawy i marzenia o dobrym alkoholu. Kiedy po turystach opadał kurz, luksusowe produkty wracały do magazynów, dekoracje chowano, a miasto pogrążało się w zwyczajowej wielkiej smucie.
Pocztówka z propagandą
– Dziesięć milionów turystów przyjeżdża do Albanii co roku, a wy mi opowiadacie, że Albańczycy wyjeżdżają – grzmi premier Albanii Edi Rama. –Nie róbcie sensacji z tego, że ludzie wyjeżdżają, żeby zobaczyć świat, tak było, jest i będzie, na tym polega wolność.
Turystyczny sukces Albanii i rozkwit kokainowego podziemia spowodowały umocnienie się waluty, ale także gwałtowny wzrost cen żywności w kraju i kolejną falę migracji.
Ludzie już nie wychodzą na ulicę, by krzyczeć i palić opony. Ludzie po cichu pakują walizki i zamykają za sobą drzwi.
Zakochani we włoskiej telewizji, uwięzieni w swoim kraju Albańczycy zawsze uważali, że prawdziwe życie jest gdzie indziej. „Gdyby Adriatyk zamarzł, w Albanii zostałby tylko pies z kulawą nogą” – żartowano w latach dziewięćdziesiątych.
Trzydzieści lat transformacji ustrojowej można by opisać kolejnymi falami migracji, ale w ostatniej dekadzie nasila się zjawisko brain drain – emigruje przede wszystkim klasa średnia, ludzie wykształceni i dobrze zarabiający, ci, od których zależy jakość życia w kraju. Ci, którzy nie widzą dla niego ratunku.
„Wspaniale jest być turystą w Albanii” – głosił napis na transparencie jednego z robotników, który wiosną 2024 roku protestował przed siedzibą premiera. „Ale spróbuj być tu pracownikiem!”.
Na oficjalnym fanpage’u premiera ktoś pyta: „Wszyscy wiemy, że w zeszłym roku 10 milionów turystów odwiedziło Albanię, a kiedy dowiemy się, ile osób wyjechało w ostatnich latach? Czy boi się pan opublikować wyniki cenzusu z 2023 roku? Ile jeszcze będziemy na nie czekać?”.
Znajomi obstawiają, ilu Albańczyków mieszka teraz w kraju. 1,8 miliona – mówią jedni. 2 miliony – inni. 2,7 miliona – twierdzą najbardziej optymistyczni. Wszyscy powtarzają, że jakiekolwiek dane poda Instytut Statystyczny, oni i tak mu nie uwierzą. Nikt nie ufa ani premierowi, ani instytucjom władzy.
W kawiarni w Tiranie kawę podaje mi uśmiechnięta Tajka, lecz taki widok nie zdarza się często. Premier zapowiadał, że wkrótce leniwych Albańczyków zastąpią tańsi Azjaci – „i dobrze, przynajmniej nie będą tracić czasu na plotkowanie”.
Zgodnie z zapowiedziami premiera do Albanii zaczęto sprowadzać tysiące pracowników z Bangladeszu – ale gdy tylko orientowali się, co ich czeka na miejscu, uciekali z kraju masowo, tak jak kiedyś Albańczycy.
Pocztówka z okienka
Moja przyjaciółka Lika szuka plusów turystycznego szaleństwa:
– Pamiętasz tę panią z mojej ulicy, która od rana do wieczora robi w swojej kanciapce burki i sprzedaje je przez okienko?
Pamiętam doskonale, bo kanciapka była brudnawa, ciemna, ale jakoś uroczo swojska. Pani błyskawicznie wałkowała ciasto, rozmawiając z mężem, który siedział w kącie i palił papierosy, a na blacie obok ciasta walały się przypadkowe przedmioty.
– No więc – kontynuuje moja przyjaciółka – jakaś znana TikTokerka zrobiła o tej pani filmik, i teraz przed kanciapką jest codziennie kolejka, bo wszyscy turyści chcą kupować burek z TikToka.
W kanciapce praca wre.
– Przez trzydzieści lat Albania nie doczekała się ani jednego dobrego polityka, który umiałby zatroszczyć się o kraj – mówi Ornela, dziennikarka magazynu ekonomicznego „Monitor”. – Jeśli ten kraj jeszcze utrzymuje się na powierzchni, to jedynie dzięki pracowitości ludzi i ich przedsiębiorczości. Dasz Albańczykowi wędkę, to złowi wieloryba, rekina i trzy złote rybki.
Polaku! Lepsza pocztówka z Wlory czy z Sarandy?
Na polskim forum miłośników Albanii trwa od dawna zażarty spór: Saranda czy Wlora? Gdzie wspanialsze palmy, piasek, kamienie? Gdzie milej się lata na paralotni? Gdzie więcej strzelnic dla dzieci? Gdzie woda bardziej błękitna? Gdzie zdjęcia wychodzą piękniejsze?
I gdzie, ach, gdzie kupić mieszkanie, żeby wynająć je w sezonie z większym zyskiem?
Ktoś na forum po swojemu zachwala Albanię: „Myślisz, że jesteś w latach dziewięćdziesiątych, tylko wszędzie rosną palmy”.
Pocztówka z północnej Albanii
Gdy w 2014 roku mówię albańskim znajomym, że chciałabym pojechać do wioski Theth na północy, żeby zobaczyć Góry Przeklęte, bardzo się denerwują.
– Nie możesz tam jechać. – Kręcą głowami. – Na północy ludzie są szaleni, chodzą z karabinami. Nie zdążysz nic powiedzieć, a cię zastrzelą.
Nikt ze znajomych nigdy w Theth nie był ani nie zamierzał się tam wybrać.
Ale przez ostatnią dekadę obserwuję, jak Albańczycy wreszcie odkrywają swój kraj. Co weekend tłumy z Tirany poznają oddalone o 20 kilometrów od stolicy jezioro Bovilla. Starsze albańskie urzędniczki przyjeżdżają grupami, by przemierzać szlaki wokół Valbony. A wioska Theth, do której chwilę temu nie dochodziła asfaltowa droga, teraz stała się jednym wielkim placem budowy. Ceny za pokój w góralskiej chacie zaczynają się od 40 euro.
Znajomi mówią, że już nie jeżdżą do Theth, bo to miejsce tylko dla bogatych turystów z zagranicy.
Albańskie pocztówki z Grecji
Coraz częściej słyszę: dawnej Albanii już nie ma.
Dzika plaża przy kanionie Gjipe zamieniła się w luksusowy resort. Ręcznika nie rozłożysz na piasku ot tak – musisz zapłacić za dostęp do morza, czyli za leżak i parasol. Dlatego turyści na forach dzielą się lokalizacjami, gdzie można znaleźć bezpłatne plaże.
Latem zeszłego roku Albańczycy protestowali pod siedzibą premiera – żądali dostępu do plaż. Plaża prawem, nie towarem!
Znajomi Albańczycy z klasy średniej przekonują mnie, że w Grecji już teraz jest taniej niż w Albanii. Jeśli chcesz leżak na plaży, to wykupujesz leżak, jeśli nie chcesz, rozkładasz ręcznik i żaden cwaniak z brzuchem nie krzyczy ci nad głową, że masz mu płacić.
Jedni mówią, że turystyczna bańka, którą rozdmuchano nad Albanią, zaraz pęknie. Inni – że w liczbie turystów Albania wkrótce prześcignie Chorwację.
– Może te wysepki nad Ksamilem to są Malediwy, ale cała reszta wokół to niestety Albania – ironizuje Ornela.
– Turystyczny szał się nie skończy, póki Albania będzie miała aurę nieodkrytego skarbu i póki ten skarb będzie tani – twierdzi Lika. – Podróżowanie stało się naprawdę drogie. W Albanii też jest drogo, ale nadal taniej niż gdzie indziej.
Ryanair niedawno oferował Brytyjczykom loty do Albanii za funta. W tym roku, tak jak w zeszłym, moje przyjaciółki znowu pojadą w siódemkę na grecką Lefkadę.
Pocztówka za jeden uśmiech
– Wiesz, dlaczego kiedyś prześcigniemy Chorwację? – pyta mnie mój gospodarz w Beracie. – Bo mamy gościnność w genach. „Dom Albańczyka należy do Boga i do gościa!”, tak jest zapisane w Kanunie. Dla Albańczyka gość to świętość. A turyści to są nasi goście! Jeszcze będziemy turystyczną potęgą!
Czytam w Kanunie: „Chleb, sól i serce, ogień na kominku i jakieś posłanie znajdą się dla gościa o każdej porze dnia i nocy”.
– Nie mamy rolnictwa, nie mamy przemysłu, nie mamy innowacji, mamy wielką emigrację młodych – wyliczają znajomi. – Turystyka to jedyne światełko w niekończącym się tunelu transformacji.
Albańczycy śmieją się z turystów, którzy nabierają się na hasło „Malediwy Europy” – bo niby tu Malediwy Europy, a tam góra śmieci. Ale mówią, że ktokolwiek wymyślił, jak sprzedać światu Albanię, jest geniuszem, bo świat ten albański raj kupił.
fot. Rafał Komorowski / WDL
Małgorzata Rejmer (ur. 1985) – pisarka, reporterka i publicystka. Debiutowała w 2009 roku powieścią Toksymia, za którą była nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. Przez osiem lat mieszkała na Bałkanach, czego rezultatem są jej dwie książki reporterskie: Bukareszt. Kurz i krew o Rumunii (2013) i Błoto słodsze niż miód o Albanii (2018).
Za Bukareszt Rejmer otrzymała Nagrodę Newsweeka im. Teresy Torańskiej, Nagrodę Literacką Gryfia i Nagrodę TVP Kultura. Błoto słodsze niż miód przyniosło jej Paszport „Polityki”, Nagrodę im. Kościelskich i Nagrodę im. Arkadego Fiedlera. Wielokrotnie nominowana, m. in. do Nagrody Literackiej Nike, Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego i innych. W 2023 roku opublikowała zbiór opowiadań o Polsce, Albanii i Kosowie, Ciężar skóry.