Praktyka

Angelus 2023: „Ten się śmieje, kto ma zęby” 

Zyta Rudzka
391 odsłon
Zyta Rudzka, „Ten się śmieje, kto ma zęby”

Co łączy książki, które znalazły się w tegorocznym finale Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus? Na pewno punktem, w którym spotykają się wszystkie jest temat utraty. Znikających gatunków zwierząt, domów, poczucia bezpieczeństwa, szeroko rozumianej stabilizacji. W najbliższych dniach zaprezentujemy wam fragmenty siedmiu książek z Polski, Niemiec, Ukrainy, Słowacji, Bośni i Hercegowiny. Zachęcamy do lektury fragmentów, najlepiej jeszcze przed werdyktem kapituły, który zapadnie późnym sobotnim wieczorem 14 października.

Zyta Rudzka, Ten się śmieje, kto ma zęby,
Wydawnictwo W.A.B. | Polska

Trudno o dobre buty dla nieboszczyka.
Co innego buty do trumny, co innego do życia. Buty dla świeżo umarłego dobrze jak nowe. Albo noszone, a z wyglądu drogie. Najlepiej nowe i drogie. Jak umarlak ma szczęście, dostanie takie schodzone trumniaki, co wyglądają lepiej niż nówki prosto z pudełka.
Z normalnego buta trumniak zrobisz. Odwrotnie nie da rady. Ubierz but do trumny, wyrwij się do życia, zelówa pójdzie po dwóch krokach.
Trumnę na chwilę otworzą, każdy patrzy szybko na buty, wtedy zmarły się nie przyśni. Dopiero potem spojrzy na twarz, zjedzie ślepiami po rękach. Te martwe ręce mogą być zaplecione, złożone, mogą krzyż trzymać czy bardziej wesołą pamiątkę z życia przedśmiertnego.
Jak się żywy na umarłego napatrzy, może pocałować, w dłoń, w czoło, w policzek, albo udawać, że pocałunek składa. Tak jak się czasem udaje, że się broń składa, żeby fartowniej uderzyć.
Buty umarłego w ziemię pójdą, a z pamięci nie wyjdą.
Mało mnie obchodzi, co kto będzie pamiętał z pogrzebu Dżokeja. Nawet nie wiem, czy trumna będzie otwierana. Przy drugim otwarciu może się nie domknąć albo się całkiem rozpizgnąć w sześć dech.
Jak się rozpadnie, a nieboszczyk wymknie, wezmę go pod pachę, bez trumny do grobu zaniosę. Nie ma sprawy.
Co do butów funeralnych.
I w onucach bym go zawinęła do piachu. Ale jeżeli nie daj bóg wieczność nastąpi i znowu się z Dżokejem spotkamy, na wstępie do mnie skoczy, że go w chłamie do trumny wwaliłam.
Jak ktoś do mnie z mordą, zaraz w pysk daję. A nie lubię, bo jak już zaczynam dawać, na jednym razie się nie kończy. Nie chciałabym życia wiecznego zaczynać od bicia mniejszych.
Na pochowanie Dżokej w swoich butach kłaść się nie może. Od umierania kopyta mu popuchły.
Do szewca nie wiem gdzie iść. Wszystkich szewców dorżnęli. Każdy jak jeden musiał się zamknąć. Jak nie ma dawnej dziupli, nie wiesz, gdzie szukać. A szewc i bez stanowiska, w swoim domu, przy kuchennym stole, by pomógł. Nawet bez żadnych pieniędzy. Szewcom chce się do butów.
Wiem, co mówię. Za szewcem tak buty chodzą, jak za mną kudły. W nocy z tej chęci się obudzę, a tak mi się chce ścinać, wstaję z łóżka, do rana od ściany do parapetu.
Kiedyś znałam kilku szewców, z czego dwóch po imieniu, z czego z jednym ze dwa razy spałam. Spałam – nie spałam, każdy jeden szewc by pomógł, nawet jakby nie wsadził. Pokombinowałby, podumał nad starymi butami, tu rozciągnął, tam kliny wszył czy coś. I nieboszczyk obuty.
Szewc to zawsze dobry człowiek. Żaden łajza na szewca nie pójdzie. Łajza chce się wylenić i zarobić. Nie będzie się narażał, że mu się z mózgu galareta zrobi od kleju do zelówek. Od tego szewska pasja.
Szewców nie ma, buty wszędzie. Na bazarach, w sklepach. Butów aż strach. Świat jest zadeptany.
Ale te buty nic niewarte. Trepy pod jeden sezon. Nowa wiosna, kolejna zima, szurasz podeszwą, palec się wymyka, lepiszcze nie trzyma, obcas odpada, nosek na kwintę, trzeba na kolejną parę się kosztować.
Cały ten szajs zgrabny, elegancki, pod modę, do koloru, do fasonu. Chce się kupować i kupować. Noga sama się rwie do przymierzania.
Kiedyś przemysł obuwniczy takiego buta by nie wymyślił. But to był but. Za młodu na ślub kupiony, całe życie noszony sezonowo, w trumnie wyglądał jak nowy.
Tylko trumniak pozwalał sobie na marną zelówkę. Spód buta mógł być byle jak klejony, bo ile to będzie chodzenia. Tyle co trumnę poniosą. Na cywilne pożegnanie czy na mszę, do domu pogrzebowego, do kościoła, do dołu. Szybko się zejdzie. Nie za wiele czasu, godzina i po wszystkim.
Fuszerka była tylko w sklepach dla klientów umarłych. Teraz szajs wszędzie. Tani, drogi – co komu pasuje.
Nie wiem, kiedy ostatnio buty sobie sprezentowałam. Dawno nie wydałam na siebie.
Jakby jakiś szajs nadał się na Dżokeja, a moje pieniądze mogłyby ten wydatek capnąć, już bym zadbała, żeby się ułożył wyjściowo na nogach mojego nieboszczyka.
Za małe pieniądze można kupić buty wizytowe dla umarlaka. Ale trzeba te małe pieniądze mieć. A ja wszystkiego mam mniejsze niż małe.
Jakbym butów po zwykłości szukała albo większy miała pieniądz, nawet bym nie pomyślała, że pogrzeb w rodzinie to kłopot.
Za grosz but kupisz. Ale nieboszczyk musi być wymiarowy. Mój zawsze był niewymiarowy, a po śmierci – najbardziej w nogach. Jak go z domu wynosili, stopy najbardziej na trupa wyglądały. Z pyska tak mu życie jak z tych kopyt nie uciekło.

Zyta Rudzka, Ten się śmieje, kto ma zęby, Wydawnictwo W.A.B. | Polska