Praktyka

Głosy z Kępy (3). Rusin

Paweł Sołtys
1802 odsłon
Paweł Sołtys

Rusin miał serce jak piorunochron, może dlatego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Wszystkie burze, nieszczęścia i podłości szły przez niego i kończyły w ziemi, pod jego następnym krokiem, jakby nic nie zaszło. Mieliśmy pewnie po osiem lat, gdy Krzysiek dał mu się przejechać moskwiczem. Krążył wokół nas blaszanym samochodem, pedałując zawzięcie, i przysłuchiwał się naszej rozmowie. Nie pamiętam żartu powiedzianego przez Krzyśka, ale pamiętam śmiech Rusina. Rechotał tak, że wiecheć jego prostych i jasnych jak słoma włosów podskakiwał, zdając się żyć oddzielnym, czuprynowym życiem, a zęby, które zawsze miał trochę za duże, wychodziły mu na zewnątrz ust jak na spacer. Musiał się zatrzymać, bo nie panował już nad swoim ciałem w tym śmianiu się. Nagle spoważniał i oznajmił: chłopaki, zlałem się! Posikał się z radości, udowadniając, że powiedzenie miewa swój desygnat. Co robić? Po naradzie ustaliliśmy, że nie może w mokrych spodniach iść do domu, bo skompromituje go to na osiedlu na amen. Postanowiliśmy, co następuje: Rusin będzie jechał moskwiczem aż pod swój blok, tam szybko wskoczy do klatki i dalej na górę. Krzysiek musiał mu towarzyszyć, żeby przejąć zaszczany wehikuł, ja poszedłem z nimi, bo byłem dobry kolega i przede wszystkim nie chciało mi się samemu siedzieć na placyku.

Ruszyliśmy. Przez całe Stegny, z Egejskiej na Korsykańską, poruszaliśmy się w kolumnie: Rusin pośrodku moskwiczem, my po bokach, podbiegając jak ochroniarze jakiegoś VIP-a, oddzielając zaszczańca od spojrzeń znajomych, których wiadomo, że musieliśmy w tak długiej drodze spotkać. Kto inny byłby zgnębiony, ale Rusin szybko odzyskał rezon i krzyczał co pewien czas: papież ruskim papa mobile jedzie! Tak, że musieliśmy przystawać, by się wyśmiać, i niewiele brakowało, byśmy do niego dołączyli w środku. Weszliśmy w role, odganiając jakichś chłopaków, z minami podoficerów ochrony osobistej, i w sumie bawiliśmy się świetnie. Tylko zapach moczu przypominał nam, co się stało.

W nastolęctwie wyrósł Rusin jak brzoza i zapisał się do Oazy. Jeździł starym pelikanem, w którym siodełko i kierownica wyciągnięte były, ile się dało, a i tak wyglądał na nim jak olbrzym na zabawce, jego białe włosy leciały tuż za nim w pędzie, a skórzana foska na szyi z napisem ΦΩΣ ΖΩΗ powiewała jak flaga kościoła żywego. Nie pił z nami wina, kupił sobie gitarę, by śpiewać te wszystkie dobre pieśni, chodził na pielgrzymki i wyznał mi kiedyś, jak zwykle w śmiechu: ja to chyba na księdza pójdę. Mimo wszystko dobry był kumpel i choć z naganą patrzył na nasze papierosy i piwa kaper, które miały najlepszy przelicznik ceny do procentów, to nikt go nie gonił. Nie kablował, nie pouczał, szedł swoim pielgrzymkowym krokiem obok nas.

Już prawie byliśmy pełnoletni, gdy spotkałem go pijanego w sztok na górkach przy cepeenie. No, to było coś. Święty Rusin zataczający się na Korsykańskiej w świetle latarni. Nie tłumaczył się, pytany machał tylko ręką, pijany na smutno. Coś tam potem ułożyliśmy sobie z opowiadań znajomych: coś się na jednym z tych oazowych rajdów zdarzyło. Czy dziewczyna, czy coś gorszego – nigdy nie powiedział, w każdym razie odmienił się, chyba na dwa lata. Wystawał pod sklepem z najgorszymi żulami, palił ekstra mocne, a jego matka, która była sprzątaczką w szkole, płakała z sąsiadkami, załamując ręce. Wyglądało na to, że Ruch Ciemność–Picie nad Ruchem Światło–Życie odniósł jeszcze jedno zwycięstwo. Ale to wszystko nie było w jego naturze, każdy to czuł, i w końcu ucięło się to jak nożem.

Latem dziewięćdziesiątego ósmego Rusin przybrał szafranową szatę, ściął swoje piękne, sztywne włosy i zaczął chodzić z tym dziwnym różańcem, by tysiąc siedemset dwadzieścia osiem razy dziennie mówić albo śpiewać Wielką Mantrę. Wcześniej sporo osób jeździło do krysznowców do Mysiadła, głównie dlatego, że dawali za darmo dobre żarcie i wielu z tych, co byli na ćpuńskim albo po prostu życiowym zakręcie, jednym uchem słuchało nauk Ćajtanja Mahaprabhu, drugim melodii granych na karatalach, czyli blaszanych talerzykach, ale oczami wodzili za innymi talerzami. Tak chyba było i z Rusinem, ale jak to się mówi: ziarno znajdzie swoją glebę. Znowu był trzeźwy, nie palił, przestrzegał całej kupy dziwnych postów i na co dzień oczywiście nie jadł mięsa. Pamiętam, jak raz opowiedział mi, że czosnek i cebula rozwijają w człowieku egocentryzm i zazdrość. Śmialiśmy się oczywiście i on też, ale dobrotliwie nad nami, jak ojciec nad dziećmi. Przyznam, że nie zgłębiałem nigdy doktryny wisznuizmu bengalskiego, ale wydawało mi się to wszystko jakoś podobne do Oazy. Sam Rusin wyszeptał mi kiedyś: ludzie modlący się do Jezusa u Marianów modlą się do Kriszny. I znowu, jak wcześniej, żył sobie obok nas. Choć skinheadzi z Sadyby trochę go ganiali, to tu go nikt nie ruszał, śmiali się co najwyżej z niego, a on śmiał się z nimi, przekładając między palcami sto osiem koralików swojego różańca. Ja wtedy jeździłem sto ósemką na Siekierki, grać próby u Jawora w piwnicy, i dowiedziawszy się od Rusina, że to liczba doskonała, zapamiętałem to na całe życie, bo i był wtedy sto osiem autobusem doskonałym: jechał przez miasto niby, a widziałeś krowy, kury, kawałek jeziorka, domy pamiętające jeszcze może i cara, majestatyczny zamek elektrociepłowni. To po prawdzie była moja religia. Do dziś może jest, choć prócz EC Siekierki nic z tego nie zostało.

Rozjeżdżały się nam wszystkim drogi: studia, prace, konkubinaty i więzienia brały nas ze sobą powoli z osiedla. Ale bywało, że siadaliśmy jeszcze na którejś z ławek, piliśmy piwo i zdawaliśmy sobie relacje z nowych żyć. To było już w połowie pierwszego dziesięciolecia nowego wieku, na alejkach przy Maltańskiej księżyc przedzierał się przez gęste korony drzew, butelki dźwięcznie stukały i gadało się: A u Rusina co? O, kochany, odbiło mu znowu na inaczej, z taką Aśką z Łukowej, tą, wiesz, blondynką taką, wyjechał w pizdu i ponoć jest w sekcie u Kacmajora! Ale to chyba nie była prawda, bo wtedy sekty już nie było i Kacmajor, którego nazwisko śmieszyło mnie bardziej niż jego przybrane imię „Nie”, gdzieś się tam błąkał po kraju. Potem słyszałem, że nie do Kacmajora, tylko w Bieszczady poniosło Rusina i podobno śmiał się z owcami i kozami, które hodował, ktoś tam ponoć u niego był i opowiadał, że żyją bez światła elektrycznego, z wodą ze studni i lampami naftowymi. To by w sumie pasowało i pocieszała mnie myśl, że żyje tam sobie gdzieś Rusin z dziewczyną i kąpią się w balii, i pewnie odrosły mu te niesamowite włosy, i że budzą się z chudobą i zasypiają z kurami, a zimą palą pewnie ogniska, żeby się gwiazdy tak nie puszyły nad światem.

Jak tam z nim było przez te lata, nie wiem. Trzydziestego września dwa tysiące czternastego, w swoje urodziny, wszedł na dach bloku przy Katalońskiej i skoczył na beton. Kiedy zadzwonił Krzysiek, przypomniałem sobie, że chodziliśmy tam w czwórkę: ja, Rusin, Krzysiek i Uszy zrzucać matchboxy. Który to mógł być rok? Osiemdziesiąty ósmy może. Ze strychu po drabince szło się do włazu, który Uszy umiał otwierać, wychodziło na pokryty papą dach z małymi kominami, czyli wywietrznikami. Ze strachem i śmiechem podsuwało się do krawędzi i zrzucało żelaźniaki. Jeden z nas, wylosowany, stał na dole, nieszczęśliwy. Który z samochodzików się najpiękniej rozpieprzył, ten zwyciężał. Strasznie były żywotne, szczególnie oryginalne matchboxy, czasem i trzy razy trzeba było je zrzucić, by potraciły koła i kształt. Rusinowi starczył raz.

Co go pokonało – nie wiem. I w ogóle trudno mi wyrokować, czy pokonało. Może śmiał się w locie i szczał na całe osiedle, na nasze dzieciństwo, młodość, dziewczyny, religie i wczesne wstawanie, może szczał na prace, picie, szybkie małżeństwa i huczne rozwody, na śmierć, życie, reinkarnacje, zmartwychwstanie ciał i świętych obcowanie, może szczał na wszystko jak mój ulubiony mnich Kakua1 i lecąc, darł się: chłopaki, zlałem się!

Ksiądz Andrzej znał go z dawnych czasów i zrobili normalny pogrzeb, jakby umarł na świnkę. Szli Rusina rodzice, ojciec emeryt po hucie, matka była sprzątaczka. Szli koledzy, koleżanki, szło trochę facetów w dziwnych szatach, jakieś dwie zakonnice i emerytowany wikariusz, niektórzy płakali. I gdy zaśpiewaliśmy „Anielski orszak”, wyobraziłem sobie zamiast karawanu blaszanego moskwicza i ciało w nim Rusina z rozwianym włosem, i siebie z Krzyśkiem biegnących obok, odpychających żałobników i gapiów, żeby nikt nie zauważył, że Rusin jest martwy, śmiejących się w głos, bo papież ruskim papamobile do grobu jedzie.

__
 1. „Po jego powrocie do Japonii usiłował propagować zen, ale spotkał się z bardzo niewielkim zainteresowaniem. Usłyszał o nim cesarz i poprosił o mowę zen w celu moralnego podbudowania jego i podwładnych. Kakua stanął w milczeniu przed cesarzem, następnie zrobił piszczałkę z zakładki swojej szaty, zagwizdał jedną krótką nutę, grzecznie się ukłonił i wyszedł. Udał się na górę Hiei, gdzie słuch o nim zaginął”. Kakua, https://pl.wikipedia.org/wiki/Kakua.

fot. Rafał Komorowski | WDL