Nic nie zapowiadało twardego lądowania. Pogoda była idealna, spokojnego rejsu na wysokości przelotowej przez cały kontynent nie zakłóciła ani jedna turbulencja. Jednak tuż nad pasem do lądowania samolot nagle zaczął spadać niczym zerwana winda w szybie. Nie było noszenia, jak by powiedział komentator skoków narciarskich. Prawa aerodynamiki zostały zawieszone. Anarchia powietrza. Głupio było się rozbić pod koniec podróży – czy też na początku, zależy, z której strony na to spojrzeć – między dwoma konkurującymi ze sobą błękitami, w momencie gdy plany uległy już pełnej krystalizacji i należało je podziwiać niczym dwustukaratowy brylant w pełnym świetle.
W głowie Aleksa od razu pojawiła się blada twarz Dirka Bogarde’a z rozmazaną szminką, żłobiona przez łzy i spływającą z włosów czarną farbę. Miał tak wielką słabość do tego wyobrażenia, że pojawiało się automatycznie, bez wyraźnej woli.
Koła uderzyły w pas betonu. Masa plus siła grawitacji. Były na to wzory, obliczenia, bardzo precyzyjne – do któregoś tam miejsca po przecinku. Dlatego ufali niewidocznym systemom: algorytmom korygującym kurs, obcym dłoniom w wieży kontrolnej, frazom wypowiadanym przez ludzi, których nigdy się nie zobaczy.
Aleks usłyszał ten hałas amortyzacji i innych elementów podwozia, pisk sprężyn, gum i hamulców, ale niemal od razu zagłuszyły go owacje. Przypominały nagłą ulewę. Rena kurczowo trzymała się oparcia fotela, jej twarz zrobiła się blada, bez życia, jakby odpłynęła z niej krew. A może oświetliło ją północne światło, które wpadło przez iluminator, kiedy Boeing ustawił się bokiem do kierunku lotu? Aleks znał ją na tyle, by wiedzieć, że jej strach jest racjonalny i łatwy do rozszyfrowania. Nie obawiała się śmierci. Bała się błędu. Luki w ciągu przyczynowo-skutkowym, kiedy reguły przestają obowiązywać i traci się kontrolę nad własnym ciałem.
– Co się właściwie stało? – usłyszał jej pytanie i pomyślał, że przeważnie zadają je ci, którzy przed chwilą odzyskali przytomność. Chyba w istocie to zaszło: mikroomdlenie przy wysokim przeciążeniu.
– Podróżujący z entuzjazmem dziękują pilotom za zimną krew i kompetencje. Jak się czujesz? Wszystko w porządku?
– Ale co było wcześniej?
Nie odpowiedział. Próbował sięgnąć wzrokiem do luku bagażowego, ale korytarz zablokowali już pasażerowie, którzy spiesznie ruszyli do wyjścia, jakby się bali, że pilot zmieni zdanie i skieruje maszynę z powrotem na pas startowy. Złożył więc tylko gazetę, której lekturą dzielił się z Reną podczas rejsu, i uruchomił telefon komórkowy. Powiadomienia spływały kaskadą: wiadomości, ceny, alerty. Świat, który zostawili na kilka chwil, znów domagał się uwagi. Rena wyjęła lusterko z torby podróżnej i zaczęła poprawiać fryzurę. Usłyszał klik metalowej tubki ze szminką. Potem na jego ramieniu wylądowała słuchawka. Usłyszał Cloud of Forgetting. „Surrender. Surrender. Take us. The Sun”. Nie dało się tego pomylić z niczym innym. Gość napierał na jego fotel całym ciałem.
Po wyjściu z terminala Rena musiała zapalić, więc Aleks zaczął szukać taksówki. Nie lubił tego lotniska. Wyglądało jak olbrzymi architektoniczny palimpsest. Brutalistyczna, podobna do bunkra bryła z betonu z doklejonymi tarasami, w środku galerie i sieciówki, węzły komunikacyjne na dwóch wysokościach, na poziomie gruntu i estakadzie. Zapętlone drogi i kierunki, a między nimi słupy z oświetleniem i reklamami. Idealne odwzorowanie współczesnego chaosu.
Kiedy wrócił, Rena przemieściła się z tobołami pod wiatę przystanku autobusowego. Kadrowała telefonem obraz na ścianie wiaty, jakieś graffiti w pastelowych kolorach, przedstawiające zakapturzoną postać, nazwę lokalnego klubu piłkarskiego, cyfry, które mogły być kodem, datą z jakiegoś alternatywnego czasu i kalendarza albo współrzędnymi GPS.
– Wszystkie zajęte. Jeżeli chcesz, możemy pójść pieszo. Albo zadzwonić i czekać.
– Znamy drogę, prawda? Trochę obawiam się mocnego słońca.
– Pójdziemy w cieniu. – Aleks wskazał na rząd drzew i chodnik po południowej stronie drogi, z której zdjęto nawierzchnię. Topole po lewej zostały już wycięte i zalegał tam ciężki sprzęt budowlany.
– Poczekaj, muszę zmienić buty, jeśli to ma być spacer.
Miał déjà vu. To już się wydarzyło, w tej samej kolejności: wiata ocieniająca kawałek asfaltu, ławka z Reną, dialog. Zadziwiała go precyzja tych powrotów. Chyba że chodziło o coś zupełnie innego. Na przykład o równoczesność wydarzeń w iluś tam nadliczbowych światach.
Rena włożyła sandały, które kupiła tydzień przed podróżą, specjalnie na spacery po kamienistych plażach i dolomitowych drogach. Kiedy się nachyliła, żeby zapiąć skórzany pasek nad kostką, zauważył dwie rzeczy: siwiejące odrosty na czubku jej głowy i pulsującą żyłkę na skroni. Nabrzmiała i miała wrzosowy kolor, jakby zatamował ją zakrzep. W jednej chwili doświadczył przeciwstawnych emocji: rozczarowania i czułości. Nie chodziło wcale o to, że Rena się zmieniała. Rzecz w tym, że nie spodziewał się, że będzie do tych zmian przywiązywać wagę.
– Nie jestem do nich przekonana. Może trzeba było kupić coś bardziej sportowego? Poza tym znowu wybrałam o rozmiar za duże.
– Zawsze powtarzałaś, że w idealnie dopasowanych sandałach luzują się paski i potem wystają ci palce podczas chodzenia. I tracisz w nich czucie.
– Nie cierpię tego.
– No właśnie.
Pół roku temu przechodzili duży kryzys. Ten sam dialog wtedy doprowadziłby do awantury. Nie wiedział dlaczego, ale zdarzały się w jej życiu coraz dłuższe momenty dysocjacji, a jednocześnie wyostrzał jej się język. Tak jakby jedna część przysypiała, a druga zachowywała czujność. Uważała wówczas na słowa, stawała się wobec nich podejrzliwa, doszukiwała się drugiego dna i złych zamiarów tam, gdzie ich nie było.
Podobno każdy przynajmniej raz w życiu przechodzi epizod paranoidalny, o mniejszym lub większym natężeniu. Tak twierdzili eksperci. Aleks nie miał danych, żeby tę informację zweryfikować, ale tu i ówdzie zdarzały się takie historie. Jego bliski znajomy, jeszcze z czasów studiów, w pociągu, którym co tydzień pokonywał drogę dzielącą dom od uczelni, otworzył gazetę na stronie tytułowej i zobaczył swoje zdjęcie. Na kolejnych stronach wcale nie było lepiej: więcej fotografii plus artykuły odnoszące się do niego bezpośrednio lub przez aluzje. Był tak przerażony, że wybiegł z przedziału na korytarz i pociągnął za hamulec bezpieczeństwa. Po trzech miesiącach kuracji na oddziale wrócił do siebie, jak gdyby nigdy nic. Ot, dziwny, niepokojący, ale pojedynczy epizod w życiu.
Podejrzliwość Reny też zapewne miała swoje granice i stanowiła tylko epizod. Niemniej było to dla nich wyczerpujące. Po nadaktywnym okresie musiała odpocząć. Dla odmiany całe dnie spędzała w domu, z pilotem w rękach, oglądając seriale kryminalne i programy kulinarne z całego świata, chociaż nigdy nie gotowała ani tym bardziej nie eksperymentowała w kuchni.
Aleks brał wtedy nadgodziny, żeby opłacić rachunki. Ale i on potrzebował resetu. Czasem tuż po pracy zachodził do baru, żeby obejrzeć z chłopakami z dzielnicy mecz, wypić parę piw, pogadać o czasach, kiedy wszystko wyglądało inaczej i przychodziło im z łatwością. Wracał do domu, kiedy Rena już spała. Wyłączał telewizor, opróżniał popielniczkę z niedopałków, ustawiał programator pralki na następny dzień rano. Sprzątał w kuchni, odkładał sprzęty na właściwe miejsca. Nie żeby był pedantyczny, po prostu cenił sobie poczucie komfortu, na które składało się w miarę uporządkowane życie. Czasem otwierał butelkę wina i do pierwszej czy drugiej nad ranem oglądał trendujące rolki w soszialach. Wystarczyło raz wejść do zakazanego ogrodu. Pamiętał doskonale jeden wykładów o kulturze zappingu na studiach, pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Ale ten, kto wymyślił to pojęcie, nie wiedział, co zrobi z nami scrolling. Algorytm podsuwał mu rolki, na których kobiety filmują swoje stopy, reklamują jakiś produkt, opowiadają o pielęgnacji roślin doniczkowych albo wykonują zbliżenie na jakiś przedmiot, typu szczotka do włosów czy krem do skóry suchej – ale prawdziwym celem filmu jest kontrabanda. Kadr przemycony w nadmiarze ujęć i słów, trwający nie dłużej niż sekundę – wolna od cenzury, mistrzyni drugiego planu, zblurowana przez niską głębię ostrości albo wyraźna jak pierwszy plan wagina. Czy cenzura była bezsilna? Chociaż raczej należało zapytać: czy cenzura była bezstronna?
Oglądał również krótkie filmy, w których jakiś fizjoterapeuta-chiropraktyk demonstrował techniki masażu mięśni i powięzi. Zajmowało go wyłącznie młode kobiece ciało od pasa w dół. Im bardziej było okazałe, zbliżone do renesansowego kanonu piękna, im ciaśniej opięte drogą bielizną, podkreślającą krągłości wyćwiczone na siłowniach, z tym większą profesjonalną oziębłością je terapeutyzował. Musiał być aktorem, któremu wyrwano serce.
Właściwie Aleks nie znosił tych praktyk. Ale potrzebował czymś zająć wygłodniałe oczy i głowę podsuwającą mu fatalne scenariusze. Jednocześnie przyznawał sam przed sobą, że było coś atrakcyjnego w doświadczaniu upokorzenia.
Rena chciała wyjechać, zmienić więcej niż tylko adres, lekarza rodzinnego, firmę telemarketingową, dla której zdzierała głos i marnowała czas, wąskie grono przyjaciół, z którym spotykali się raz lub dwa razy w miesiącu na kolacjach połączonych z rewatchem ulubionego filmu lub sesją w SPA. Zamierzała wyprzedzić los. Aleks nie był gotowy na zmiany, zwłaszcza radykalne. Ale kiedy tylko próbował skonkretyzować plany, reagowała nerwowo i temat znikał. Intensywność tego znikania – jeśli tak można to określić, w końcu mowa o czymś, co już nie istnieje –była zastanawiająca. To się po prostu działo nagle. Ex tempore, jak głosiło łacińskie określenie, jedyne, jakie zapamiętał z całego lektoratu.
Wyniki badań krwi i tomografia o niczym jeszcze nie świadczyły, były zaledwie podstawą do dalszej diagnostyki, nawet jeśli rzeczywiście Aleks zauważał, że Rena częściej ma problemy ze znalezieniem odpowiedniego słowa i zapomina odłożyć rzeczy na swoje miejsce. Próbował ją – i siebie – pocieszać: że on też od pandemii ma poważny problem z koncentracją i zmianami nastroju. Musi przerywać pracę, wykonać serię różnych działań, żeby przywrócić stan skupienia, poza tym nieustannie gubi kluczyki do samochodu i karty bankowe. Dlatego przestał je nosić w portfelu i trzyma je osobno, żeby nie stracić w jednej chwili wszystkiego. „W dzisiejszych czasach prawie każdy skarży się na tego rodzaju dolegliwości. To choroba cywilizacyjna, nie koniec świata”, powtarzał.
Mijali się w ciasnym mieszkaniu bez słowa. Spali osobno, Aleks na polowym łóżku, które rozkładał w kuchni lub saloniku, Rena w ich wspólnej pościeli. Bali się konfrontacji; nie potrafili ich kontrolować i kłótnie kończyły się dopiero po tym, jak wyczerpali słowniki inwektyw i porównań do swoich idealnych wersji. Jeżeli nigdy nie doszło do rękoczynów, to wyłącznie dlatego, że nie mieli na nie siły.
Któregoś wieczoru Rena zaprosiła jakichś obcych ludzi do siebie na imprezę. Po prostu – z miasta, z ulicy. Kiedy Aleks wyszedł z windy i próbował otworzyć drzwi do mieszkania, okazało się, że blokuje je leżące ciało. Głośna muzyka niosła się starymi stropami po całym piętrze. Z odkręconego kranu w kuchni strumieniem lała się woda, przy otwartych drzwiach lodówki całowała się jakaś niemłoda para i wyglądało to zupełnie jak scena z Dziewięć i pół tygodnia dekadę później. Gość w salonie, zupełnie pijany, próbował uruchomić grę na konsoli. Półnaga Rena wychodziła właśnie z jakąś laską z kabiny prysznicowej. Zanim odezwało się w nim wzburzenie, być może nawet wściekłość, do których nie chciał się potem przyznać, przez chwilę czuł coś w rodzaju zachwytu. Rena z tą uwieszoną na jej ramieniu dziewczyną wyglądała zupełnie jak aktorka rewii z przełomu wieków. Twarz z rozmytym makijażem, niesforne włosy, które starały się wymknąć z wysoko upiętego koka, stanik wiszący na jednym ramieniu i jednej piersi, retropodwiązki, które sprezentował jej na pierwszą rocznicę związku. Brakowało tylko tego specyficznego światła przedmieść, światła półświatka, które podkreślało tandetność sceny i masek, jakąś rytualną sekretność, przerysowanie w każdym calu.
Ale to już przeszłość. Rena i tak nie pamiętała szczegółów, a Aleks nigdy do tej historii nie wracał. Przyznawał się do wspomnienia wyłącznie przed sobą, był bowiem przekonany, że to właśnie wtedy zaczęli wychodzić z kryzysu na prostą. Borys – jego kumpel z podwórka, dziś wzięty terapeuta z trzystoma komentarzami w aplikacji Znany Lekarz – powiedziałby, że wyreżyserowali spektakl, a psychodramy czasem mają uwalniającą moc.
Podróż koleją z lotniska trwała nieco ponad kwadrans. Dwa przystanki. Ledwo zdążyli na pociąg, bo zatrzymała ich kolejka do biletomatu. Jakaś grupa młodych ludzi nie wiedziała, jak dokończyć proces zakupu.
Ze stacji odebrał ich starszy syn Martina, Luca, swoim niebieskim, poobijanym pickupem, którym zawoził owoce i ryby na targ. Rena usiadła z przodu, uchyliła okno i zapaliła papierosa. Nie odrywała wzroku od Luki i zasypywała go pytaniami, wiedząc, że jest człowiekiem raczej praktycznym niż skłonnym do przesadnej gadatliwości. Sama zresztą ludzi czynu umieszczała w jakiejś antropologicznej niszy, rzadkiej i cennej, w osobnej subkategorii. Nie widzieli się rok, fascynował ją i zawsze była między nimi chemia. Poprzednim razem Luca pokazał jej własną farmę za miastem: zbudował owczarnię i dom z funduszy unijnych. Spędzili razem cały weekend, podczas gdy Martin woził Aleksa szlakiem starej, przybrzeżnej linii kolejowej. Większość ludzi w okolicy inwestowała w turystykę albo wyjeżdżała za granicę, ale Luca uparł się, że będzie wykonywać wymierający zawód.
Kiedy Rena zamilkła, wyczerpawszy zestaw pytań, które zadaje się po dłuższej rozłące, dla odmiany rozgadał się Luca:
– W ubiegłym miesiącu mieliśmy tu niezły sztorm. Woda wdarła się na ulice. Teraz wszyscy mamy o czym opowiadać przez następny rok.
To było najdłuższe zdanie wypowiedziane przez niego w czasie tej krótkiej podróży na kwaterę.
Aleks rozpakował bagaże, otworzył okna, żeby przewietrzyć mieszkanie z zaduchu. Rena wzięła prysznic i w luźno związanym szlafroku usiadła w wiklinowym fotelu na tarasie. Zazwyczaj dobrze znosiła podróże, nawet te skrajnie wyczerpujące, ale dziś była zmęczona, miała zgaszony, nieobecny wzrok i czuła zbliżającą się migrenę. Aleks wyciągnął z walizki folię z lekami i podał Renie blister z tryptanami i szklankę wody.
– Nigdy nie cierpiałaś tu na bóle głowy. To coś nowego?
– Ach, to przez zmiany ciśnienia. I lądowanie. Miałam wrażenie, że moje wnętrzności zamieniają się miejscami.
– Powinnaś przynajmniej ograniczyć palenie.
– Ale ty zniosłeś to z prawdziwą godnością – dodała szybko, zmieniając temat. Aleks nie potrafił rozpoznać, czy zawarła w tej uwadze jakiś ładunek ironiczny, czy po prostu podziwiała jego zimną krew. – Poza tym migrenę przywiozłam z kraju, to się nie liczy.
– Jak to: zamieniły się miejscami?
– O sto osiemdziesiąt stopni, mój drogi. Żołądek powyżej serca, a serce na wysokości macicy. Jeśli chodzi o serce, zawsze uważałam, że tam jest jego miejsce.
W normalnych okolicznościach Aleks uznałby to za grę wstępną. I być może nawet była to gra wstępna, ale w tym momencie nie zamierzał brać w niej udziału. Wróć: chodziło raczej o to, że zbyt często brał na poważnie i błędnie interpretował sygnały płynące od Reny, a nie chciał więcej robić z siebie głupca. Zranionego głupca. Poza tym czekał na powrót Martina z połowu, rozpraszały go ruch uliczny w tej części miasta, głośna muzyka dochodząca z otwartych jeszcze sklepów i hałas skuterów, dobijały zmęczenie i zamartwianie się stanem Reny. Bezsensowne oczekiwanie na pogorszenie, które musiało nadejść. Bezsensowne dlatego, że nie tylko nie rozwiązywało żadnego problemu, ale i nie pozwalało doceniać tu i teraz.
– Hej, wszystko w porządku? Gdzie jesteś?
– Słuchaj, czy ty pamiętasz tę pożegnalną kolację u Alberta dwa lata temu? No wiesz, gdy zaciągał się na ochotnika do armii.
– Serio, Aleks? I nie sądzisz, że to było dużo wcześniej? Jeszcze przed pandemią?
– Niemożliwe!
– Ależ tak. Jesień dwa tysiące dziewiętnastego roku. Albert zastawił restaurację, przegrał pieniądze na giełdzie i zaciągnął się do misji pokojowej. Kiedy wrócił z kasą, był środek lockdownu. Cały biznes leżał na łopatkach. O co ci chodzi?
– O nic. Po prostu to pierwsze, co mi dzisiaj przyszło do głowy. Nie musisz się tak denerwować. Martin pisał, że jakiś Anglik przejął jego tawernę i zrobił z niej pub. Co innego mógł zrobić Anglik, prawda?
– Jestem spokojna. Po prostu uważam, że to zagrywka poniżej pasa. Nie powinieneś mi stale przypominać, że jestem chora.
Aleks włożył ręce do kieszeni spodni, odwrócił się przodem do miasta i zaczął błądzić wzrokiem po migotliwych światłach ulic i odległego portu. Usłyszał, jak za jego plecami trzeszczą wiklinowe sploty fotela. Po chwili z łazienki dotarł do niego natarczywy szum suszarki do włosów. Pomyślał o kotwicy. Nie chodziło mu o przedmiot, ale o jego rolę. Zatrzymać dryf. W pewnym sensie także zatrzymać czas. Po to, żeby przez moment poczuć materialność, fizyczność bieżącej chwili. O to warto się zaczepić i z tego warto czerpać energię.
Martin czekał na niego o świcie przed domem. Poprzedniego wieczoru nie zdążyli się przywitać, więc teraz nadrobili nieco ckliwą ceremonię. Aleks to właśnie w nim cenił: ten rodzaj życzliwości i ciepła, które zazwyczaj trudno było znaleźć u samotników i introwertyków z alkoholową biografią. Martin był oczywiście człowiekiem morza, ale jego twarz przypominała mapę sąsiednich skalistych wzgórz: cera miała odcień dolomitu, a rysy były niczym pęknięcia w kamieniu, do tego nieco cofnięte czoło i podbródek i duży nos z niewielki garbem. Wąskie usta nie kojarzyły się zaciętością czy ambicją, raczej z predylekcją do minimalizmu i ważenia słów. Luca fizycznie był jego całkowitym przeciwieństwem: miał harmonijną i łagodną urodę swojej matki. Martin, jeszcze w tamtym życiu, jak sam nazywał długi okres, w którym wpadał z ciągu w ciąg, miał podobno zakwestionować swoje ojcostwo, powiedział o kilka zdań za dużo, ale wypił znacznie więcej, więc nikt nie potraktował tego poważnie. Łączyło go z synem zamiłowanie do oszczędności.
Pojechali od razu na nadbrzeże. Stanęli przy łodzi, poważnie uszkodzonej po sztormie. Martin od miesiąca pływał z inną załogą. Przywoził mniej, więc utarg też miał niewielki, ciągle spłacał stary kredyt i dorzucał się do studiów młodszego syna. Cały zarobek z wynajmu domu w sezonie turystycznym zabierał Luca na spłatę rat na budowę farmy – dofinansowanie, jak to bywa, obejmowało niewielką część poniesionych kosztów. Tak się z ojcem umówili. I nie było powodu, nawet w trudniejszych momentach życia, żeby to porozumienie zmieniać czy podważać.
Martin wziął Aleksa pod rękę i wskazał mu wysoki, zachodni klif, jeden z wielu, które pod tej stronie wrzynały się dość głęboko w toń morza.
– To kawałek, masz siłę iść?
– Chcesz wejść na samą górę? – zapytał Aleks.
– Tak, wejdziemy na górę. Muszę ci coś pokazać.
Kamienista plaża była trudnym odcinkiem, dlatego trzymali się blisko morza, gdzie kamień był mniejszy i bardziej ubity. Martin szedł prosto, nawykły do niestałego gruntu. Kiedy w połowie drogi usiedli na przyniesionym przez morze pniu – Martin rozpoznał cedr – Aleks uspokoił oddech, wyciągnął nogi, żeby rozciągnąć mięśnie, i wrócił na chwilę pamięcią do wieczornej rozmowy z Reną. A potem do ostatniej wizyty w klinice.
Kiedy Rena czekała na drukujące się dokumenty i skierowanie na rezonans, specjalista zachowywał ostrożny optymizm. „To są duże stężenia beta-amyloidu, ale bez precyzyjnego obrazu, sam pan wie. Możecie pracować nad stymulacją. Już teraz. Zmiany w grafiku dnia są potrzebne, warto go urozmaicać na wszelkie sposoby. Ale też poczucie bezpieczeństwa. Czyli coś stałego, jakieś ramy, rytuały. Podróż w sprawdzone miejsca? Macie coś takiego? I niech pan odwołuje się do wydarzeń z przeszłości. Waszej wspólnej, oczywiście. W miarę dyskretnie”. „Co to znaczy dyskretnie?” „Tak, żeby pańska partnerka nie czuła, że jest stygmatyzowana”.
Martin skręcił bibułę z tytoniem, niebieskawy dym przez chwilę błądził wokół jego głowy, dusił i wdzierał się pod powieki. Czasem mocniejszy podmuch wiatru rozrzedzał dym. Mężczyzna wyglądał trochę jak posąg hinduskiego bożka z dopalającym się kadzidłem.
– Tu wszędzie, gdzie siedzimy, kipiała woda. Uwierzysz? Nigdy nie widziałem takiego poziomu. Jakby dwa, trzy przypływy ze sobą połączyć. I nigdy nie widziałem takiej furii.
Aleks odruchowo spojrzał za siebie. Falochrony zbudowane z ogromnych głazów narzutowych i betonu spełniły swoją rolę, chociaż nie zostały zaprojektowane na taką skalę żywiołu.
– Podobno huragan zniszczył szlak kolejowy, który pokazywałeś mi zeszłego lata.
– I tak mieli go zlikwidować, więc teraz będzie im łatwiej podjąć decyzję. Zawsze powtarzałem, że to unikat na skalę regionu. Społeczność wyspy wciąż nie potrafi określić, czego potrzebuje bardziej, tradycji czy nowoczesności. Ja bym połączył jedno z drugim. Tak jak skała wiąże się z morzem. Albo człowiek ze skałą. Widziałeś farmę Luki. On zrozumiał, o co chodzi.
– Tak, wiem, co masz na myśli.
– Coraz więcej Nigeryjczyków tu przypływa. Nie mam pretensji, ktoś musi przejąć puste domy. Ale za chwilę będą się mierzyć z tym samym problemem co my. Kwestia czasu.
Dobiegł ich wyraźny chrzęst kamieni i żwiru. Od strony klifu biegły dwie dziewczyny w kostiumach jakby wyciętych z żurnali z lat osiemdziesiątych. Nawet ich fryzury i frotowe opaski w kolorach tęczy sugerowały jakiś związek z tamtą dekadą. Nie zwróciły na nich uwagi, nie rozmawiały ze sobą, nie spoglądały w kierunku morza, jeśli były w czymś zanurzone, to wyłącznie w muzyce, która falami radiowymi przepływała z ich smartfonów do słuchawek. Idealna separacja.
– Chciałem ci powiedzieć, że w przyszłym roku zamykamy działalność. Luca potrzebuje pieniędzy na nowe inwestycje, a nie kroplówki z turystyki. Ja wracam do miasta, na stare śmieci. Oczywiście gdybyście chcieli przyjechać, Luca was przygarnie i się wami zaopiekuje.
Aleks, o dziwo, nie był zaskoczony. Czuł, że w Martinie dojrzewa myśl o powrocie. Wciąż tlił się w nim ogień, ale jego serce już dawno opuściło to miejsce.
– Myślisz, że się tam odnajdziesz?
– Zmiany są dobre. Ja już o nic nie muszę walczyć. Życie i tak toczy się własnym torem, niezależnie od tego, czy się staram, czy nie. W takim momencie przychodzi odwaga albo paraliżuje cię lęk i się poddajesz. Ale efekt jest taki sam, rozumiesz? Taki sam. Na końcu.
– Mówisz o swoim rozwodzie?
– Nie, chodzi mi o coś, co zjawia się dużo wcześniej. Inaczej. Bez związku. Tylko ty i twoja sprawa z czasem. Ja byłem sparaliżowany, przyznaję. Wybrałem łatwiejsze rozwiązanie. To tyle. Ale widzę, że ty i Rena jesteście już gdzie indziej, na innym poziomie. Macie to już za sobą.
– Chyba nie nadążam. Poza tym wcale nie jest tak łatwo, jak myślisz.
– Zrozumiesz w swoim czasie. Chodź, nie mamy całego dnia.
Martin mógł daleko zajść, pomyślał Aleks. Chociaż nie był pewien, czy nie zaszedł daleko, właśnie porzucając ambicje zawodowe. Pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy świat wchodził w erę globalizmu, masowych hodowli zwierząt i wycinek lasów pod wielkie latyfundia, Martin kończył studia i pisał pracę o modernizacji rolnictwa na południu. Ale kiedy zderzył się z tym południem, z jego ambicji nie było co zbierać.
Na klif prowadziła wąska, kręta ścieżyna o dużej ekspozycji, dlatego co jakiś czas musieli przystawać dla wyrównania oddechów. Płuca Martina pracowały jak miechy i wydobywał się z nich długi świst, zupełnie jak wiatr wdzierający się w nieszczelne framugi. Kiedy Aleks spoglądał w dół, odczuwał uderzenia gorąca, a mrowienie pod łopatkami wędrowało wzdłuż kręgosłupa. Nigdy nie miał lęku wysokości, ale w ostatnich latach zaczęło się to zmieniać.
Po drodze nie zamienili ani słowa, wysiłek był zbyt intensywny. Wilgotną bryzę morską zastępowało powoli suche, ciepłe powietrze i Aleks przestał rejestrować zapachy. Nieco poniżej szczytu zobaczył, że klif jest porośnięty gęstą, zieloną darnią, krzewinami i karłowatą pinią – ten pejzaż raczej przypominał wyspy po drugiej stronie kontynentu. W tym samym momencie, gdy usłyszał narastający gwar ptactwa, zaalarmowanego ich przybyciem, zadzwoniła do niego Rena, ale telefon stracił zasięg. Po chwili odebrał wiadomość tekstową: „Odzwoń, kiedy będziesz mógł. Nic poważnego. Uprzedzam”. Zanim ruszył dalej, Martin przytrzymał go za ramię i powiedział:
– Musimy podejść bliżej, ukryć się i przeczekać ten chaos. Trochę potrwa, zanim znów poczują się pewnie.
– Mewy.
– Ichthyaetus audouinii. Tak, trafiliśmy na okres lęgowy. W tamtym roku zauważyłem coś nowego w ich zachowaniu. Zsynchronizowany, zbiorowy rytuał.
Martin wyjął z torby lornetkę, zdjął gumowe odsłony i przyłożył szkła do oczu, regulując ostrość i zasięg. Na razie nad klifem panował hałas przekrzykujących się ptaków. Przypominał Aleksowi to, co znał i widział już na własne oczy – rojowiska nad miejskimi wysypiskami śmieci. Aż dziw, że nad relatywnie niewielkim obszarem nie zderzały się ze sobą, w chaosie i zapętleniach dało się jednak dostrzec jakąś dziwną harmonię. Martin cierpliwie skręcał kolejnego papierosa, ale nie zamierzał go teraz palić.
Aleks wystukał „ok” na ekranie telefonu i wyłączył dźwięk. Morze całkiem zniknęło z pola widzenia, choć jeszcze przed chwilą miał je za plecami i wyglądało płasko jak ściana pomalowana błękitem pruskim.
– Luca w tym roku rozstał się z narzeczoną – rzucił Martin.
– Nawet nie wiedziałem, że się zaręczył.
– Szybko poszło. Kolejna nieudana próba, więc sam już zaczynam wątpić. Myślisz, że Rena mogłaby z nim porozmawiać? Zawsze miała na niego dobry wpływ.
– Martin, twój syn to dorosły facet. Ja oczywiście nie mam żadnych obiekcji, jeżeli tylko chcą ze sobą gadać.
– Walką nie udało mi się nic wskórać. To tylko pogarsza sprawę.
– Słuchaj, myślę że powinieneś mu po prostu zaufać. Może wtedy odnajdziesz spokój. – Niemal zawsze, kiedy schodzili na zbyt osobiste tematy, Aleks miał wrażenie, że posuwa się za daleko, że jego rady, nawet jeśli ogólne i ostrożne, są po prostu nie na miejscu w stosunku do Martina. Zwłaszcza wobec Martina.
Czekali cierpliwie w cieniu czerwonej skały. Twarz Martina stopniowo pociemniała o kilka tonów, jakby zrastała się z tym cieniem i zaraz miała się rozpłynąć na oczach Aleksa, zostawiając mu na pamiątkę tylko parę oczu, krystalicznie przejrzystych, niedotkniętych przez czas i troski.
Wracali tą samą drogą, wąską, stromą ścieżką na plażę, ocienioną teraz częściowo przez klif. Kiedy tylko powrócił pełen zasięg, Martin próbował oddzwonić do Reny, ale jej telefon milczał.
Po powrocie na kwaterę zobaczył, że Rena zostawiła dla niego wiadomość; informowała, że pojechała z L na polowanie i ten zobowiązał się przywieźć ją przed dziewiątą. Aleks ledwo odcyfrował wiadomość.
Ulice znów były pełne gwaru, tu i ówdzie powiewały flagi państwowe, zapowiedź dwudniowego festynu w mieście. Aleks wyjął z kosmetyczki przybory do golenia i kremy, nastawił godzinę w zegarze ściennym, który wiecznie się spieszył. Rena zdążyła wcześniej zrobić zakupy, więc teraz włączył lodówkę, żeby przenieść nabiał, wodę mineralną i butelkę białego wina. W środku znalazł jej portfel, folię z lekami i notatnik, w którym prowadziła dość szczegółowe zapiski z każdego dnia. Pamiętał, że kiedyś spojrzał jej przez ramię, jakoś zupełnie automatycznie, bez ciekawości, kiedy notowała – i zauważył, że notatki zapisywała różnymi kolorami, zapewne podkreślając ich wagę, systematyzując je. Ale też dotarło do niego, jak bardzo zmieniło się jej pismo. Nie przypominało już tych prostych, strzelistych form z barokowymi zawijasami, było mocno pochylone w prawą stronę, ściśnięte, wręcz sprasowane – jakby działały na nie nieznane grawitacje.
Szanował jej prywatność, zdawał sobie jednak sprawę, że w rozwoju choroby siebie jako pierwszą będzie musiała mu oddać. Wszystko, co starała się ukryć, przemilczeć, ocalić przed rozpadem,
Nie nawykł do forsownych wędrówek, dlatego czuł narastające zmęczenie. Ale cieszyło go, że trzyma się harmonogramu, który wyznaczają stałe, niezmienne punkty, może wręcz tradycje i rytuały – to dawało mu poczucie trwałości pewnych spraw, nawet jeśli iluzoryczne. Odwracało uwagę od niszczącego niepokoju.
Rena wróciła przed czasem. Zeszli na parter do Martina, na kolację i kieliszek uzo. Aleks nie przepadał za anyżem, ale nie aż tak, żeby odmówić. Luca przyniósł swoje trofeum: dwa średniej wielkości króliki, które ustrzelił w winnicy. Ich populacja tej wiosny znacznie wzrosła i od razu przełożyło się to na straty krzewostanu. Luca obiecał przyrządzić je w czasie świąt na białym winie, w wersji all’ischitana. Jagniąt nie ruszał; przez kolejne dwa, trzy lata myślał wyłącznie o powiększaniu liczebność stada.
Martin trzymał łapy królika pewnie, pod rękawem jego polo rysowały się naprężone, wciąż silne mimo wieku mięśnie. Luca naciął futro wokół skoków i ogona i, kontrolując kolejne nacięcia wokół dermy, kilkoma silnymi ruchami ściągnął je z całego tułowia aż do głowy – ta stawiała największy opór. Potem wyjął wnętrzności i odkroił udźce. Rena patrzyła na ten ceremoniał z uwagą i zachwytem.
– Musisz koniecznie zostawić przepis. Będziemy po powrocie piec króliki w brytfannie, prawda, Aleks?
– No nie wiem. Wydaje mi się, że jesteśmy skazani na pudełkowe żarcie. Nikt z nas nie jest ekspertem w kuchni. Nie mówiąc o rozbieraniu zwierząt.
Martin stał na środku pokoju z rękami we krwi, niczym chirurg po skomplikowanej operacji. Ale to butelka uzo wytwarzała największą grawitację w tym momencie. Była niemal fizycznie wyczuwalna, niczym naelektryzowane powietrze przed wyładowaniem. A może Aleks błędnie zinterpretował dane jednostkowe i wyciągnął z nich nieprawdziwe wnioski? Tymczasem Luca włożył mięso do foliowych rękawów, zapakował próżniowo i zaniósł na zaplecze kuchni.
– Nie pamiętam, żebyście kiedykolwiek przyjeżdżali do nas w okresie świąt – stwierdził Martin. – Czy się mylę?
– Aleks pod koniec wiosny zawsze ma najwięcej pracy – odparła Rena. – Maj i czerwiec to najgorętsze miesiące w roku.
– To prawda – potwierdził Aleks. Korciło go, żeby nawiązać do planów Martina, ale uznał, że nie jest ich właścicielem, poza tym nie chciał wprowadzać poważnych tematów do atmosfery spotkania.
– To nic wielkiego. Nikt już chyba nie pamięta, o co chodzi z tą tradycją.
– Podobno poszliście na klif – przerwał Luca, wycierając dłonie w papierowy ręcznik. – Przy dobrej pogodzie czasem widać stamtąd północny brzeg Afryki.
– Nie gadaj.
– Oczywiście, że to żart.
– Teraz jest okres lęgowy. Nie da się tamtędy przejść na krawędź klifu – zauważył Martin.
– Chodziliśmy tam zaraz po szkole. Zakładaliśmy się o to, kto pierwszy skoczy.
– Zawsze mówiłem, że młodość i całe to życie w pełni to igranie ze śmiercią.
– Pierwszy raz trzymałam dzisiaj strzelbę w rękach. Strasznie ciężka – rzuciła nagle Rena.
– Strzelałaś z broni?
– Wykluczone. Zawsze miałam awersję do tych męskich zabawek, które powodują tyle huku i zamieszania. Ale pomyślałam sobie, że chociaż raz w życiu spróbuję, zanim zapomnę, do czego to wszystko służy.
Uwielbiał ją w tych momentach, kiedy to ona dyktowała warunki, szydziła z diagnozy, dawała sobie i innym jakieś krótkie, iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Owszem, wszyscy grali swoje role, lepiej i gorzej, ale też potrzebowali od czasu do czasu zapewnienia, że spektakl wciąż trwa, reżyser czuwa nad przebiegiem akcji i ma pod ręką setki alternatywnych scenariuszy, jeśli któryś się nie sprawdzi.
Nie pamiętał, jak długo siedzieli w kuchni, potem na tarasie, podsłuchując próby do świątecznego koncertu. Cieplejszy wiatr od morza niósł zapowiedź upalnych, suchych dni. Luca, chyba po drugiej połówce uzo, poczuł się pewniej i rozwiązał mu się język. Nowe mieszało się starym, miłość do zwierząt z ponurymi stronami produkcji i koniecznościami okresowego odstrzału. Przez jakiś czas bawił ich tłumaczeniem prostych zdań na trzy sąsiadujące ze sobą na wyspie dialekty.
Rena w pewnym momencie wstała od stołu i ruszyła na ulicę. Aleks nie miał powodów do niepokoju, tym bardziej że alkohol stępił nieco jego uwagę. Jednak po pewnym czasie on też wstał i wychylił się przez poręcz oddzielającą taras od nieużytku i rumowiska, w którego centrum kiedyś rósł gigantyczny aloes, żeby sprawdzić, czy w ich pokoju świeci się światło. Był przekonany, że Rena poczuła się zmęczona, wyszła na krótki spacer i wróciła głównym wejściem, od ulicy, żeby nikomu się nie tłumaczyć. Uznał, że wypada się pożegnać, udać, że wszystko jest pod kontrolą, Rena już śpi, zapowiadała, że położy się wcześniej, zobaczą się jutro wszyscy na festynie. Tyle że nie było jej ani w pokoju, ani w sąsiedztwie, które mógł ogarnąć spojrzeniem z balkonu. Jej telefon leżał na łóżku, tak jak go zostawiła po powrocie z winnicy.
Przemierzał uliczki z otwartymi sklepami, czasem przejęte przez miejscową młodzież na skuterach i turystów z największego w tej części wyspy hotelu. Właściciele ustawiali regały na chodnikach, dekorowali witryny i ciasne wejścia do domostw. Był przekonany, że Rena siedzi w którejś kawiarni, pije późną kawę albo wodę z limonką, rozmawia lub po prostu milczy, zapatrzona w ludzkie sylwetki odbijające się w oknach. I wcale nie ma nic dziwnego w tym, że zdecydowała się nikomu o tym nie wspominać. Absolutnie nic dziwnego. Zajrzał do dawnej restauracji Alberta – dziś przypominała pub. Nowy właściciel skołował nawet starą szafę grającą. Na centralnym placu miasteczka stała już gotowa scena, również udekorowana; akurat trwał jakiś pokaz pantomimy z elementami teatru fizycznego, próba albo czysta improwizacja. Tłum gęstniał przy krawędzi muru miejskiego, z niewidocznym już o tej porze widokiem na morze. Gdzieś w dali przesuwały się nikłe światła statku płynącego na wschód.
W końcu znalazł Renę. Stała na plaży, obok intensywnej plamy światła z pobliskiej latarni, na granicy światła i półcienia. Ktoś robił jej zdjęcia z fleszem, ktoś inny komentował. W pobliżu zebrała się dość liczna grupa osób. Może myśleli, że to kolejny happening?
Była zupełnie naga. Zaciągała się papierosem głęboko, jakby chciała, żeby dym w niej został i przeniknął wszystkie jej tkanki. Wyglądało to dość sugestywnie i Aleks pomyślał, że porównanie do happeningu wcale nie jest absurdalne. Kiedy w pośpiechu ją ubierał, przy jęku publicznego zawodu, ale i nielicznych oklaskach, próbowała z nim walczyć, szarpała się, raczej z przekory niż ze złości. Chyba, bo Aleks niczego nie był w tym momencie pewien.
– To nie jest to, co myślisz – usłyszał jej przytomny głos. Znieruchomiał i poczuł, jak spływa z niego napięcie. Musiał teraz wyglądać jak idiota z jej spodniami i biustonoszem w rękach. Komiczny, ożywiony rekwizyt, nieodłączny w antycznej tragifarsie.
– Do cholery, Rena, mam nadzieję, że nie – odparł w stanie totalnego zamętu. ¬– Powiesz mi, o co chodzi?
– Dobrze wiedzieć, że są jeszcze jakieś pierwsze razy.
Kilka dni później, tuż przed odjazdem, on, Rena i Martin wrócili na klif. Rena koniecznie chciała wziąć udział w wyprawie, miała nadzieję, że Luca wcale nie żartował z tą Afryką. Ale była również ciekawa ptasiego rytuału, o którym wspominał Martin – uważał, że wciąż mają szanse je zobaczyć, zanim gody przejdą w drugą fazę.
Tym razem podjechali od strony lądu, wijącą się, ciasną ulicą, i zaparkowali przy wejściu do rezerwatu. Oficjalnie ze względu na lęg był zamknięty, ale Martin miał całoroczne zezwolenie na wejście.
Pogoda zaczęła się zmieniać. Kontynentalny wiatr przynosił więcej chmur i wilgoci. Wciąż były to tylko nieznaczne porywy w porównaniu z huraganem sprzed miesiąca. Wyglądało na to, że w jakimś sensie zabezpieczyły ich przejście, uczyniły ich, intruzów, niezauważonymi, i ptaki nie podniosły alarmu, chociaż w powietrzu wciąż panował spory ruch. Cień pod wapienną skałą zmienił tonację z ciepłoczerwonej na brunatną szarość. Z trudem mieścili się w nim we trójkę, przekazując sobie lornetkę i pojedyncze szepty. Aleks poczuł wręcz chłód ziemi, jeszcze nagromadzony zimą. Mewy kołysały się w locie, z wielką precyzją korzystały z każdego poruszenia wiatru. Niektóre z nich podskakiwały obunóż przy krawędzi klifu i rzeczywiście – dało się w tym dostrzec jakiś wzór. Potem coś zaczęło się zmieniać w ustawieniach: zniknął chaotyczny lot rozpisany na dziesiątki skrzydeł, pojawiły się uporządkowane struktury kierowane ręką niewidzialnego dyrygenta. Martin zacisnął dłoń na ramieniu Aleksa i wtedy zobaczyli kolejny wzór, jeszcze wyraźniejszy. Mewy ustawiły się jakby w jednej linii, parę metrów nad skalistym gruntem, w równej odległości od siebie. Kilka następnych osobników zrobiło to samo nieco dalej, w tle. Wszystkie trzymały w dziobach jakąś zdobycz, prezentowały przed samicami sardynki, kalmary i langusty. Niektóre zrzucały z góry ostrygi czy może mule – trudno było to stwierdzić przez lornetkę. Martin próbował im wyjaśnić nieoczywistość tego rytuału. Otóż samce nigdy nie tokowały symultanicznie. Po prostu uderzały w taflę morza, chwytały zdobycz i wznosiły się z nią na klif w poszukiwaniu samicy. Teraz pojawił się jakiś element wspólnotowy, absurdalny w kontekście zjawiska rywalizacji.
Aleks oddał lornetkę Renie i odwrócił się plecami do skały. W spojrzeniu Martina widział tę samą żywą, dziecięcą radość, którą pamiętał ze swojego dzieciństwa. Nie spowijał ich żaden cień, żadna wątpliwość. Wielkie, tajne porozumienie między gatunkami, zgoda na ten sam los, który jest zawsze krótkim lotem. Oczywiście wtedy tak nie myśleli. W ogóle wtedy nie myśleli. Byli wyłącznie uczuciem.
Rena zareagowała inaczej. Oddała lornetkę Martinowi, skinęła głową i rzuciła: „Tak, to rzeczywiście piękne”. Aleks zauważył w niej jakieś szczególne napięcie – gdyby miał je sklasyfikować, znalazłoby się dokładnie po drugiej stronie osi, na której rozgrywały się emocje jego i Martina. Było w tej wypowiedzi coś teatralnego i sztucznego – jak kwestia wypowiedziana przez aktorkę bez talentu.
Później, już w samolocie do kraju, Aleks zamierzał wrócić do tematu – z jakiegoś powodu tamto wydarzenie na klifie nie dawało mu spokoju. Rena nie chciała jednak o tym rozmawiać. Potem okazało się, że nie ma do czego wracać, bo poszczególne etapy podróży zlały się jej w jedno doświadczenie, jeden lity blok, do którego nie miała dostępu. Jaka szkoda, że nie robili zdjęć. Zdjęcia zawsze pomagały. „Zapisałaś wszystko?” „Tak jak ustaliśmy. Przejrzę notatki w domu, dobrze?”
Z czasem zaczęły docierać do niej jakieś strzępy, powidoki. Nie miał pojęcia, w jaki sposób udawało się jej rozszyfrować niemal nieczytelny zapis – jej pismo teraz przypominał już encefalogram z poziomą linią. Któregoś wieczoru po powrocie z pracy zastał ją całą we łzach, na skraju rozpaczy. Wywołało ją wspomnienie dwóch zabitych przez Lucę królików – przeżywała tę podwojoną śmierć, jakby wydarzyła się chwilę temu. „Jak mogliśmy do tego dopuścić, Aleks? To przecież nieludzkie. Niewybaczalne”. Jej stan wydawał się poważny, bo zupełnie wyłączył ją z jakiejkolwiek życiowej aktywności. Aleks zmuszał ją do jedzenia i do higieny osobistej. Wziął bezpłatny urlop.
A potem nagle przeskoczyła z tej spóźnionej żałoby w stan zasadniczo odmienny. Chciała nawet wrócić do pracy, przynajmniej deklarowała taką gotowość. Wtedy rozmawiali ze sobą jak dawniej, w każdym razie tak jak przed wyjazdem. Wspominali szafę grającą u dawnego Alberta, którą podczas festynu okupowali do północy, słuchając Swansów, Bowiego i Manhattan Transfer. Trzy rundy bilarda w deblach. Luca ściągnął do gry kumpla jeszcze z czasów szkolnych, a ten po piątym piwie zaczął naśladował Christophera Walkena z Łowcy jeleni. Scenę, w której tańczy z kijem przy stole, zwinnie jak jaszczurka, z kobiecą gracją, i śpiewa razem z Frankiem Vallim I Love You Baby.
Rena jednak wciąż bagatelizowała nocne wydarzenie na plaży – tłumaczyła, że po prostu chciała popływać w morzu i nie rozumie, dlaczego Aleks robi z tego taki problem.
Jakiś czas potem siedzieli oboje w kuchni przy stole, pochyleni nad wynikami kolejnego rezonansu i opisem. Bez wątpliwości potwierdzały pierwsze rozpoznanie. Milczenia między nimi niemal można było dotknąć.
Kompletnie załamana Rena nie chciała nawet tknąć ulubionej tajskiej zupy. Jej spojrzenie było wyraźne, wręcz krystaliczne, Aleks czuł się nim przenicowany. Na ulicy pod sklepem ujadał jakiś pies, później okno przeszył krótki błysk z pantografu, subtelny, prawie miękki – to ostatni tramwaj piął się w górę sąsiedniej alei.
Rena odłożyła kopertę z płytą i papiery na bok. Podsunęła Aleksowi swój talerz, włożyła mu do ręki łyżkę i powiedziała cicho, na granicy głosu:
– Nakarm mnie.