Praktyka

Lehel Market

Karolina Krasny
233 odsłon
fot. Justus Manke / Unsplash.com

Na „trzy-cztery” wysuwam głowę i rozchylam gumową kotarę. Nie otwieram oczu do momentu, w którym ciemność będzie straszniejsza od najgorszej z prawd. Czuję cytrusy, słyszę rozmowy i wózki hamowane fugami. Przez dłuższą chwilę stoję w bezruchu. Pękam dopiero przy głośniejszym dźwięku (ktoś rzucił w kąt kratę z piwem, szkło uderzyło o szkło).

Patrzę i rejestruję. Barierki schodów są zielone, czerwone i żółte. Pręty układają się w fale i kwiaty. Nerwowi ludzie ścierają się na nich jak na ostrzach tarki, klnąc na produkt, o którym zapomnieli. Ściskają się na schodach, rozlewają na półpiętrach, biorą wdech i zamykają oczy. Otwierają je niegotowi. Na ich twarzach wypisana jest bezradność.

Na stoiskach leżą owoce, białe chlebki, jajka w kartonach i małże. Najdalej od schodów jest ciemno. Zgarbione kobiety sprzedają lekarstwa i jedzenie w plastiku. Mętne oranżady i draże pokrywa warstwa kurzu; zupki w proszku, pakowane w seledyn, wydają się leżeć tam od zawsze. Gdy sprzedawczynie poczują się niewidoczne, otwierają je bezszelestnie i kruszą makaron przednimi zębami.

W Lehel Market seledyn jest oznaką odwagi, a zieleń, czerwień i żółć to symbole tchórzostwa.

Chowam do kieszeni mokre od potu dłonie. Weszłam tu tylko po kawałek cukru. Boję się nowych miejsc, ale bardziej od nich boję się niespełnionych potrzeb. Rozglądam się. Stoję pośrodku hali, kręcę się w kółko, nie unosząc przy tym stóp. Całe wnętrze mieści się w mojej pięści: uproszczone do poziomych linii i chłodne. Zamykam oczy, ale nie znajduję w nich ciemności. Jest za głośno na czerń. Szum zamienia się w żółć; zaciskam powieki, żeby ją zdusić. Rzygam pod nogi. Robi się ciszej.

– Co cię przestraszyło? – Ktoś dyszy mi do ucha i chwyta mnie za rękę. – Nie bój się. Upadłe miasta nie są niczym strasznym.

W nowych miejscach zawsze dzieje się to samo: paranoja. Zatrzymuję się i obracam głowę w stronę obcego. Staruszek z okrągłą twarzą czeka na moją odpowiedź, ale ja nie mam nic do powiedzenia. Zaczyna kołysać moją dłonią do przodu i do tyłu, jak niecierpliwe dziecko. W drugiej ręce trzyma serwetkę. Wyciera mi nią usta.

– Wiem, gdzie serwują tu ciastka – szepce i robi dwa kroczki do przodu. Nie puszczamy swoich dłoni i idziemy wężykiem. Weszłam tu po kawałek cukru, mówię do siebie, więc go dostanę. Gdy wchodzimy na schody, czuję tarcie i słyszę przekleństwa. Gdy docieramy na ostatnie piętro, dociera do mnie zapach wieprzowiny, długo, długo nic, a potem ostry zapach coca-coli. W Lehel Market seledyn jest oznaką odwagi, więc wszystko, o czym myślę, staram się pokryć zielenią.

– Jesteśmy – mówi staruszek, puszcza moją dłoń i zakreśla w powietrzu półokrąg. Otaczają nas stoliki. Przy jednych siedzą czarne dzieci. Przy innych białe kobiety wsysają makaron bez użycia rąk. Tłum ze schodów nieustannie wylewa się na piętro i ustawia w kolejki. Brakuje stolików, wybucha przepychanka, wieża z tacek upada i roztrzaskuje się na parterze. „To miasto jest martwe”, przytakują sobie kobiety w sztruksie. Gdy kończą jeść makaron, kelner przynosi im jabłka. „To niczyja wina”, dodają, z ust cieknie im sok.

– Możemy zjeść na stojąco – proponuję staruszkowi. Kiwa głową i znika mi z pola widzenia. Po chwili wraca z dwoma eklerkami, ciężkimi i białymi jak śnieg. Bez słowa pakujemy śmietanę do ust, aż zniknie. Ostatnie przełknięcie śliny jest dziwne. Patrzymy po sobie, nie wiedząc, jak się pożegnać; nigdy nie było powitania. On denerwuje się bardziej niż ja. Jego policzki robią się szklane, a serce jak wiaterek bawi się luźną na piersi koszulą.

– Poczekaj tu. – Staruszek podbiega do najbliższego okienka, z kieszeni wyciąga banknot i kasztana. „To na szczęście”, mówi do sprzedawcy. Ten się nie uśmiecha, jedną dłonią zgarnia prezent i zapłatę, drugą wręcza staruszkowi dwa banany w cieście. Lizaki z posypką. Ciastka na ciepło.

To trwa do rana. Jemy słodycze i nigdy się nie żegnamy.

– Ale razi. – Przysłaniam dłonią oczy i patrzę przez palce. Lampy na suficie zdążyły już wyprzeć kolory. Leżę na plecach, z głową na jego kolanach. Pamiętam, że ma żółty krawat, że fontanna za nami świeci się na zielono. Kropelki wody zraszają mi szyję i twarz. Zaczyna świtać, za chwilę zejdą się ludzie.

Staruszek poprawia się na marmurowej płycie. Podnoszę głowę, myśląc, że chce wstać; on prostuje dłoń na znak, żebym się nie ruszała. Widziana od dołu twarz nie przypomina niczego, co znam. Z rzadkiej brody wyrasta nos, czarne dziurki są puste, resztę czaszki zasłaniają szkła. Gdy zaczyna mówić, mój kark przenika prądzik.

– Nie cierpię, gdy sztuczne światło miesza się ze słońcem. To parodia! Białe i złote miały nigdy się nie spotkać, rozumiesz? – Staruszek wskazuje na szumiące LED-y, mój wzrok podąża za jego palcem. – Białe i złote miały żyć po swojemu. Budzić się, zapierdalać, kłaść się do spania i znów, na zakładkę, jak zgrabna i dobra maszyna. – Jego paluch i moje oczy zakreślają kółeczka. – Kiedyś to miasto było słuszne. Nie wiedziałaś, kiedy wchodzisz i kiedy je opuszczasz, potrzeby prowadziły cię na schody, przed lady i do kibla, matki chodziły z dziećmi, ojcowie trzymali wartę. Z głośników grały jazzik i rap. Schody były bezpieczne.

Otwierają się boczne drzwi. Dwie kobiety z mopami rozstawiają wiadra i oblewają posadzkę pianą.

– Uznaj, że zwariowałem, ale ja kochałem Lehel Market, kocham Lehel Market i będę je kochał, nawet, kiedy Lehel Market spłonie. Takich miejsc nie przestaje się kochać, można o nich jedynie zapomnieć. Przyjść po kawałek cukru i odejść. – Zaczyna się śmiać i staje się samą brodą. – Przyjść przed czasem i wyjść, zapominając, że można się do czegoś spieszyć.

Staruszek sięga do kieszeni na piersi i wyciąga papierosa. Wypuszcza z ust chmurkę. Kobieta z mopem karci go wzrokiem, ale nie odrywa się od pracy. Zapach detergentu jest mocniejszy niż woń dymu.

– Jeszcze jedna rzecz. — Większość zdań, które zaczynał tej nocy, miała być ostatnimi. – Taka miłość przychodzi znienacka. To był środek lata, jeździłem różowym fiatem. Zaparkowałem przodem do wejścia, zgasiłem silnik i czekałem, aż przestanę się bać. Minął kwadrans, ja poczułem się gotowy. Ani nic tego nie poprzedziło, ani nie zapowiedziało; trzasnąłem drzwiczkami, wyciągnąłem ręce do przodu i wbiegłem do środka. Kiedy podniosłem wzrok, sam byłem sensem maszyny! Bezwiednie zacisnąłem dłonie w pięści. Uznaj, że jestem świrem: dla mnie świat przed tamtym latem nie istnieje. Na zewnątrz pięść zawsze jest wojną. W środku musi być ciepłem.

Chciałabym mu przerwać, ale nie mam nic do powiedzenia. Przerwać dla samego przerwania, bo gada za długo, żeby dokądś zmierzać. Czyta mi w myślach: opuszcza brodę i patrzy z góry, jak milczę. Jestem wszystkim, o czym pomyśli.

Drzwi zaczynają się obracać. Wypluwają grupkę ciężarnych kobiet, budowlańców, babcie i wagarowiczów. Rozchodzą się w różne strony, tak żeby było ich trzy razy więcej. Rozmawiają. Dzwonią telefony i podnoszą się rolety. Słyszę syk; papieros staruszka zniknął w zielonej fontannie. Nie było powitania, więc nie mogę się pożegnać.

Mięśniami brzucha podnoszę resztę ciała. Nie odwracam się. Mijam wieże z towarów i kobiety, które wznoszą je z bałaganu. Gdy wychodzę, on odkłada wzrok na pustym niebie. Jestem biała i jestem złota, na „trzy-cztery” wysuwam głowę i rozchylam gumową kotarę. Gdyby wyszedł za mną, byłby najgłupszym staruszkiem na świecie. Na zewnątrz jest cicho i pięknie.

KAROLINA KRASNY – Pisarka. Redaktorka Architektury-murator i cyfrowego magazynu artystyczno-kulturalnego Stoner Polski.  Autorka dwóch książek prozatorskich: Love Song (wyd. Ha!art, Kraków 2024) i Strefa II (wyd. Convivo, Warszawa 2025). Zajmuje się krytyką architektury i ilustrowaniem poezji.