Człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego, chociażby ta dusza była kretyniczna. (Witold Gombrowicz, Ferdydurke)
Uznany autor wyciąga jedno słowo z wywiadu udzielonego przez badaczkę i na nim opiera krytykę napisanej przez nią monografii, z góry przekreślając jej wieloletnie badania (książki nie czytał). Przyklaskuje mu wielu komentujących na portalu społecznościowym.
Krytyk jednym zdaniem – nie recenzją, tylko wpisem w mediach społecznościowych – spisuje na straty książkę młodego twórcy.
Polityk w debacie publicznej zarzuca kontrkandydatce nadmierną emocjonalność.
Minister kultury radzi najczęściej tłumaczonej polskiej pisarce, aby była „rozsądną polską pisarką”.
Upupianie ma się znakomicie?
Rozpoczynając pracę nad tym tekstem, nadaliśmy tematowi roboczą nazwę „przemoc autorytetu”. Punktem wyjścia miały być realne spory, a także mniejsze bądź większe „afery” w środowisku literackim, które stanowią fragment znacznie szerszego problemu obserwowanego w całym życiu społecznym. Choć na wstępie przywołuję tu konkretne sytuacje, słowa, zdarzenia, to celowo nie wskazuję nazwisk, osób, dat, powiązań. Nie jest moim celem rozstrzygnięcie, kto miał rację, a kto i w jakim stopniu się mylił, w którym miejscu leży prawda (o ile w ogóle da się do niej dotrzeć), kto okazał się pieniaczem, a do kogo mogłaby przylgnąć łatka ofiary. Ten tekst ma być próbą uchwycenia pewnych zjawisk oraz postawienia pytań o ich przyczyny i ewentualne skutki.
Szybko jednak narodziły się wątpliwości.
Czy wpis z negatywną opinią to już przemoc? Przecież nie ma w nim obelg. Co z tak ochoczo odmienianą przez wszystkie przypadki wolnością słowa? Czy mamy wpływ na to, jak nasza wypowiedź zostanie zinterpretowana bądź jaki jej fragment okaże się nośny i zostanie powielony bez kontekstu? A co z odpowiedzialnością za słowo?
Czy autorytet powinien zachowywać powściągliwość? Czy przeciwnie, winien formułować zdecydowane i wyraziste osądy, by przebić się przez szum informacyjny? A może nic nie powinien? Kim w ogóle jest dziś autorytet? Czy miarą są dokonania, pełnione role społeczne, zdobyte tytuły naukowe, liczba wydanych książek, a może liczba obserwujących?
Gdzie zaczyna się przemoc?
Szczerze: z ogromną obawą przystąpiłam do pisania tego tekstu, w wyobraźni już czytając komentarze, że nie mam pojęcia, o czym piszę, i kim w ogóle jestem, by zabierać głos w temacie literackich waśni. No może nikim, a pozycja z obrzeża pola literackiego w tym wypadku działa na plus. (Na marginesie dodam, że jako była dziennikarka „Wyborczej” doczekałam się rozmaitych dyskredytujących epitetów w sekcji komentarzy, z których wołacz „licealistko Oczak” był całkiem sympatyczny. A jednak wciąż mnie to rusza i stoi za mną obawa, czy nie narażam się na śmieszność, zwłaszcza że w ramach researchu przeczytałam wiele, naprawdę wiele internetowych wypowiedzi, manipulujących i podszytych agresją komentarzy).
Czy w przypadku takich wypowiedzi możemy już mówić o przemocy?
Dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawczyni i medioznawczyni z Uniwersytetu SWPS, przyznaje, że w swojej pracy badawczej obserwuje i analizuje to, co nazwaliśmy przemocą autorytetu. – To zjawisko ma swoje odpowiedniki w literaturze socjologicznej i psychologicznej, choć pod innymi nazwami: hierarchizacja symboliczna, mikroagresje, przemoc symboliczna, gatekeeping – wyjaśnia. – W praktyce wygląda to często właśnie tak: autorytet wypowiada się z wyższością o kimś młodszym lub mniej znanym, nierzadko powierzchownie (media społecznościowe sprzyjają takiej powierzchowności), co uruchamia lawinę wtórnych reakcji i, co ważne, nie daje przestrzeni na odpowiedź, obronę ani dialog.
Twórcą teorii przemocy symbolicznej był francuski socjolog Pierre Bourdieu, który opisał ją jako proces narzucania znaczeń przez większość – grupy uprzywilejowane, dominujące, sprawujące władzę – wszystkim pozostałym warstwom społecznym. Przy tym „przekazywane treści są ukazywane jako jedyne i nie mające żadnej, o zbliżonej wartości, alternatywy”[1]. Przemoc symboliczna, dziś nazywana miękką formą przemocy, często bywa nierozpoznawana bądź niedostrzegana. „Bourdieu mówi o «nierozpoznawaniu», ponieważ uznaje, że przemoc dokonuje się dokładnie tam, gdzie się jej za przemoc nie uznaje, gdzie się przemocy w ogóle nie dostrzega, gdzie nie pada nawet podejrzenie o przemoc, gdzie widzi się nawet konsens i pokojowe współistnienie”[2] – pisze dr hab. Joanna Helios, prawniczka z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Pytaniem otwartym pozostaje – co zauważa kulturoznawca dr Dariusz Grzonka – to, jak można zmierzyć niszczącą siłę słów, gestów, spojrzeń?[3]
Dr hab. Karolina Jaklewicz, pisarka i malarka, widzi to jednoznacznie: – Przemoc zaczyna się tam, gdzie zaczyna się ból. Ten fizyczny i ten psychiczny.
– Przemoc werbalna lub pisana zaczyna się tam, gdzie celem lub skutkiem komunikatu jest zranienie, poniżenie, zastraszenie czy naruszenie godności drugiej osoby. Obejmuje to wyzwiska, groźby, hejt, uporczywe nękanie (stalking) bądź rozpowszechnianie krzywdzących, nieprawdziwych informacji – tłumaczy dr Jakub Kuś, psycholog z SWPS. Z kolei dr Bulaszewska zauważa, że przemoc może być wyrażona zaledwie(?) w samej retoryce wypowiedzi. – Mówimy o niej zawsze wtedy, gdy dochodzi do naruszenia granic, upokorzenia, wykluczenia, zawstydzenia. Jeśli wypowiedź, choćby „tylko” słowna, prowadzi do realnych konsekwencji, na przykład wycofania się z debaty, poczucia osaczenia, milczenia, to mamy do czynienia z przemocą symboliczną. Granica jest subtelna, ale ważna: intencja, kontekst, powtarzalność i nierówność sił odgrywają tu kluczową rolę.
Naukowczyni mówi również o przemocy wizualnej, za przykład podając internetowe memy. Natomiast wspomniane naruszenie granic bywa subiektywne i trudne do zmierzenia. Dr Kuś, który zajmuje się m.in. badaniami nad rozproszeniem odpowiedzialności w internecie, zjawiskiem agresji internetowej oraz wpływem nowych technologii na moralność, podkreśla znaczenie intencji nadawcy oraz odczuć i konsekwencji dla odbiorcy. – Pewne formy przemocy werbalnej, jak groźby karalne, są obiektywnie definiowane przez prawo. Kluczowe jest naruszenie granic psychologicznych i poczucia bezpieczeństwa adresata, a także używanie języka dehumanizującego lub dyskryminującego – precyzuje.
Obserwujemy obecnie – skądinąd bardzo słuszne – zmagania pisarzy o wzrost wynagrodzeń, unormowanie podziału zysków między autorami a wydawcami oraz regulacje rynku książki w Polsce. Wygląda na to, że dyskusja, która rozgorzała w ostatnim czasie, zjednoczyła środowisko wokół sprawy. Jednak nieco ponad dekadę temu grunt nie był tak podatny. Gdy wówczas inna autorka, bez bestsellerów w dorobku, domagała się godnych wynagrodzeń, od kolegów po piórze – uznanych, nagradzanych – usłyszała, czy raczej przeczytała, że po pierwsze powinna pisać szybciej (w domyśle: będzie publikować więcej, to i zarabiać lepiej), a po drugie ma się nie mazgaić i nie kompromitować wspólnego zawodu.
Zaryzykuję stwierdzenie, że ta sama niepokojąca tendencja do ustawiania innych w szeregu, czy też do przemocy symbolicznej, jest widoczna we wszystkich dziedzinach życia społecznego, w tym dotyka osoby działające w różnych obszarach pola kultury. Jaskrawym przykładem może być środowisko teatralne i filmowe, gdzie mamy wiele świadectw, że przemoc wykracza daleko poza obszar werbalny. Jest widoczna nie tylko w internetowych wpisach, lecz także w praktyce zawodowej. W mediach zarówno tradycyjnych, jak i społecznościowych pojawiły się relacje – początkowo wyłącznie anonimowe, następnie także publikowane pod nazwiskami – z przykładami licznych nadużyć, których dopuszczali się reżyserzy i reżyserki, pedagodzy i pedagożki, twórcy i twórczynie względem przede wszystkim aktorów i aktorek, młodszych kolegów i koleżanek, a także adeptów i adeptek. W rezultacie, pod koniec kwietnia tego roku ukazała się reporterska książka Teatr. Rodzina patologiczna Igi Dzieciuchowicz (od jej reportażu w 2021 r. zaczęła się fala ujawnień), która kompleksowo zbiera relacje i obnaża mechanizmy przemocowe w polskim środowisku teatralnym. Zgodnie z doniesieniami świadków i ofiar sytuacja wygląda podobnie w świecie filmu, choćby za sprawą „fuksówki” – zjawiska wspólnego dla szkół teatralnych i filmowych. Studenci muszą udowodnić starszym kolegom, że dostali się na studia nie fuksem, lecz dzięki posiadanym umiejętnościom. Przestaje być tajemnicą poliszynela, że wątpliwa tradycja, rodzaj otrzęsin, obfituje w nadużycia balansujące na granicy przemocy. Bywa porównywana do „fali” w wojsku.
Często przy rozważaniach dotyczących różnych form przemocy powtarza się pytanie: dlaczego na nią przyzwalamy? My – ofiary i my – świadkowie, obserwatorzy, sąsiedzi, czytelnicy.
Badacze wskazują, że zalążków pewnych mechanizmów możemy szukać w dzieciństwie, okresie kształtowania charakteru, podatności na wpływy, intensywnej socjalizacji. Polska ratyfikowała oenzetowską Konwencję o prawach dziecka 34 lata temu. Uznaje ona podmiotowość dziecka, gwarantuje między innymi prawo do wolności, godności, szacunku, nietykalności osobistej, a także wolności od przemocy fizycznej lub psychicznej. Mimo to dziecko wciąż bywa traktowane jako niepełnowartościowy człowiek. Raczej człowiek in spe, któremu odmawia się wspomnianej podmiotowości. Nie tylko w domu, ale i w placówkach edukacyjnych. „Szkoła jest jednym ze źródeł przemocy wobec dzieci i młodzieży, obszarem przemocy symbolicznej”[4] – pisze dr hab. Joanna Helios, która bada nadużycia wobec nieletnich. „Instytucje edukacyjne wdrażają i utrwalają formy przemocy symbolicznej, która tym sposobem staje się przemocą «nierozpoznaną», elementem współtworzącym światopogląd i praktykę życia codziennego”[5] – zauważa naukowczyni. „To przejaw jednego z założeń autorytaryzmu: że dziecko można dowolnie modelować, a proces jego edukacji i wychowania polega jedynie na takim organizowaniu jego przestrzeni i aktywności, w których będzie trenowało wypełnianie z góry mu narzuconych życiowych ról”[6].
Zarówno publiczna dyskusja, jak i ciężar społecznej komunikacji przeniosły się w ogromnej mierze do internetu, w tym do mediów społecznościowych, nie jest to żadne novum. Na dzień dzisiejszy i chwilę obecną, jak pisał poeta, to raczej banał, ale i rzeczywistość, w której funkcjonujemy. – Media społecznościowe są dziś jednym z najważniejszych obszarów badań nad komunikacją, kulturą i przemianami społecznymi. Ich rola jest fundamentalna nie tylko w sferze codziennego kontaktu, ale też w kształtowaniu relacji władzy, prestiżu czy dyskursów dominujących, również w środowiskach intelektualnych i artystycznych – opowiada dr Bulaszewska.
Post goni post, komentarze sypią się jak biały puch z topoli. Żyjemy sprawą dzień, dwa, by za chwilę wybuchła nowa inba, czytaj: afera, także w środowisku literackim. Gdy trafia na podatny grunt, zatacza szerokie kręgi, pojawiają się nowe wpisy, odwołania, trudno ustalić, gdzie leży źródło sprawy, a czasem i gdzie meritum. Ktoś rzuca hasło, wyimek, który pozbawiony szerszego kontekstu zaczyna żyć własnym życiem, a emocje buzują. („Falsyfikat”, „literatura nie dla idiotów”, „wydawcy są jak pedofile” – to tylko kilka przykładów wyjętych z kontekstu i ubranych w fałszywą narrację słów). Raczej nikt nie ma pełnego oglądu sprawy. Szybko oceniamy sytuację, wyrabiamy swoje zdanie, przytakujemy bądź się oburzamy i prędko scrollujemy dalej. Bez względu na poglądy, opcje polityczne, poziom wykształcenia wszyscy częściej lub rzadziej dajemy się złapać w pułapkę – zabłądzić w chaosie (dez)informacyjnym czy ulec manipulacji. – Manipulacja w komunikacji zaczyna się wtedy, gdy nadawca świadomie i celowo wykorzystuje techniki wpływu, przykładowo kłamstwo, szantaż emocjonalny, wyolbrzymianie, aby skłonić odbiorcę do myślenia, czucia lub działania w sposób korzystny dla siebie, często kosztem odbiorcy lub z zatajeniem prawdziwych intencji – tłumaczy psycholog społeczny. Medioznawczyni dodaje: – W pewnym sensie każdy komunikat ma w sobie pierwiastek perswazji, bo każdy dobór słów, tonacji czy obrazu wpływa na odbiór. To nie znaczy, że wszyscy manipulujemy w złej wierze, ale warto mieć świadomość, jak język i kontekst kształtują rzeczywistość.
Jednocześnie, uczestnicząc w życiu społecznym za pośrednictwem social mediów, chcemy mieć (i wyrażać) opinie niemal na każdy temat. Generalizuję? Zapewne, jednak nie bez powodu. – Obecnie brak opinii bywa równoznaczny z brakiem istnienia. Brak komentarza to dla algorytmu cisza, a więc nieobecność. Kiedy dzielimy się opinią, mówimy: „jestem tu” – ocenia dr Bulaszewska. – To złożone zjawisko, w którym mieszają się psychologia (potrzeba przynależności, uznania, bycia wysłuchanym), socjologia (kultura uczestnictwa) i technologia (media społecznościowe jako przestrzeń ekspresji).
Dr Kuś zauważa, że potrzeba posiadania opinii i dzielenia się nimi wynika z chęci wyrażenia siebie, potwierdzenia własnej tożsamości oraz przynależności do grupy o podobnych poglądach. – Komentowanie w sieci daje poczucie sprawczości, wpływu i bycia wysłuchanym, nawet jeśli jest to częściowo iluzoryczne. Media społecznościowe ułatwiają natychmiastowe dzielenie się przemyśleniami, często bez głębszej refleksji, co wzmacniają mechanizmy szybkiej gratyfikacji, na przykład polubienia. Jest to także sposób na uczestniczenie w życiu publicznym i budowanie swojego wizerunku online – wyjaśnia ekspert.
Jacek Dehnel, pisarz, poeta, tłumacz, który bardzo aktywnie zabiera głos w sieci w kwestiach dotyczących różnych obszarów życia społecznego, nie tylko literatury i kultury, uznaje to działanie za powinność świadomego obywatela. – W tym sensie nie ma znaczenia, że jestem akurat pisarzem, a nie szewcem czy kierownikiem budowy mostu – mówi. Zauważa jednak, że dzięki wykonywanej profesji, gronu czytelników, a także posiadanym umiejętnościom retorycznym jest bardziej słyszalny. – Może to pomóc sprawie, za którą się ujmuję. Wpisy na Facebooku mogą być uznane za rodzaj współczesnej publicystyki, w końcu taki długi wpis niewiele się różni od felietonu, a bywa, że ma większą grupę czytelniczą na moim profilu niż wówczas, gdybym go opublikował w jakimś magazynie czy gazecie. Natomiast już dyskusje pod wątkami to raczej odpowiednik dawnych kłótni przy kawiarnianych stolikach: czasem ciekawych, czasem istotnych, ale jednak co do zasady marginalnych.
To właśnie w mediach społecznościowych obserwujemy największe przyzwolenie na przemoc, niekoniecznie tę symboliczną, Groźby karalne, życzenia śmierci, mowa nienawiści, wyzwiska, jawne wzywanie do przemocy… Widzimy, czytamy to na co dzień. I scrollujemy dalej. – Wystarczy kilka zdań na X, Facebooku, Instagramie czy Tik Toku, by sprowokować publiczny lincz. Zdarza się to także w medium kojarzonym z treściami profesjonalnymi (zawodowymi), jakim jest LinkedIn – wymienia medioznawczyni. – Ta intensyfikacja wynika między innymi z szybkości przekazu, algorytmów premiujących kontrowersje oraz z kultury reaktywności: lubimy wszak „stanąć po stronie”, kliknąć, skomentować, wyśmiać.
– Komunikacja internetowa znacząco wpływa na normy społeczne i etyczne, często je osłabiając. Pozorne poczucie anonimowości i dystans fizyczny mogą prowadzić do tzw. efektu rozhamowania online, skutkującego większą skłonnością do zachowań rzadziej akceptowanych w bezpośrednich interakcjach: agresji, hejtu czy dezinformacji – komentuje dr Kuś. – Może to prowadzić do większej tolerancji dla negatywnych zjawisk w sieci, ponieważ są one powszechne i często uchodzą bezkarnie. Zmienia się również postrzeganie odpowiedzialności za słowo i granice prywatności.
Powszechność zjawiska normalizuje je. – Przesuwają się granice tego, co uchodzi za akceptowalne – dodaje dr Bulaszewska. – Można powiedzieć coś brutalnego bez patrzenia drugiej osobie w oczy, co jest dla mówiącego bezpieczniejsze, nie trzeba bowiem na żywo mierzyć się z reakcją tej osoby. Co gorsza, takie zachowania bywają nagradzane lajkami, a to wzmacnia ich powtarzalność. W dłuższej perspektywie wpływa to również na nasze postrzeganie tego, co uznajemy za „normalne”, także poza siecią.
Gdzie w tym wszystkim niuanse, drobne manipulacje, słowne nadużycia, niepozorne wycieczki osobiste? Kto dostrzeże przemoc symboliczną? Bourdieu pisał o tym, ze wszelkie próby sprzeciwu mogą skutkować wyrzuceniem poza system.
Karolina Jaklewicz wystosowała niedawno list otwarty (bezpośrednim impulsem było brutalne morderstwo, do którego doszło na Uniwersytecie Warszawskim w maju tego roku), w którym zaapelowała o obniżenie poziomu agresji w debacie publicznej. – „Mowa nienawiści i przemoc w życiu publicznym wpływają destabilizująco nie tylko na najmłodsze pokolenie, które wzorce zachowań czerpie z mediów, ale też osłabiają zdolność do empatii, współpracy i wzajemnej pomocy wśród całego społeczeństwa”[7] – napisała w nim. Artystka dodaje: – Czytam mnóstwo wpisów, komentarzy, obserwuję, jak skaczemy sobie do gardeł, i sama się zastanawiam, co możemy zrobić. Kolejne doniesienia o samobójstwach nastolatków powinny jednak dać dorosłym do myślenia. Tworzą świat, w którym dzieci nie potrafią żyć.
Znów spoglądamy w kierunku autorytetów, ich powinności i odpowiedzialności za słowa. – Trudno uchwycić równowagę między odpowiedzialnością a odwagą – uważa Jaklewicz. – Słowa powinny poruszać, ale nie ranić. Sedno tkwi w nadaniu odpowiedniej formy odważnym myślom.
Czy pisanie o autorytetach i ich wpływie na nasze poglądy, działania i odczucia nie jest już przypadkiem passé? O kryzysie autorytetu mówi się od lat, zarówno wśród badaczy, jak i w dyskursie publicznym. – Obserwujemy kontynuację kryzysu tradycyjnych autorytetów, ale nie oznacza to zaniku potrzeby posiadania wzorców – ocenia dr Kuś. – Ludzie wciąż potrzebują autorytetów jako punktów odniesienia, źródeł wiedzy czy inspiracji, często szukając ich nieświadomie, także w mediach społecznościowych, gdzie popularność bywa mylona z kompetencjami. Dzisiejszy autorytet to coraz częściej osoba budująca zaufanie poprzez wiedzę specjalistyczną, transparentność, autentyczność i umiejętność komunikacji, a nie tylko przez formalne stanowisko. Definicja autorytetu ewoluuje w kierunku bardziej rozproszonym i zdecentralizowanym.
Dr Bulaszewska mówi o demokratyzacji autorytetu: – W miejsce jednego „wielkiego nazwiska” mamy dziś setki mikroautorytetów, często w bańkach informacyjnych. Nadal ich potrzebujemy, być może bardziej niż kiedykolwiek, ale też jesteśmy wobec nich bardziej podejrzliwi i krytyczni.
Badaczka zwraca uwagę, że w mediach społecznościowych przenikają się pojęcia autorytetu moralnego i medialnego, a granica między nimi ulega zatarciu. – Co oznacza, że autorytetem przykładowo w sprawach zdrowia psychicznego może być zarówno profesor psychologii, jak i popularny TikToker mówiący „szczerze” i „z serca”.
W mediach społecznościowych w cenie są widoczność, popularność, wpływ. Liczą się zdolności narracyjne (storytelling), relacyjność (odpowiadanie na pytania, nieustanna komunikacja) oraz charyzma. – Moi studenci pytani o autorytet zwykle mówią o influencerach, choć czasami też o osobach im najbliższych, jak rodzice/dziadkowie. Autorytet wyposażony w wiedzę nabytą instytucjonalnie jest zbyt odległy – dodaje dr Bulaszewska.
– Moim studentom trudno odpowiedzieć na pytanie o ulubionego projektanta czy architektkę, zupełnie jakby potrzeba wzorców zanikała – opowiada dr hab. Jaklewicz, która jest także adiunktką na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej i protektorką ds. rozwoju i integracji wspólnoty (wcześniej była pełnomocniczką rektora ds. przeciwdziałania dyskryminacji). – Wydaje mi się, że młode pokolenie potrzebuje bezpośredniego wsparcia i partnerskiej współpracy, a nie postumentowych autorytetów. To praktycy, nie romantycy. Więcej powstań nie będzie.
Naukowcy mówią również o celebrytyzacji kultury, choć dopiero niedawno doczekaliśmy się szerokiej analizy tematu. Z interdyscyplinarnego badania „Celebryci w polskiej przestrzeni medialnej i społecznej”, przeprowadzonego pod kierunkiem prof. dr. hab. Wiesława Godzica, socjologa i medioznawcy, można wysnuć prosty wniosek: mimo że postrzegamy różnie pojmowanych celebrytów raczej negatywnie, to i tak stanowią oni dla nas wzór do naśladowania. Badanie zakończyło się w 2019 r., w ciągu tych kilku lat także i „celebrytyzm” przesunął się z mediów tradycyjnych w kierunku społecznościowych i, podobnie jak wspomniany autorytet, rozproszył. Nie będzie przesadą twierdzenie, że influencerzy przejmują role celebrytów. Czy także autorytetów?
Co ciekawe, w powyższym badaniu celebryci zostali podzieleni pod względem grup zawodowych, z których najpopularniejszą okazali się aktorzy, dalej muzycy, a trzecie miejsce podium zajmują dziennikarze. Na dziesiątym, ostatnim, są kabareciarze; pisarzy nie ma w gronie badanych.
– Mam duży problem z pojęciem autorytetu co do zasady – komentuje Jacek Dehnel. – Bo to oznacza, że czyjeś argumenty z miejsca traktowałbym jako ważniejsze czy bliższe prawdy, dlatego że wypowiada je Iksiński czy Igrekowski, a nie Zetkowski. Że powinienem zawiesić myślenie krytyczne, bo mówi ta, a nie inna osoba. Tymczasem okres, w którym dorastałem, to ogromny kryzys „autorytetów moralnych”, z Wojtyłą i całym rządkiem kościelnych hierarchów na czele, więc mam alergię na to określenie. Za to bardzo się cieszę, jeśli ktoś czyta moje wpisy, włączając myślenie krytyczne. To służy wszystkim.
Z tym myśleniem krytycznym bywa różnie. Lubimy też powoływać się na argument konstruktywnej krytyki, ale czy ona rzeczywiście nas interesuje?
Jesteśmy przytłoczeni informacjami. Codziennie przyswajamy gigabajty danych. Naukowcy mówią, że żyjemy w świecie informacji totalnej. Zmienia ona naszą kulturę, relacje społeczne, a także psychikę. Jednak nasze mózgi ewolucyjnie nie zaadaptowały się do pracy na tak wysokich obrotach, są przeciążone. Naukowcy określają to zjawisko mianem infodemii, czyli nadmiaru informacji, który utrudnia selekcję i pogłębianie wiedzy.
Dr Grażyna Szumera z Instytutu Filozofii Uniwersytetu Śląskiego pisze: „Aktywność mózgu korzystających z Internetu wyjaśnia, dlaczego koncentracja staje się trudna, gdy znajdujemy się w cyfrowym świecie. Konieczność podejmowania decyzji, który link wybrać, przy jednoczesnym przetwarzaniu ogromnej ilości bodźców wymaga ciągłej koordynacji czynności umysłowych, odciąga mózg od wnikliwej interpretacji informacji. W ten sposób tracimy też zdobytą zdolność rozumienia i zapamiętywania. Przeglądając kolejne, informacje wpadamy w pułapkę bezrefleksyjnego klikania kolejnych stron, zamiast ich czytania ze zrozumieniem”[8].
Wpadamy w pułapkę błędów poznawczych, które są jednym ze sposobów, w jakie nasze mózgi radzą sobie z nadmiarem informacji, który im fundujemy. Dr Kuś zwraca uwagę na efekt potwierdzenia, czyli preferowanie informacji zgodnych z naszymi przekonaniami, oraz heurystykę dostępności, to znaczy poleganie na łatwo przychodzących na myśl informacjach. – Mózg dąży do oszczędności, więc korzysta z uproszczeń. Ufa źródłom znajomym, opiniom zgodnym z naszymi – dopowiada dr Bulaszewska. – To zresztą jeden z mechanizmów wykorzystywanych przez fake newsy.
Z kolei dr Szumera, przyglądając się negatywnym skutkom rozwoju technologii informacyjnych, jako najgroźniejsze wskazuje znieczulenie się na cierpienie innych i brak współczucia. Kulturowe zaadaptowanie się do przemocy jej zdaniem „stanowi być może jedną z najbardziej zagrażających naszemu człowieczeństwu konsekwencji, jakie niesie postęp technologiczny. Empatia stanowi podstawę moralności. Zdolność do odczuwania empatii, chęć pomocy innym zostały zachwiane w dzisiejszych czasach, znieczulica «przenika» z ekranu w nasze życie codzienne za pomocą z pozoru nieszkodliwych mediów”[9].
Dr Kuś nie zgadza się z twierdzeniem, że rozwój technologiczny i zalew informacji nas „zepsuły”. – Raczej ujawniły i wzmocniły istniejące ludzkie skłonności oraz mechanizmy psychologiczne – uważa. – Podatność na błędy poznawcze, dezinformację, potrzeba przynależności czy skłonność do polaryzacji istniały zawsze, jednak obecne środowisko informacyjne stwarza dla nich podatny grunt i przyspiesza ich manifestację. Nasze systemy poznawcze nie są w pełni przystosowane do radzenia sobie z taką skalą i prędkością przepływu danych, co technologia jedynie obnażyła, stawiając przed nami nowe wyzwania adaptacyjne. Musimy zacząć sobie z tym radzić na nowo.
Nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka. Przed pupą zaś w ogóle nie ma ucieczki. (Witold Gombrowicz, Ferdydurke)
PRZYPISY
[1] Przemoc symboliczna, Encyklopedia PWN [dostęp: 26.05.2025].
[2] Helios Joanna, Edukacja autorytarna. O przemocy symbolicznej w szkole [w:] „Studia nad Autorytaryzmem i Totalitaryzmem” 2021, t. 43, nr 2, s. 218.
[3] Grzonka Dariusz, Metafory i performance przemocy – konflikty społeczne i przemoc w świetle rozważań współczesnych teoretyków nauk społecznych [w:] „Państwo i Społeczeństwo” 2014, nr 2 (XIV), s. 47 [dostęp: 26.05.2025].
[4] Helios Joanna, Edukacja autorytarna…, op. cit., s. 217.
[5] Ibidem.
[6] Ibidem, s. 220.
[7] Jaklewicz Karolina, Po brutalnym zabójstwie na Uniwersytecie Warszawskim. „Apeluję o obniżenie poziomu agresji w debacie publicznej”, „Gazeta Wyborcza Wrocław”, 12.05.2025 [dostęp: 26.05.2025].
[8] Szumera Grażyna, Człowiek a współczesne technologie informacyjne [w:] „Zeszyty Naukowe Politechniki Śląskiej. Seria: Organizacja i Zarządzanie” 2016, nr 95, s. 522.
[9] Ibidem, s. 518.
BIBLIOGRAFIA
1. Bełza Marcin, Oligopol po polsku, „Mały Format”, styczeń-luty 2025, [dostęp: 27.05.2025].
2. Cieślak Jacek, Gwiazdy teatralnej przemocy: Lupa, Strzępka, Poniedziałek i inni pod pręgierzem, „Rzeczpospolita”, 27.04.2025, [dostęp: 26.05.2025].
3. Dębowska Anna S., Ostrzegano mnie, że pisząc o tym, co się dzieje, zniszczę polski teatr. Czy to nie przypomina sekty?, „Gazeta Wyborcza”, 8.02.2023, [dostęp: 26.05.2025].
4. Dłużewska Emilia, Pytam Burzyńską-Keller: Czy o przemocy wolno opowiadać laureatkom Oscara, czy wystarczą polskie Orły?, „Gazeta Wyborcza”, 15.03.2021, [dostęp: 26.05.2025].
5. Fedorowicz Andrzej, Jak wpływają na nas gigabajty danych, które pochłaniamy każdego dnia?, Focus.pl, 25.12.2015, [dostęp: 26.05.2025].
6. Gombrowicz Witold, Ferdydurke, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.
7. Gruszczyński Arkadiusz, „Jesteś ładna i nic więcej”. Fuksówka była naturalną częścią całego systemu teatralnego, a nie wybrykiem, „Wysokie Obcasy”, 20.03.2021, [dostęp: 26.05.2025].
8. Grzonka Dariusz, Metafory i performance przemocy – konflikty społeczne i przemoc w świetle rozważań współczesnych teoretyków nauk społecznych [w:] „Państwo i Społeczeństwo” 2014, nr 2 (XIV), [dostęp: 26.05.2025].
9. Helios Joanna, Edukacja autorytarna. O przemocy symbolicznej w szkole [w:] „Studia nad Autorytaryzmem i Totalitaryzmem” 2021, t. 43, nr 2.
10. Konwencja o prawach dziecka, Dz.U. z 1991 r., nr 120, poz. 526, [dostęp: 27.05.2025].
11. Jaklewicz Karolina, Po brutalnym zabójstwie na Uniwersytecie Warszawskim. „Apeluję o obniżenie poziomu agresji w debacie publicznej”, „Gazeta Wyborcza Wrocław”, 12.05.2025, [dostęp: 26.05.2025].
12. Kamiński Łukasz, Ostaszewska: Żyjemy w kraju, w którym panuje ciche przyzwolenie na przemoc, „Gazeta Wyborcza”, 25.03.2021, [dostęp: 26.05.2025].
13. Kochan Marek, Raport z badania „Polscy internauci na temat hejtu 2019-2024”, Warszawa 2025.
14. Krajczyńska-Wujec Ewelina, Prof. Kulesza: rośnie przyzwolenie na przemoc, jesteśmy dla siebie coraz gorsi, PAP, 7.05.2025, [dostęp: 27 maja 2025].
15. Kumala Aleksandra, Mobbing w instytucjach kultury. Sprawcy (i sprawczynie) wciąż mają się świetnie, „Krytyka Polityczna”, 14.09.2024, [dostęp: 26.05.2025].
16. Malanowska Kaja, Co wolno wojewodzie, to nie pisarzowi, „Krytyka Polityczna”, 2.03.2014, [dostęp: 26.05.2025].
17. Malanowska Kaja, Pisarzu, pisarko, dołącz do nas!, „Krytyka Polityczna”, 12.05.2014, [dostęp: 26.05.2025].
18. Mrozek Witold, Lawina #MeToo w polskim teatrze. Epidemia przemocy wychodzi na jaw, „Gazeta Wyborcza”, 10.03.2021, [dostęp: 26.05.2025].
19. Piekarska Magda, Koniec z fuksówką, „Didaskalia” 2020, nr 159.
20. Przemoc symboliczna, Encyklopedia PWN [dostęp: 26.05.2025].
21. Prochowicz Jolanta, Sztuka nie wymaga ofiary. Manowce romantyzowania nadużyć w kulturze, „Gazeta Wyborcza”, 30.03.2021, [dostęp: 26.05.2025].
22. Raport badawczy „Celebryci w polskiej przestrzeni medialnej i społecznej. Badanie interdyscyplinarne” pod kier. prof. dra hab. Wiesława Godzica, SWPS Uniwersytet Humanistycznospołeczny, Warszawa 2019.
23. Skowrońska Małgorzata, Waluś Monika, Wszyscy jesteśmy katami i ofiarami. Dziś aktywna obrończyni, kiedyś sama krzyczała do koleżanki: „Klękaj, suko”, „Wysokie Obcasy”, 15.03.2021, [dostęp: 26.05.2025].
24. Szumera Grażyna, Człowiek a współczesne technologie informacyjne [w:] „Zeszyty Naukowe Politechniki Śląskiej. Seria: Organizacja i Zarządzanie” 2016, nr 95.
25. Szyłło Aleksandra, Ja cię zgwałcę, żeby cię świat nie zgwałcił” – usłyszałam w filmie, „Gazeta Wyborcza”, 10.02.2023, [dostęp: 26.05.2025].
26. Wigura Karolina, W mediach społecznościowych jest przyzwolenie na przemoc. Nie możemy się na to godzić, „Kultura Liberalna”, 20.06.2023, [dostęp: 26.05.2025].
27. Wojtaszczyk Jakub, „Proszę się, k…., nie mazgaić, i nie kompromitować naszego zawodu”. Czy nadmiar książek niszczy branżę?, Spider’s Web, 9.04.2025, [dostęp: 26.05.2025].
fot. Logan Weaver / unsplash.com
DOROTA OCZAK-STACH (ur. 1985) – absolwentka filologii rosyjskiej oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Dziennikarka, rzeczniczka prasowa Festiwalu Góry Literatury organizowanego przez Fundację Olgi Tokarczuk. Drogę zawodową zaczynała w radiu, następnie przez dekadę była związana z „Gazetą Wyborczą”. Obecnie pracuje jako wolny strzelec. Publikowała na łamach czasopism „Czas Kultury”, „Notatnik Literacki”, „Ładne Bebe”. Współtworzy magazyn „Ku Kulturze” emitowany na antenie TVP3 Wrocław. Zajmowała się też PR-em w kulturze, współpracowała z Wrocławskim Teatrem Pantomimy. Prowadziła spotkania autorskie m.in. z Katarzyną Bondą, Sylwią Chutnik, Mikołajem Grynbergiem, Michałem Rusinkiem, Wojciechem Tochmanem.
Prywatnie mama Franka i Marysi.