Nie jest stąd.
Jest tu przelotnie; w zasadzie sama kwestia bycia pozostaje podejrzana, bo miejsce, w którym się znajduje, jest co najwyżej nakładką na faktyczne miejsce, nalepioną na okładkę folią, której nie da się już zedrzeć bez straty. Bąbli powietrza pomiędzy warstwami nie da się wygładzić brzegiem paznokcia. Ta wierzchnia jest połyskująca i wodoodporna, jak celofanowa parasolka, jabłko w plastiku pakowane w plastik, jak pączkujące na każdym rogu symulakry w gablotach, automatach, lodówkach, na wyświetlaczach, telebimach, te piękne, najpiękniejsze jak dom z dala od domu. Wczoraj kupiła butelkę wody w kształcie miniaturowej Tokyo Tower, która wygląda jak pamiątka z Lichenia. Przedwczoraj gumowego pieroga na zamek błyskawiczny.
W każdym razie żeby chociaż spróbować wślizgnąć się pod spód, w jeden z bąbli, musi przetasować ten nadmiar i wyłonić z niego właściwą aranżację, która ułoży się w coś na kształt portalu, i idzie to mniej więcej tak:
W czerwonych butach gubi się w Nakameguro. W żółtych butach. Źle to pamięta. To nie było Nakameguro, ale równie dobrze mogło być. Wygrzewające się na kamieniach żółwie przypominają kamienie, kamienie na kamieniach. Wiosną rzeka po prostu wybucha na białoróżowo i staje się absolutnie nie do zniesienia. Teraz, w listopadzie, zwisające z brzegów konary wiśni odbijają się w wodzie głębokim cieniem. Porośnięty mchem kamień tylko wydaje się starożytnie kruchy. Rzeka przecina dzielnicę na pół, równolegle z tunelem pod ulicą Yamate. Te dwie osie służą za linkę bezpieczeństwa do pociągnięcia, wyjście ewakuacyjne ze zgubienia, bo zawsze doprowadzą ją z powrotem na stację (problem polega na tym, że obie są zagrzebane w ziemi, nie widać ich z daleka).
Prosto to wygląda tylko z góry.
Ze stacji idzie piechotą, w dół, potem się wspina i znowu w dół. Ulice nieustannie tu falują. Wille wciśnięte za ogrodzenia i żywopłoty sąsiadują z piętrowymi domkami pokrytymi zardzewiałą blachą. Wąskimi uliczkami bez chodników nikt nie spaceruje. Nie ma nawet krawężnika, na którym można by przysiąść, ani ławki na przystanku, przystanku, miejsca na przystanek. Najbliższy wypoczynek obiecuje park, który okazuje się betonowym skwerem, przylegającym do równie betonowego placu zabaw. Jego centrum stanowi okrągła ławka z donicą pośrodku, a naokoło obrastają go krzewy i pojedyncze drzewa. Park wydaje jej się niesamowicie znajomy, chociaż nigdy wcześniej tu nie była, ale wie, i może przysiąc, jak wygląda po zmroku, zalany zielonkawym światłem. Na mapie zajmuje więcej miejsca, do tego jednak już się przyzwyczaiła: cokolwiek myślała, że wie o umowności znaków, nie dotyczy tej umowy ani tych znaków, które nie są nią zainteresowane.
W mapach zawsze była dobra, ale nie tutaj. Z mapami, okazało się, jest tak, że wyglądają jak wszędzie, ale działają inaczej. Nie wystarczy obrócić w głowie zapamiętanej siatki ulic i zarzucić ją na rozfalowany krajobraz, żeby domy-tory-kładki wskoczyły na swoje miejsca. Drogi przesuwają się o kilka stopni, zakręty okazują się gwałtowniejsze, rozwidlenia subtelniejsze, prawo wypada prosto, a prosto na lewo i ostatecznie siatka, jak puzzel wciskany na siłę, zawsze trochę nie pasuje. Nie ma więc żadnego znaczenia, czy zapamiętała, na rogu którego skrzyżowania znajduje się brama świątyni, skoro żywe ulice, kiedy już na nich stanęła, poodginały się w inne strony. (Nie korzysta z nawigacji: jest rok 2023 albo 1991). Całe to poczucie zażyłości z miejscami, w których nigdy wcześniej jej nie było, rozbija się, gdy tylko próbuje je sobie podporządkować.
Skręca więc w przypadkową stronę, i tak nigdzie się nie spieszy. Dzisiaj zastanawia się głównie nad tym, czy pojechać jutro do Kamakury.
Apartamentowce mają tutaj obcojęzyczne nazwy, często francuskie, albo przynajmniej nazwy z francuska, nazwy we francuskim kształcie, wymykające się jednak obowiązkowi pełnej zgodności. (Tutaj następuje kolejne przesunięcie: z transkrypcji w transkrypcję). Można więc zamieszkać w domu, który nazywa się Mezon. Można zamieszkać w domu, który ma w nazwie Un i Cinq, a w adresie siedem i czternaście. Niewielki, biały, dwupiętrowy blok nazywa się Dom, co zdaje się nawiązywać do dome lub dôme (nie domme, jak wolałaby; w niej zamieszkać, pod jej połyskującą, czarną, winylową powłoką, pod jej krwistoczerwonymi ustami i pończochami z siatki, pośrodku jej czoła, gdzie przykrywałaby ją grzywka puchata jak baranek). Niedaleko stoi jeszcze Kasa. Gdyby mogła wybrać, zamieszkałaby na dwunastym piętrze trzynastopiętrowego apartamentowca, który wznosi się już na skraju, z wyjściem na Yamate, i nazywa się po prostu Dumne Nakameguro, chociaż nie wyróżnia się niczym poza tym, że postawiono go tu zaledwie dwa lata temu.
W tym miejscu wysiąka na rogu z uliczki tak wąskiej, że nie było jej na mapie, zgniata paczkę seven starów i chowa do kieszeni, zamiast wyrzucić. Światło pada inaczej, tę stronę ulicy przykrywa cień, jakby osunęła się po porośniętym mchem brzegu i wpadła w koryto drogi ekspresowej, nad którym zwisają nieskończone balkony i kładka dla pieszych. To wciąż bardzo zwykłe osiedle mieszkaniowe i romantyzowanie go nie ma głębszego sensu, a jednak jest jej smutno. Oprócz tego gorąco. Dwa bloki od Dumnego Nakameguro zatrzymuje się przy automacie z napojami.
Waha się chwilę między ciepłą herbatą z mlekiem, napojem winogronowym i tym czymś, co smakuje jak roztopione lody waniliowe, ale chciałaby za każdym razem spróbować czegoś nowego, więc wrzuca monety i wybiera napój w różowej, kanciastej butelce. Na etykiecie jest tylko jeden znak, który rozpoznaje, ale nie może sobie teraz przypomnieć, co znaczy, otoczony różowymi musującymi bąbelkami.
Wszystkie przyciski podświetlają się na kolorowo, automat trzęsie się i buczy, a potem, grzechocząc jak plastikowa kulka z zabawką w środku, wypada z niego dziewczyna.
Przysiada na chodniku, ale szybko wstaje i się otrzepuje. Rozgląda się z umiarkowanym zaciekawieniem. Rozpoznaje charakterystyczny wieżowiec widoczny w dole ulicy, więc wie, gdzie jest. Może zresztą wiedziała cały czas. Ma na palcu pierścionek z kwadratowym różowym oczkiem, na stopach żółte buty, w ręce koszyk. Dziewczyna rusza chodnikiem z powrotem w stronę Dumnego Nakameguro, a ona, nie mając dzisiaj innego zmartwienia niż decyzja, czy pojechać jutro do Kamakury, rusza za nią.
Poza tymi butami z kokardami na kostkach niczym się nie wyróżnia. Ma na sobie luźną, długą sukienkę, jej włosy są proste i czarne, krótkie, a chociaż usta pomalowała na bojowy kolor, nie ma w niej nic odważnego. Garbi się i czasem krzywo stawia obcas, i chwieje się wtedy, unosząc jedną dłoń równolegle do chodnika, gotowa, żeby upaść. Musiała już zresztą raz upaść, ma pozdzierane kolana. Ona idzie kilka kroków za nią i co kilka kroków musi zwolnić, żeby zanadto się do niej nie zbliżyć. Po chwili i tak znowu nieświadomie przyspiesza i znajduje się wpatrzona w tył głowy, wdychając wątły zapach truskawek.
Dochodzą tak do ukrytych drzwi, o których trzeba po prostu wiedzieć albo mieć na tyle nieustraszoności, żeby otwierać drzwi, nie wiedząc, co się za nimi znajduje. Wchodzi się przez nie do jednego z tych budynków o fasadzie szerokości mikrokawalerki, wciśniętego pomiędzy dwa inne budynki jak spóźniona refleksja, wypełnienie, żeby może nie obijały się o siebie. Jej nieprzyzwyczajony wzrok turystki-iluzjonistki wciąż zahacza o te konstrukcje w niedowierzaniu, chociaż ona sama mieszka w kominie o powierzchni dwunastu i pół metra kwadratowego z przyklejoną od zewnątrz klatką schodową, z oknem z mleczną szybą wychodzącym wprost na sygnalizację świetlną i siatkę splątanych kabli zwisających nad skrzyżowaniem. W nocy, dzięki zamglonym kolorowym światłom, w pokoju nigdy nie jest całkiem ciemno i myśli, że egzystencja w automacie z napojami musiała być podobna, tylko jaskrawsza, pewnie nie dało się spać. Przymiarka tego doświadczenia pozwala jej upewnić się, że faktycznie jest w tym mieście, gdzie liczne dziewczyny przed nią budziły się w poświacie zza okna, dziewczyny na filmach, dziewczyny-automaty (to, że ich nieprawdziwe życia stały się dla niej wyznacznikiem prawdziwości, pozostaje kwestią odłożoną na później).
Za drzwiami mieści się pralnia samoobsługowa. Pomieszczenie jest bardziej korytarzem, wąską klitką, której jedną ścianę zajmuje rząd drzwiczek w różnych kolorach, kryjących wielkie bębny. We wnęce na końcu stoją samotne krzesełko i maszyna do prania trampek. W pralni nie ma nikogo, ale jest obecność: w dwóch spośród pralek kotłują się jakieś rzeczy, wymieszane w mydlanej pianie, a w trzeciej po prostu leżą i czekają. Może więc udawać, że czekają na nią: nie jest wcale turystką cudzego życia, która przyszła tu za dziewczyną w żółtych butach, powtarzając się po niej, cały czas pilnując jednak, żeby nie zbliżyć się za bardzo. Nie chciałaby, żeby tamta domyśliła się, co się dzieje.
Udaje zajętą. Przesuwa palcem po przyciskach, programy. Znaki na pranie rozpoznaje, więc wciska te, których nie rozpoznaje, mając nadzieję, że to suszenie (ostatnio czytanie polega głównie na odgadywaniu sensu na podstawie wskazówek). Szuka stujenowych monet w portfelu.
Tymczasem dziewczyna: Otwiera pralkę numer pięć o maksymalnej pojemności siedemnastu kilogramów, z koszyka wyjmuje halkę i majtki, wrzuca je do bębna, zamyka. Wrzuca monety do otworu na monety. Zdaje się, że nie dodała proszku, ale już za późno. I teraz w tym wielkim bębnie, który pomieści siedemnaście kilogramów prania, wirują samotna halka z majtkami, utopione w wielkiej fali, marnotrawstwo, no trudno. Zostawia je tam, dłuższy program prania i suszenia trwa sześćdziesiąt minut, i wychodzi. (Na szczęście nie wywiązuje się między nimi interakcja żadnego rodzaju, ona pozostaje perfekcyjną oglądaczką-za-folią, a dziewczyna nie jest towarzyska).
Idzie do sklepu na rogu. Tutaj z kolei jest przytulnie. W jasności mnożące się na półkach dobra, przydatne drobiazgi, kanapki, miła obsługa; czuje się tu bezpiecznie jak w domu-automacie. Podchodzi do kasy i nachyla się nad ladą. Kasjer odruchowo robi krok w tył. Ona tłumaczy jednak ściszonym głosem, że nie jest stąd i chciałaby zapytać o drogę. Szuka domu pewnej osoby.
Kasjer panikuje, bo musi jej odmówić, wyjaśnić, że nie może pomóc, a to czyni tę sytuację nieprzyjemną. Powinna to zauważyć i sobie pójść, ale ona nie zwraca uwagi na jego zmieszanie. Rozgląda się po sklepie. Nie może powiedzieć głośno, bo ktoś mógłby podsłuchać, a zależy jej na dyskrecji. Ta osoba z pewnością nie chciałaby, żeby wszyscy wiedzieli… Ta osoba, kasjer mimowolnie dopytuje. Przechodzi mu przez głowę, że być może ona wcale nie pyta o adres znajomego, tylko jakiś obiekt, może pomnik, coś takiego; tu w miarę niedaleko jest muzeum. Ona zaciska usta i kreśli palcem w powietrzu. Poziom konspiracji jest dosyć wysoki.
Na ladzie pojawiają się notes i ołówek, podsunięte przez zrezygnowanego kasjera. W papierze są odciśnięte linie, cyfry, kody. Ołówek za szybko prześlizguje się po wgłębieniach i przerywa. Nakreśliła cztery koślawe znaki, odwraca notes do góry nogami i przejeżdża palcem po papierze, jakby chciała od razu zmazać to, co napisała. Jemu wystarcza jednak pobieżne spojrzenie, rozpoznaje znane nazwisko. Ta osoba podobno mieszka gdzieś tutaj, przyznaje. Ale nie wie, jak tam dojść. Raczej w tamtą stronę. Aha. Ona zdaje się zbyt zdezorientowana, więc kasjer rysuje jej w notesie ulicę, róg i zaznacza, gdzie skręcić. Daje jej wydartą kartkę.
W tamtą stronę jest to rozrzucone na wzgórzach osiedle z wąskimi uliczkami wijącymi się wśród ciasno poupychanych domów. Rozpoznaje je (w zasadzie powinna najpierw je poznać, ale pominęła ten krok). Wystarczy skręcić w jeden z przesmyków i znikają cała przestrzeń, szum z drogi i wysokie bloki i teraz wydaje jej się znowu, że to jakieś ukryte miasteczko, domyślnie: wesołe, inaczej mówiąc: atrakcja. Nikt więcej jej nie zwiedza. We dwie są więc wyjątkowo odstającym, wulgarnym elementem, od razu widać, nie sposób się ukryć; ale biorąc pod uwagę, jak nagłe jest to miasto, jak gwałtownie potrafi przeskoczyć ze wzbitego w niebo ogromu w stłoczone przedmieście, ze szkła i metalu w zamierzchły kamień w wodzie, z szyn i maszyn w karmienie duchów kadzidłem i melonową oranżadą (i z powrotem, koniecznie), ostatecznie idzie się przez nie po krawędzi znalezienia się gdzieś, gdzie się nie przynależy. Z reguły wystarczy raz gdzieś nieopatrznie skręcić.
Mijają bramę świątyni; samego budynku nie widać z ulicy, tylko wznoszący się chodnik i pudełkowate samochody na parkingu. Droga prowadzi po łuku do skrzyżowania, skąd dalsze drogi po prostu sobie wyrastają w swoje strony, nic się nie krzyżuje pod kątem prostym i nie wiadomo, co dalej. Światło odbija się w okrągłym lustrze wiszącym na rogu pomalowanej na niebiesko rudery. Tutaj należałoby zostawić za sobą te kwadratowe domki i pranie wywieszone z okien na piętrze i odbić w kierunku lepszości.
Dom, którego szukają, powinien górować nad ulicą, jest w końcu po-tęż-ny (widziała go w telewizji). Jest zbrojną ścianą jasnego metalu i jasnego kamienia z oknami wąskimi jak zmrużone oczy. Wciska się pomiędzy kiszkowate sąsiednie posesje, jakby rozepchnął się łokciami, rozsiadł w rozkroku i zajął umięśnionymi udami po trochę działki z prawej i lewej. Ale robi to jakoś nieostentacyjnie, można minąć go przypadkiem i nie poświęcić mu uwagi, bo nie próbuje się wyróżniać. Od frontu chroni go trzymetrowe ogrodzenie, zbyt gładkie i rozgrzane słońcem, żeby się na nie wspiąć, w nim furtka jak drzwi do lodówki i brama do garażu. Ani kawałka cienia, żeby się schować, stojąc pod furtką i dzwoniąc domofonem na próżno, bo nikogo nie ma albo obraz z kamery rejestrującej niezapowiedzianych gości jest niewyraźny, albo właśnie jest zbyt wyraźny, a jej nikt nie zapraszał.
Dziewczyna w żółtych butach skręca w uliczkę po prawej, pnącą się gwałtownie w górę. Podeszwy jej się ślizgają, chociaż odciśnięte w betonowej nawierzchni pierścienie miały dokładnie temu zapobiegać. Szare betonowe ściany zamykają ją w betonowej rynnie, drzewa wyrastają wprost z wyrw w betonie, domy nie mają podwórek, otwierają się wprost na drogę jak pokoje hotelowe na korytarz.
Na samej górze uliczka okazuje się ślepa. Zamyka ją mur, przylegający do ściany ostatniego domu, za murem boisko. Dziewczyna przystaje niepewnie tam, gdzie kończy się wzór z pierścieni i zaczyna skrawek podjazdu. Ostatni dom jest wciśnięty w głąb, częściowo schowany za sąsiednim ogrodzeniem. Jest najbrzydszy w okolicy. Niby góruje, ale jakoś pokracznie. Kleją się kąciki oczu-okien i ma jedną opadającą powiekę.
Dziewczyna w żółtych butach kieruje się do drzwi, żeby zapukać.
Demo, fuinki ga chigau… Podpowiadam jej, że to nie ten. Tak mi się wydaje.
Z domu wychodzi mężczyzna i mówi: pomyłka. Za nim wybiega śmieszny pies. Szczeka na nią. Ona boi się psów i szybko się wycofuje. W takim razie to nie tutaj. Idzie po własnych śladach z powrotem, tylko teraz z góry na dół, i się potyka, nie łamie niczego, ale boli ją kostka i nie przestaje. Musi gdzieś usiąść, więc na ławce w parku, gdzie jest nieco dystopijnie, jakby coś (pewnie tsunami albo katastrofa jądrowa, albo wybuch wulkanu Fuji) zerwało warstwę zieleni i została goła makieta. Z koszyka wyjmuje przekąski.
Minęło około trzydzieści minut wirowania pralki, więc ma jeszcze trochę czasu do zajęcia. Umieszczenie się ciałem w tym miejscu nie przybliżyło jej do niego ani do niczego, za to nazbierała mnóstwo kadrów. Senną atmosferę rozdziera niespodziewanie wesoła melodyjka, oto ulicą przejeżdża obklejony kolorowymi plakatami samochód – zastanawia się, czy śmieciarka, ale nie wie, jak tu mają wyglądać śmieciarki – a głos z głośników tłumaczy, jak poprawnie segregować plastikowe butelki (osobno butelka, osobno nakrętka i etykieta). Twarze na plakatach są wesołe i miłe.
Ma więc w zasadzie tylko dwa zmartwienia: znaleźć ten dom i zdecydować, czy pojechać jutro do Kamakury.
MAŁGORZATA ŻARÓW (ur. 1988) – pisarka, zadebiutowała w 2022 roku powieścią Zaklinanie węży w gorące wieczory, za którą otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia. Mieszka w Warszawie.