Praktyka

Szykuj sanie latem (fragment)

Jędrzej Morawiecki
802 odsłon
Jędrzej Morawiecki, „Szykuj sanie latem”.

 

Fragment pochodzi z książki Szykuj sanie latem. Syberyjski mesjasz i podróż do kresu rosyjskiego snu o zbawieniu. Wydawnictwo Znak Literanova. Premiera 24 września 2025.

NADIEŻDA ACHMATOWA: SIMRUS – SYMULATOR RUSKIEGO MIRU. LEVEL 1

Jesteś emerytką. Mieszkasz na blokowisku w milionowym mieście w azjatyckiej części Rosji. I za dużo ostatnio rozmyślasz. A im więcej myślisz, tym mniej masz nadziei. Trzeba więc te myśli jakoś rozproszyć. Potrzebna ci jakaś rozrywka.

Dziś w mieście zorganizowali etnokoncert. Dostałaś nawet zaproszenie. Na miejscu niby wszystko jak trzeba: jest i kuchnia, i muzyka, dyrektor centrum wita cię serdecznie i nawet Czeczeniec Rusłan rozkłada ramiona na powitanie. Siadacie w fotelach. Zapowiedzi w różnych językach, organizator wymienia poszczególne mniejszości, nawet te „nieprzyjacielskie”: Ukraińców i Polaków. Chodzi o to, by pokazać, jak bardzo SimRus jest kolorowy i jak fajni jesteśmy: wszystkich ochronimy, wszystkich przygarniemy, a jak trzeba, to i wyzwolimy. Początek przedstawienia: muzyka, oklaski, tańce ludowe, wszystko pięknie. Co ciekawe, tańczą na scenie głównie kobiety, mężczyzn jakoś zabrakło. Patrzysz na tę kulturową wielobarwność i myślisz, że tak to właśnie powinno wyglądać.

Za chwilę jednak przypominasz sobie, co z wielobarwnością robią w strefie Specoperacji. Próbujesz nadal patrzeć na scenę, ale widzisz obrazy z wojny. Ciężko jakoś te występy i wojnę poskładać razem w głowie. Mimo to oglądasz dalej i zaczynasz rozumieć, że ukraińskich mężczyzn, tadżyckich mężczyzn ani uzbeckich mężczyzn nie ma na scenie, bo oni właśnie w tym momencie jadą na front. Wysyłają ich na przemiał. A kobiety? Niech sobie na razie pląsają. Kobiety to tylko kobiety. Chociaż ta różnorodność w tańcach, ta nieprzewidywalność w ruchach, te różne języki: w końcu to też ryzykowne. Kto wie, o czym one tak naprawdę między sobą rozmawia ją. A może zastanawiają się właśnie, jak obalić władzę? Nie no, lepiej niech posługują się tą samą mową co my. Mową ruską. Wszyscy powinni mówić tak samo jak w Moskwie.

Rozmyślasz tak sobie, a na scenie zaczyna się taniec czeczeński. Nareszcie są mężczyźni, mnóstwo mężczyzn. Ich taniec jest gorący, niepokorny, oni przecież nigdy nie dali się Rosji do końca złamać. Zaraz po nich wchodzą jednak Kozacy z szablami. Słyszałaś, jak ich zapowiedzieli? Jako obrońców tradycyjnych wartości! Przed kim oni właściwie tych wartości bronią, zastanawiasz się. Przed odmiennym myśleniem, rzecz jasna, odpowiadasz sobie zaraz. Bo odmieńców najlepiej posiekać szabelką. Ech…

No i takie są teraz w Rosji koncerty. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle.

Wracasz do domu i włączasz wiadomości. News numer jeden: „Duma chce uznać autonomiczne organizacje etniczne za agentów zagranicy”.

News numer dwa: „Minister spraw wewnętrznych Kołokolcew wezwał, by donosić na podejrzanych sąsiadów. »Nie bądźcie obojętni. Dzwońcie i raportujcie: mój sąsiad prowadzi się nieodpowiednio. A przecież nie przyleciał z kosmosu«”.

Do tego dwa przykłady czujności obywatelskiej. W Moskwie „pracownica salonu telefonii komórkowej doniosła na klienta, który nie popierał Specoperacji”. Pod Moskwą natomiast „mężczyzna doniósł na policję na żonę, która krytykowała Specoperację. Zeznał, że dama przejawia anty rosyjskie nastroje i nastawia ich dziecko przeciwko władzy”.

Dalej nie dajesz rady, wyłączasz telewizor. Lepiej już odpalić na laptopie turecki serial. Próbujesz oglądać, ale przypo mina ci się inny koncert, sprzed kilku lat, zorganizowany z okazji rocznicy wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Na imprezę przyszli Żydzi, Niemcy, Dagestańczycy. Przyszli rzecz jasna i rosyjscy urzędnicy, którzy nagle zaczęli mówić o neofaszystach w Polsce, tłumaczyli, że wszystkich ich trze ba wybić. Mówili jeszcze, że z naszego Putina to prawdziwy zuch, superbohater, bo właśnie Putin wytłumaczył światu, że wojnę światową rozpętała Polska.

Dobranoc.

Rano znajdujesz w skrzynce na listy gazetę rosyjskich nazi stów. Czytasz do kawy artykuł o tym, że Ukraina jest integralną częścią ZSRR, wara wszystkim od naszych wewnętrznych spraw. To samo dotyczy zresztą państw nadbałtyckich, one wszystkie są nasze. Autorzy tekstu nazywają je zbiorczo Pribałtiką, na radziecką modłę. Tłumaczą, że to i tak jeden obszar, który należy do nas. Nie ma żadnej Litwy, Łotwy ani Estonii, nie ma tam żadnych trzech krajów. Wszystko to taka nasza przystawka, stąd zresztą właśnie przedrostek „pri”. Do jedynego ZSRR należą również Gruzja, Białoruś, Kazachstan. Niestety – wyjaśniają ci w gazecie ze smutkiem – Rosja jest okupowana przez USA —, a nasz lider Władimir Władimirowicz walczy o to, żeby nas spod tej okupacji wyzwolić. Chcąc to zrobić, „musimy nastraszyć USA —, bo Amerykanie nie będą umierać za daleką Gruzję czy Ukrainę. Wycelujmy w nich rakiety jądrowe, niech zacznie się panika, niech masy w USA — zmuszą Waszyngton, by zaniechać pomocy dla Kijowa”. I co dalej? Potem pozostanie nam już tylko „przeprowadzić czystki na terytorium Ukrainy i zlikwidować tych faszystów, którzy nie zdążą uciec”.

Kończysz tekst, dopijasz kawę, wychodzisz znów na klatkę schodową. Zauważasz, że ten sam numer gazety leży w skrzynkach pocztowych w całym bloku.

Jedziesz trolejbusem. Siedzisz tyłem do kierunku jazdy, widzisz wszystkich pasażerów. Niemal same kobiety. W całym pojeździe udaje ci się znaleźć tylko dwóch mężczyzn. No nie, są przecież jeszcze mężczyźni na plakatach, które przyklejono do okien trolejbusu. Każdy ubrany w mundur, każdy bardzo męski. Idź, mężczyzno, idź na front, morduj jak mężczyzna, daj się zabić po męsku. Idź, idź, obiecują solidną zapłatę. Oto i wasze tradycyjne wartości. Oto i wasza szczęśliwa ruska rodzina.

Na jednym z przystanków wsiada trzeci facet. Zuch praw dziwy! Staje zaraz koło ciebie. Po chwili wyciąga smartfon. „Jestem ruski. Słońce patrzy na mnie z nieba”, oznajmia niespodziewanie jego telefon. Po chwili rozumiesz, że mężczyzna ustawił sobie jako dzwonek piosenkę Jestem ruski śpiewaną przez blondwłosego Szamana, młodziutkiego pieszczocha władzy, którego nieżyczliwi krytycy porównują do należącego do Hitlerjugend bohatera filmu Kabaret.

Jestem ruski i idę do końca!
Jestem ruski, płynie we mnie mego ojca krew, he-hej,
Jestem ruski, ależ mam szczęście,
Jestem ruski, wbrew całemu światu!
Oo, ooo-ooo, ooo-ooo, oo-oo,
Jestem ruski,
Oo, ooo-ooo, ooo-ooo, ooo-oo.

Właściciel rozśpiewanego smartfona dostrzega odrazę na twojej twarzy, wysiada za tobą na przystanku, zaczepia, pyta, jak się ten przystanek właściwie nazywa. Dziwne. Nie wie, na jakim wysiadł? Potem mówi, że ma tu spotkanie służbowe. Ale po co ci to w ogóle wiedzieć? Odchodzi w końcu i dopiero wtedy dociera do ciebie, że masz do torebki przy piętą biało-niebiesko-białą Flagę Wolnej Rosji (popularną w czasie protestów przeciw agresji Rosji na Ukrainę, kiedy jakiekolwiek protesty były jeszcze możliwe) i że ruski zuch chciał z powodu tej zakazanej przypinki dokonać obywatelskiego zatrzymania, unieruchomić cię na chodniku do czasu przybycia policji. Z jakiegoś powodu odpuścił.

Zaraz koło przystanku widzisz Kamień Smutku, poświęcony napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku. Podchodzisz. Na pomniku ktoś położył papierowe kwiaty i karteczkę. Treści nie rozumiesz. Coś po polsku chyba… Kiedy czytasz, podbiegają policjanci. Konfiskują bukiet, zabierają karteczkę, biorą cię pod pachy i wrzucają do radiowozu. No więc pojedziesz na posterunek. Może i dalej. Siedzisz sama w samochodzie bez klamek, dwóch młodziutkich policjantów debatuje, piszą coś, dzwonią, nie rozumiesz treści rozmowy. W końcu wypuszczają cię bez żadnego tłumaczenia. „Nie masz, babciu, nic innego do roboty? To nie jest czas na spacerki koło pomników ani czytanie świńskich notatek. Idźże lepiej do domu, załóż kapcie, obejrzyj turecki serial”, rzuca na pożegnanie funkcjonariusz.

Po raz kolejny masz szczęście. Tylko za co właściwie chcieli cię zatrzymać? Co było napisane na tej karteczce?

Wieczorem sąsiadka jak zwykle zaprasza ciebie i twoje go kota na herbatę. Nakładasz sobie właśnie konfitur, gdy ona po raz kolejny zaczyna ci robić wyrzuty, że nie byłaś na wyborach, a skoro nie głosowałaś, to najwyraźniej jesteś wrogiem państwa. Ona sama oczywiście zagłosowała. Na Putina, a na kogo by innego? Wpłaciła też sporą część emerytury na Specoperację. No i co masz jej powiedzieć? Prosisz tylko, żeby przestała oglądać przy tobie telewizję, nie możesz już patrzeć na dyżurnych propagandystów Władimira Sołowjowa i Margaritę Simonjan. A jeśli naprawdę musi coś włączyć, to niech przynajmniej leci kanał Kultura. Mówisz jej to i wychodzisz.

Kolejnego wieczora niezrażona sąsiadka znowu cię do siebie zaprasza. Oczywiście z kotem. Mówi, że obejrzycie razem koncert. Pewnie na kanale Kultura…

Kiedy wchodzisz do jej mieszkania, słyszysz żołnierskie pieśni. Na ekranie artyści przepasani wstęgami Świętego Jerzego, w kolorze stonki, tymi samymi, z którymi rosyjskie wojska wtargnęły do Ukrainy. Przypominasz sobie piosenkę Wysockiego Żołnierze grupy „Centr”:

Żołnierz zawsze zdrów!
Żołnierz zniesie trud!
I pył sypie się spod nóg;
Wydeptanych w marszu dróg.
I nie można się zatrzymać,
Ani zmienić rytmu – nuty;
Jaśnieją nasze lica,
Błyszczą nasze buty!
Spaloną już równiną,
Za metrem, metr…
Idą Ukrainą
Żołnierze grupy „Centr”.

I dalej:

Przed nami wszystko jasne jest.
Za nami płonie świat!
Nie trzeba myśleć, z nami ten,
co całą prawdę zna!

A wreszcie:

Niewiasty jasnowłose
Nagrodą będą nam!
To wszystko nas nie minie,
Lecz teraz w prawo skręt!
Idą po Ukrainie
Żołnierze grupy „Centr”.

Słuchasz pieśni artystów w pasiastych wstęgach i ogarnia cię groza. Wybiegasz od sąsiadki i docierasz na stadion. Robisz kilka okrążeń, żeby się uspokoić.

Kolejnego ranka nie możesz się uwolnić od wspomnienia wczorajszej wizyty. Sąsiadka powtarzała ci ciągle przy herbatce, że na Putina zagłosowało osiemdziesiąt osiem procent Rosjan, że wszyscy są za Putinem, to znaczy: za Państwem. I ona też jest za Państwem, chodzi więc na wybory, a ty nie poszłaś na wybory, jesteś wobec tego przeciwko Państwu, przeciw SimRusowi, jesteś wrogiem, inaczej się tego nazwać nie da. No i co masz z tym zrobić? Wiesz, że wybory są fikcją, wiesz, że w istocie żadnego wyboru nie masz. Mają natomiast jakiś wybór żołnierze, którzy mogliby nie wykonać przestępczego rozkazu (co potem się z nimi stanie, to już inna rzecz). No więc żołnierze to jedno, a z cywilami – jak ty – sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Przedstawia się beznadziejnie. No bo co ma robić obywatel na wyborach? Rozmawiali o tym ostatnio rosyjscy deputowani na emigracyjnym zjeździe w Warszawie. Widziałaś ich obrady od 22 do 25 czerwca 2024 roku dzięki VPN-owi. Delegaci wyliczyli, że w rzeczywistości na Putina zagłosowało trzydzieści procent uczestników sfałszowanych wyborów. Sfabrykowane były również wyniki w roku 2018. A w roku 2012 odbyły się w Rosji ostatnie masowe protesty: właśnie przeciw fałszowaniu wyborów. Putin nigdy nie uczestniczył w debatach ze swoimi rywalami. Nigdy! Putin zawsze był kotem w worku.

No ale z drugiej strony… Cokolwiek by jednak mówić, to nawet jeżeli Putina popiera realnie tylko trzydzieści procent, i tak oznacza to, że co najmniej tylu Rosjan popiera z przekonaniem krwawą wojnę, którą rozpętał przeciwko Ukrainie. Nawet z tym trudno ci się ciągle pogodzić, w końcu to jest twój świat, innego nie masz. A co, jeżeli jest ich więcej? Oficjalnie frekwencja w wyborach wyniosła osiemdziesiąt siedem procent. Czy to znaczy, że dziewięciu na dziesięciu twoich znajomych, sąsiadów, krewnych to mordercy? Żądne krwi ludojady? Jeśli tak jest, to kraj, w którym żyjesz, stanowi rzeczywiście śmiertelne zagrożenie dla reszty świata. Jeżeli tak jest, to trzeba Rosję szczelnie odgrodzić od tego, co na zewnątrz, izolować ją, by ludzkość przetrwała. No ale nie, to przecież niemożliwe. Te liczby muszą być napompowane, musi być jakaś nadzieja, na pewno da się to kiedyś jakoś odkręcić.

Karmisz kota, zamykasz mieszkanie i idziesz do Sberbanku. Sąsiadka wpłaca na Specoperację, a ty robisz w kasie przelew na sfinansowanie adwokata dla swojego znajomego Leonida Rybakowa, którego oskarżono o dyskredytację armii. Zobacz, nikt cię za to nie aresztował! Nie doniósł, nie spojrzał krzywo! Nawet pomogli ci wypełnić wniosek. No więc musi być jakaś nadzieja. Po prostu musi, powtarzasz sobie.


Jędrzej Morawiecki – reporter, rusycysta i znawca Rosji. Doktor literaturoznawstwa oraz socjologii, doktor habilitowany nauk o kulturze i religii, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor kilkunastu reportaży i książek naukowych. Szykuj sanie latem to opowieść o wspólnocie, która miała być duchową alternatywą dla putinowskiej Rosji, a stała się jej lustrzanym odbiciem. To również wnikliwy portret kraju, w którym nadzieja na zmianę jest brutalnie tłumiona zniewoleniem.