Praktyka

Transparentnie

Wojciech Tochman
362 odsłon
Wojciech Tochman. fot. Rafał Komorowski / WDL

To było w Nepalu. Trekking w stronę śnieżnej góry. Ale po drodze jeszcze ciepło, zieleniły się nieduże pola, uprawiali je jacyś biedni ludzie, nic o nich nie wiedzieliśmy, o nic ich nie pytaliśmy, skoro zwykle nie podnosili na nas spojrzenia. Nie byli nas ciekawi?

Wąska skalista ścieżka to dotykała rwącej rzeki, to cięła stromo zbocze, by gdzieś wyżej osiągnąć przyjemny dla mięśni kawałek płaskiego, na moment, bo zaraz znowu schodziła w dół do bystrego koryta, znowu pięła się pod górę, to lewym, to prawym brzegiem, przez wiszące wysoko nad wodą stalowe ażurowe kładki, długie i na dwieście metrów, zbudowane przez park narodowy dla takich jak my. Ale i dla mieszkańców, dla ich mułów, które oprócz ludzkich pleców, są tu jedynym środkiem transportu. Do domostw (mniej) i schronisk (więcej) muły dźwigają odzież, jedzenie, proszek do prania, generatory prądu, telewizory, blachę, cement i ropę w kanistrach. Z miejsca, gdzie dojeżdżają samochody, do najwyższej wsi – tydzień wędrówki. Musieliśmy się z mułami, zbitymi w kolumny, co jakiś czas mijać. Każdy miał u szyi dzwonek, więc zwykle w porę ostrzeżeni zdążyliśmy przykleić się do jakiejś skały, uczepić jakiegoś krzaczka. Pamiętam muła, który stał samotnie na szerszym wypłaszczeniu, bez żadnego ruchu, odgłosu, skargi. I bez ładunku, widać właściciel chwilę temu uwolnił go od ciężaru i niepotrzebnego porzucił. Z tamtego trekkingu, a trochę lat minęło, pamiętam oczy umierającego muła.

I oczy dziewczynek, już z innego powodu, z innego miejsca i dnia naszej wędrówki. Dwie maszerowały pod górę, zajęte sobą, rozgadane, ubrane w długie granatowe spódnice, białe bluzki, uczesane w dwa symetrycznie uplecione czarne warkocze. Na plecach tornistry. Po dziesięć lat, nie więcej. Wyprzedziliśmy je chwilę przed jedną z tych długich ażurowych kładek. Nie zauważyły nas?

Zauważyła je ciekawa świata koleżanka, prawniczka z warszawskiej korporacji, kazała nam przyspieszyć, szybko zejść z rozbujanego naszym tempem mostu, stanąć za sobą i się nie ruszać, stanęliśmy posłusznie, jak jakieś barany, ona wyjęła z plecaka aparat, sprawnie dopięła do niego długą lufę, zdążyła, bo dziewczynki właśnie weszły na kładkę, od razu spostrzegły patrzące na nie z daleka szklane oko, zamilkły, szły ku nam z podniesionymi głowami, pstryk, pstryk, sekunda po sekundzie, rytmiczny dźwięk migawki pewnie już do ich uszu dotarł, seria z karabinu maszynowego, zaczęły więc biec w naszą stronę, głowy nadal wysoko podniesione, spojrzenia dorosłe, surowe, na twarzy fotografki szeroki biały uśmiech, piękny jej się wydawał ten pęd brązowych dzieci na rozszalałym moście, tyle energii na tle śniegu w górze kadru i soczystej zieleni niżej, cykała zdjęcia dalej, jedno po drugim, dziewczynki prawie na fotografkę wpadły, wyglądało to dosyć brutalnie, kiedy tak z  brawurą zeskoczyły z wąskiej kładki, ledwo unikając zderzenia, bez słowa, uśmiechu, oglądania za siebie. Pobiegły naprzód. Było popołudnie, zajebiście, powiedziała prawniczka, super światło, złota godzina.

Jakiś czas temu (2017/2018) mieszkałem w Phnom Penh. Stolica Kambodży jest zatłoczona, śmierdząca od spalin, głośna i trudna do codziennego życia. Także dlatego, że na każdym kroku, w centrum niemal przy każdej ulicy, trwała wtedy budowa. Stawiano wysokie biurowce i wysokie hotele. Pewnie dalej je tam stawiają. To zwykle inwestycje chińskie, japońskie, koreańskie. Każdą budowę poprzedza korupcja lokalnych władz i rozbiórka domów, w których mieszkali biedacy. Takich się łatwo wysiedla, wyrzuca na przedmieścia, do sądu tacy nie pójdą, zresztą niczego by tam nie wygrali, nic tu przecież do nich nie należy. Tylko śmieci. Najczęściej kolekcjonują je najmłodsi wśród nędzarzy. Dzieci mieszkają na ulicy, chude, brudne, obdarte, wyciągają do turystów ręce. Turyści dają im po dolarze, po czym je fotografują. Albo i bez dolara cykają, bez pytania. Dzieci zazdrośnie patrzą na iphony trzymane w białych rękach. Brązowe dzieci – trofea z wakacji.

Hotele rosną szybko i wysoko. Turyści lubią patrzeć na miasto z góry, wieczorem usiąść na dachu, w barze zamówić cuba libre, każdy dobry hotel taki rooftop ma. Przed każdym placem budowy przy bramie wjazdowej wielka tablica: „po pierwsze bezpieczeństwo!”. Albo: „dbaj o bezpieczeństwo!”. Za bramą robota wre. Wtedy – po pięć dolarów za godzinę pracy niewykwalifikowanego robotnika. Nie sądzę, by dzisiaj było inaczej. Malowanie, sprzątanie, dźwiganie, na przykład cegieł wypalanych przez dzieci w podmiejskich cegielniach (byłem w nich, widziałem). Coraz wyżej i wyżej, już piąte piętro, dwunaste, dwudzieste, zawsze bez kasku, w klapkach, bez ubezpieczenia. Od siódmej rano do jedenastej, potem jest tak gorąco, że nawet robotnik musi odpocząć, ale nie za długo, bo od pierwszej do piątej znowu zapieprza. I robi się ciemno. Spanie w zbiorowych namiotach rozłożonych w przyszłych pokojach, apartamentach, łazienkach, siłowniach, restauracjach na dachu. Zdarzają się wypadki. To znaczy wypadki na budowach są częste. To znaczy codziennie. Skaleczenia, stłuczenia, złamania, różnie bywa, upadek z wysokości, uderzenie stalową belką, porażenie prądem, śmierć na miejscu. Albo kalectwo, na przykład amputacja nogi. W Takeo, mieście odległym od stolicy o trzy godziny drogi, robią dla takich protezy. Każda proteza to kawałek odlanego w formie plastiku, wypalonego w piecu, pomalowanego na kolor kawy z mlekiem, przymocowanego do kikuta parcianymi paskami, dopasowanego śrubokrętem, piłą i młotkiem. Wiem, bo byłem w tej fabryce kończyn, rozmawiałem tam z budowniczymi stołecznych hoteli. Wolałabym, powiedziała do jednego z nich matka, kiedy go zobaczyła bez nogi, żebyś synu umarł.

Do Hanoi zaglądam zwykle na kilka dni, łomotu tutejszej ulicy dłużej wytrzymać nie umiem, zaraz chcę stąd uciekać i zaraz wracać. Kiedyś tak gdzieś napisałem. I dodałem, że ma to wibrujące miasto nieodgadniony powab i wiele pochowanych twarzy. To na pewno jest racja, ale raczej banał, bo każde wielkie miasto wibruje i ma swoje sekrety. Bywają turyści, którzy lubią ich poszukać, odkryć je, jakoś z nich po swojemu skorzystać, na przykład kręcą ich dzielnice z tanim seksem albo dzielnice nędzy, zwykle nie bardzo bezpieczne, ale przez to ekscytujące i wdzięczne do fotografowania. Pracowałem kiedyś w takim sąsiedztwie – akurat nie w Wietnamie, lecz w Manili na Filipinach, przyglądałem się tam seksturystyce i biedaturystyce, można się z tym zjawiskiem spotkać i w Indiach, wynająć przewodnika po slumsach, i w południowej Afryce, i południowej Ameryce. Ale wróćmy do tematu, czyli do Hanoi. Miałem na myśli twarze transparentne. Twarze i oczy kobiet, w które turyści odwiedzający wietnamską stolicę patrzą, ale ich nie widzą.

Kobiety zaczynają krążyć pod pierwszymi przęsłami mostu Long Biên o trzeciej nad ranem. Trzymają się za pazuchy, bo w mroku pełno złodziei mających kobiecą udrękę za nic. Liche żarówki oświetlają tony owoców. Kobiety biorą pomarańcze w dłonie, badają ich twardość, dojrzałość. I świeżość kwiatów, bo także kwiatami handlują. Średnia wieku ulicznych handlarek – trzydzieści pięć lat. Bywają starsze i o drugie tyle. Kim one są? Czy takie pytanie zadaje sobie turysta? Szuka odpowiedzi?

Jestem reporterem, więc sprawdziłem: to chłopki, które za wcześnie porzuciły szkoły, z poharatanymi kręgosłupami, opuchniętymi nogami, spojrzeniami zmąconymi słońcem. Ruszają w miasto przed świtem, ich cienie codziennie krążą tymi samymi drogami, między nocnym podmościem a południowym światłem ulicy, tysiące kilometrów przedreptanych z nosidłami na ramionach: dwa kosze w kształcie wielkich talerzy, zawieszone na długich linkach, prawie dotykają jezdni.

Turysto, kup!

Kobiety dźwigają po kilkadziesiąt kilo – owoce, kwiaty, ciastka, papierosy, wycinane pocztówki, plastikowe pudełka, wszystko, co tylko kupią turyści. Po dzielnicy pełnej cudzoziemców krążą setki handlarek, raz idzie lepiej, raz gorzej, towaru w koszach ubywa, a im bliżej wieczoru, tym nosidło wydaje się cięższe, jeszcze chwila, jeszcze może uda się butelkę wody sprzedać, kawałek arbuza, wszystko najlepiej upłynnić do spodu, by zarobić dwa dolary, rzadko cztery, za cały dzień krążenia.

Powrót do zatłoczonego pokoju: obcy pot, obce matczyne łzy. Handlarki jedzą raz dziennie, zwykle wieczorem. Ryż, dużo ryżu, by mieć energię na pobudkę o drugiej. I by nie wydać więcej niż pół dolara na dobę.

Ich mężowie zostali na wsi, ojcowie ich dzieci, uprawiają pole, hodują świnie. Dzieci są pilnowane przez babki. Zbolałe matki reperują domowy budżet, krążą między wsią a miastem, niestrudzone migrantki, kilka dni w domu, kilka dni w mieście, żadnej chwili dla siebie, w ciąży pracują, jak długo się da, w słońcu i w ulewie, rodzą i po dwóch tygodniach wstają zarabiać. Mężowie chorują: wątroby, żołądki, serca, sporo wydatków na szpital, a i tak umierają. Albo giną w wypadkach na motocyklach. Pogrzeb – droga ceremonia. Wdowa musi zaprosić całą wieś.

Kto nie umiera, ten bierze ślub, rodzi dzieci, znowu ceremonie, znowu kasa ucieka. Zawsze trzeba jakąś imprezę szykować albo na czyjąś iść, zawsze z kopertą. Im krewny bliższy, tym koperta musi być grubsza. Trzeba przyjść (przyjechać choćby z Hanoi!) pomóc matce, siostrze, ciotce, sąsiadce. Gotować, podawać, zmywać, obsługiwać mężczyzn, pójść w pole, ryż posadzić, zebrać. I wracać na brudne stołeczne ulice, stare klapki na stopach, słomiane nón lá na głowie. Żadna hanojka tak się nie ubierze. Na pewno wejdą wam w drogę, kiedy wpadniecie do Hanoi. Te kobiety. Już wiecie, przynajmniej z grubsza, kim są.


fot. Rafał komorowski / WDL

Wojciech Tochman (ur. 1969) – jeden z najważniejszych polskich reporterów i autorów literatury faktu. Jego książki, wśród nich m.in. Schodów się nie pali, Jakbyś kamień jadła, Dzisiaj narysujemy śmierć, Wściekły pies i Pianie kogutów, płacz psów wywołują ożywione dyskusje i niemal natychmiast wchodzą do kanonu polskiego reportażu. Dwukrotny finalista Nagrody Nike oraz Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Laureat Premio Kapuściński przyznawanej w Rzymie oraz „Pióra Nadziei” – wyróżnienia Amnesty International. Utwory Tochmana zdobyły uznanie za granicą i doczekały się przekładów na kilkanaście języków. Jego książka Historia na śmierć i życie ukazała się w czerwcu 2023 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego.