Teoria

Aglomeracja inne niż wszystkie

Waldek Mazur
253 odsłon
Zbigniew Rokita, Aglo. Banką po Śląsku (Znak Literanova, Kraków 2025)

Zbigniew Rokita, Aglo. Banką po Śląsku (Znak Literanova, Kraków 2025)

Futbol jest dla Zbigniewa Rokity ważny. Dowiadujemy się o tym za sprawą jego pisarstwa, ale też z aktywności w mediach społecznościowych czy występów podczas spotkań autorskich. Kibicuje Piastowi Gliwice – w końcu to klub z jego rodzinnego miasta – ale też Baníkowi Ostrawa (co już tak oczywiste nie jest), a jego piłkarskim idolem (niejedynym) jest czeski piłkarz Milan Baroš, symbol wspomnianej ekipy z Ostrawy. Jeździ Rokita na mecze (czasami nawet dwa jednego dnia), wreszcie patrzy na przestrzeń miejską przez pryzmat futbolu, wypatrując klubowych oznaczeń na murach kamienic czy w środkach komunikacji zbiorowej. Zwraca uwagę na to, kto w jakiej koszulce wsiada do tramwaju. I ma czemu się przyglądać – w tej materii różnorodność górnośląska nie ma sobie równych w całej Polsce, a i w Europie znajdziemy niewiele miejsc, gdzie zagęszczenie piłkarskich marek na stosunkowo niewielkim obszarze może być porównywalne.

Zacząłem od futbolu, bo kiedy pisze się o Aglo. Banką po Śląsku, piłkarskie analogie nasuwają się same. W zasadzie są dwie. Pierwsza taka, że Zbigniew Rokita jest jak ten zawodnik, co spróbował wojaży zagranicznych (za takie uznajmy wędrówki po ziemiach odzyskanych w Odrzanii), a teraz wraca na stare śmieci, tam gdzie piłkarsko/pisarsko czuje się najlepiej. Nie jest to jednak porównanie do końca trafione. Rokita od pisania o Śląsku nie zaczynał (Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium traktowała przecież o dawnych republikach radzieckich), ponadto ten piłkarski scenariusz sugeruje, że albo z wojaży po Odrzanii wrócił na tarczy, albo jest w schyłkowym momencie swojej kariery i niczym piłkarz, który osiągnął już wszystko, postanowił dograć ostatnie sezony w klubie, któremu kibicował od dzieciaka. Co się nie zgadza? Odrzania. Podróż po Ziemiach Odzyskanych co prawda nie powtórzyła sukcesu książki Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku (m.in. podwójna Nagroda Literacka Nike i liczne nominacje), a spotkania towarzyszące premierze sam autor uważa za jedne z bardziej wymagających – ale ten włóczęgowski poemat reporterski (tak rzecz reklamował wydawca) za książkę nieudaną uznany zostać nie może. To z całą pewnością nie jest przypadek polskiego piłkarza, który miał zawojować Bundesligę czy inną Premier League, lecz treningi okazały się zbyt intensywne, konkurencja za duża, do tego trener go nie lubił. Odrzania dowiozła do końcowego gwizdka, nawet jeśli mecz miał słabsze momenty. Czyli koniec kariery i zjazd do bazy? A gdzie tam. Wciąż jeszcze na boiskach piłkarskich można spotkać osoby w wieku pisarza czy starsze – tym bardziej w świecie literackim człowiek przed czterdziestką to wciąż kadra młodzieżowa.

Dlatego skłaniam się ku piłkarskiej analogii numer dwa: Rokita gra systemem ligowym – mecz u siebie, mecz na wyjeździe. Próbka mała, bo na ten moment tylko cztery książki, ale pasuje: wyjazd (nie Śląsk) – dom (Śląsk) – wyjazd (nie Śląsk) – dom (Śląsk). Bawię się tymi porównaniami piłkarskimi, ale też piszę życzeniowo. Jako czytelnik bardzo chciałbym, by pisarz Rokita na Górny Śląsk zabierał mnie możliwie jak najczęściej. Dlaczego? O tym dalej.

Nie trzeba być rodowitym Ślązakiem, by szybko zrozumieć, że tytułowe Aglo jest konceptem. Najnowsza książka Rokity, podobnie jak wyróżniony w 2021 Nagrodą Nike Kajś, pełni funkcję mitotwórczą. Autor – śląski patriota, a niekiedy i nacjonalista, jak sam siebie nazywa – kreśli przed nami wizję krainy nie tyle wymyślonej, nie tyle nawet wymarzonej, ile dopiero powstającej. Rokita nie może być (i nie jest) pewny końcowego sukcesu, ale zdaje się mieć całkiem konkretny plan na to, w którą stronę zmiany iść powinny, jak te wszystkie planety rozproszonej śląskiej galaktyki należałoby połączyć. Kto wie, czy z opowieści o Ziemiach Odzyskanych nie wyciągnął lekcji, którą przeniósł na pisarską metodę widoczną w Aglo.

Tramwaj, tytułowa banka, nie jest łącznikiem dla całej Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Pisarz, który w poprzedniej książce postanowił znaleźć wspólny mianownik dla Wrocławia, Zielonej Góry, Szczecina czy Olsztyna, teraz, choć opowiada o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości krainy kilkukrotnie mniejszej, jeszcze mocniej ogranicza zasięg swojego działania: zabiera nas w podróż tramwajem, którego trasa liczy raptem nieco ponad dwadzieścia kilometrów (dla porównania: dystans na Odrze pomiędzy Wrocławiem a Szczecinem to kilometrów niespełna pięćset dwadzieścia). Ale nawet jeśli Aglo jest wycinkiem, krainą mająca dopiero się rozrastać, to daje materiał pisarski na pełnoprawną książkę.

W tym miejscu warto wspomnieć, że z trasy tramwajowej siódemki raz zbaczamy, i to bardzo mocno. Zabiera nas bowiem Rokita pod Opole, do profesor Joanny Rostropowicz. Z geograficznego punktu widzenia – a konstrukcja książki na takim patrzeniu na mapę trasy banki się opiera – jest to zjazd nieuzasadniony. Ale szczerość bohaterki, jej historia Ślązaczki wyrzuconej z domu przez Polaków chwilę po II wojnie światowej, takie odstępstwo usprawiedliwia. Głos świadkini tamtych czasów jest nie do przecenienia – uzupełnia również inne zawarte w książce opowieści, filozoficzne spostrzeżenia autora, które mają nam koncept śląskości – jej zaczepienia gdzieś pomiędzy polskością i niemieckością, trudnych relacji i animozji – możliwie najdokładniej objaśniać.

Konstrukcyjnie Aglo wychodzi czytelnikowi/czytelniczce naprzeciw. Są momenty gęste, tematy trudne (może nawet dla niektórych nieprzyjemne), przeplatają się jednak z rzeczami lżejszymi. Doceniam, że Rokita, pisząc o historii, nie stawia Ślązaków wyłącznie w roli ofiar i bohaterów, tych, którym należy tylko współczuć i kibicować. Wspomniałem o funkcji mitotwórczej książki – mam podejrzenie, że autor, w końcu reporter zajmujący się chociażby Europą Wschodnią, patrzący na losy narodów dźwigających się spod sowieckiego jarzma, narodów często młodych i niedookreślonych, konstruuje swoją opowieść tak, by pokazać, że pewnych błędów Ślązacy mogą uniknąć. Wspomina denazyfikację – proces w zasadzie niedokończony, przywołuje śląską odpowiedzialność za nazizm, ale równoważy to krzywdami, jakie jego krajan spotkały, również ze strony Polski. Pracuje pisarsko na kilku rejestrach: nie boi się wchodzić na te bardzo wysokie, górnolotne (pojawiają się tony konfesyjne), by za chwilę snuć anegdoty zasłyszane w barze czy rozpływać się nad talentem piłkarskim Lukasa Podolskiego.

Urzekły mnie wstawki teatralne, fragmenty dramatów (Rokita jest także dramatopisarzem), stanowiące tu przerywniki do tradycyjnej prozatorskiej narracji. Dają oddech, ale też pozwalają przyjrzeć się językowi śląskiemu, o którym w Aglo pisze się sporo, a którego jednocześnie bardzo by brakowało, gdyby nie ten międzygatunkowy zabieg literacki. Podobnie wpuszczają powietrze krótkie rozdziały traktujące o tramwajach, częstujące nas anegdotami wszelakiego autoramentu. W recenzji zamieszczonej w „Dwutygodniku” Marta Tomczok czyni z tego konstrukcyjnego zabiegu zarzut:

Jeśli coś mi w tej opowieści zgrzyta, to […] jej zmienność, skrótowość i szybkie pisarskie cięcia, których ślady widać nie tylko w opisach tramwajowych przystanków, ale też w opowieści, która przeskakuje z miejsca na miejsce i nigdzie nie zatrzymuje się na dłużej. [1]

Ja mam zupełnie odwrotnie. Ale – inaczej niż dla autorki cytowanego tekstu – Śląsk jest dla mnie krainą nieznaną, pełną zachwytów, którą odkrywam z rozdziawioną gębą, może też dość naiwnie. Nie miałem momentów niedosytu, bo zanim ten mógł się pojawić, gdy wspomniany przystanek był zbyt krótki, za oknem banki malował mi już Rokita inny ciekawy pejzaż.

I tu pojawia się temat, który można by długo rozwijać, mianowicie pisarskich strategii Rokity. Kim w jego głowie jest potencjalny czytelnik czy czytelniczka? A może w ogóle nie ma go i nie było? Ja kupuję tę książkę jako traktat na dwa głosy – pierwszym mówi autor do swoich (Ślązaków), drugim do reszty (czyli między innymi mnie). Raz ja ich, Ślązaków, podsłuchuję, potem słucham, co oni mają mi do powiedzenia. I w tej konstrukcji jako czytelnik czułem się komfortowo. Gdy sięgnąłem po zamieszczony w „Dwutygodniku” tekst o Aglo napisany przez osobę ze Śląska, przyznam: lekturze towarzyszył pewien niepokój. Zupełnie bez sensu – w końcu sami Ślązacy mogą swoich śląskich planet mieć wiele. I każda może być tak samo prawdziwa.

Nie mam wrażenia, że za sprawą Aglo mój głód Górnego Śląska został zaspokojony. Wręcz przeciwnie. Książka tylko rozbudziła apetyt i czekam na kolejne dania. Nie będę ukrywał: ucieszę się, jeśli będzie je serwował Zbigniew Rokita.


[1] M. Tomczok, Banką do bramki, „Dwutygodnik” 2025, nr 421, [dostęp: 6.10.2025].