Teoria

Człowiek w bramie

Janusz Rudnicki
459 odsłon
Ilustracja do recenzji Dorota Karaś „Cybulski. Podwójne salto”

Dorota Karaś Cybulski. Podwójne salto, (wydanie drugie), Wydawnictwo Znak, Kraków 2025

Warszawa miasto otwarte, świąteczno-noworoczny Diabelski Młyn pod PKiN. Obracam się w morzu świateł, nade mną Warso Tower, samotny, bo strzelisty maszt stolicy. W wagonikach młyna ludzie pokazują sobie nawzajem to, co widzą na dole, bez tego dzielenia się pół tylko z całej frajdy, a w moim? Pada nagle nazwisko Jaruzelski, ni stąd ni zowąd, w takim akurat ambiente, na tym Młynie, w tym akurat czasie. Ona i on, ona pyta: wiedziałeś, że rodzina Cybulskich była tak blisko spokrewniona z Jaruzelskimi? Nie wiedział, ona też nie, ja też nie. Czytali biografię Cybulskiego, potem powtarzają się słowa „jego tyłek”, „jego nogi”. Jestem zaintrygowany, mam to Podwójne salto, wiedziałem, że sięgnę, ciągnie mnie do tego PRL-u jak starego wilka do starego lasu, ale zwlekałem. No bo wiem przecież, Maciek we własnych swoich ciuchach, palący się spirytus, plamy krwi na prześcieradle. Żona, syn, Marlena Dietrich, kochanki i dworzec we Wrocławiu. I o tym znowu, kiedy akurat zielono mi, choinkowo? Zaczynam z ociąganiem, szybko ono jednak przechodzi.

No tak, nazwisko rodowe jego matki to Jaruzelska. Z Wojciechem mieli tego samego dziadka, wynika, że był on, Wojciech, dyktator nasz, wujkiem czy tam kuzynem naszego Zbigniewa, ale ten nigdy nie prosił generała o pomoc.

Gdyby Ewa Jaruzelska została po ślubie przy swoim nazwisku, to jej syn grający Maćka Chełmickiego nazywałby się Zbigniew Jaruzelski. A film „Popiół i diament” po latach zyskałby tym samym dodatkowy wymiar, ile zygzaków mają te polski drogi.

Nie wiedziałem, że to chłopak z Żoliborza. Przed wojną z rodzicami i młodszym bratem Antonim mieszka w „Białym domu”, tak mieszkańcy dzielnicy nazywają ich kamienicę, są więc jakby dzieci pary prezydenckiej. A wkrótce, w czasie wojny, jak sieroty, dosłownie, ojcu udaje się uciec za granicę, matka dostaje się do niewoli sowieckiej. I stają się szczurami Żoliborza, buszowanie po śmietnikach, szukanie resztek jedzenia, jeśli nic nie ma, to są kwiaty, myją je, potem tylko owinąć w papier i jak na dzieci wojny przystało sprzedać przechodniom. A jeśli nie ma ani resztek ani kwiatów to na wieś, tam łatwiej. Puchną z głodu, mają szkorbut no i te zęby, Antoni: „… tak latały, że można było grać na nich jak na fortepianie”. No i wreszcie jasny powód dla ciemnych okularów, nosili je po wojnie obydwaj, to nie jakaś tam poza, to „z kurzej ślepoty, niedoboru witamin”.

Po wojnie rodzice wracają, całą rodziną mieszkają w Katowicach, Zbigniew opuszcza dom, bo szkoła, bo harcerstwo. Mama prosi go o paczki z brudną bielizną, wypierze i odeśle mu czystą, niech pakuje do tej samej, którą wysyła ona, dzięki temu będzie miała w co pakować następne. Historia jednej paczki, która krąży między Dzierżoniowem a Katowicami (220 km) z brudną bielizną ikony kina Polska, a z powrotem z czystą. Wzruszające.

No jest ten tyłek i krótkie nogi. Na nartach na przykład, Kobiela jeździł świetnie, klasycznie, on „tak jakby siedział”. Na basenie przeważnie w szlafroku, żeby nie było widać, że figurę ma jak „worek kartofli”. Jeśli byłby na plaży bez jakiegoś zakrycia, zakopałby się po pas. Łatwo go nabrać, wszystko prawie bierze poważnie, więc ciągle go nabierają, dają mu na przykład rysunek specjalnych szelek, ponosi je i ułomność zniknie no i on wierzy, zamawia u rymarza i je nosi, tak długo, aż mu powiedzą, że to był żart. Zadowolony jest za to z szerokiego swego torsu i białych zębów, przed lustrem ćwiczy szeroki uśmiech. Na tych nartach, w tym szlafroku, przed tym lustrem i w tych szelkach go lubię, taki nie całkiem wydarzony, przeczulony, potem, im później tym coraz mniej.

Jego natręctwa. Krąży wokół skrzynki przed wrzuceniem listu. Szura nogami „jakby chciał zatrzeć ślady albo zgasić niedopałek papierosa”. Jeśli jakiś papierek na ulicy, to podnosi, raz znajduje drobne, nie wie, że te podrzucił mu Kobiela. Zanim wyjdzie skądś gdzie był, kontroluje, czy czegoś nie zostawił, zagląda wszędzie, pod stół, krzesła, pod dywan, pościel. Na jednym z przyjęć sprawdza dywan z nosem przy ziemi, grubymi nićmi szyte. Myślę, że grał, chciał intrygować, uwagę na siebie wyłącznie kierować. Schodzą na przykład w grupie po schodach, on jeden zjeżdża po poręczy, wchodzą, on się po schodach czołga do góry. Zapędziłem się, liczy każdy stopień na głos, okropnie to natrętne.

Jego dziwactwa. Wierzy w duchy, boi się ich. Kiedy odtrąca go dziewczyna i zaręcza się z innym, wzywa rywala na pojedynek. Jako wygłup dobre, ale to było na serio. No i męczy go popularność, ale próżnym być nie przestaje, obraża się, kiedy taksówkarz nie wie, kogo wiezie.

Jego wiara. Tak, nie dość, że wierzący to jeszcze praktykujący. Modlił się przy łóżku klęcząc, zdarzało mu się przy tym zasypiać. Nęci mnie ten obraz, podaję do AI: „Wygeneruj, aktor Zbigniew Cybulski, klęczy przy łóżku, łokcie na kołdrze, dłonie splecione, wygląda, jakby zasnął w trakcie modlitwy”, oto efekt.

Do matki potrafił napisać: „Tatuśka miliony razy całuję i opiece Matki Boskiej Nieustającej Pomocy polecam”. Okazyjna ta żarliwość na szczęście, katolik z niego był jak każdy katolik do dziś, pobieżny, gdyby znali oni wszystkie idiotyzmy w postaci dogmatów, nie uwierzyliby w co wierzą.

Jego miłość. Dozgonna, sześć liter, pierwsza „P” ostatnia „a”. Dwa hasła wyrzucał z siebie na przemian: „Niech żyje polska krew!”, tu szeroki jego uśmiech (ten sprzed lustra) i „Bracie, bądź Polakiem”. O tym zgrabnie Kazimierz: „Miał «nadczynność» ideową i był bardzo sentymentalny, w tym głównie na punkcie Polski. Polska była dla niego jakąś supermatką, a «honor Polaka» – to był jego konik”. W komentarzach Kutz jest niezawodny, tu na przykład też: „Na mnie robił zawsze wrażenie zbiega. Zbyszek chował się między ludzi jak w lesie między drzewami, oni byli mu potrzebni”.

Po premierze „Popiołu i diamentu” PRL zamienił się w Polskę Rzeczpospolitą Cybulską. Jerzy Andrzejewski: „Szedł Cybulski ulicą i już dwóch, trzech innych Cybulskich wychodziło mu naprzeciw, czwarty niespokojnym krokiem Cybulskiego przebiegał jezdnię w niedozwolonym miejscu, piąty Cybulski (…) Wszyscy w dżinsach, grubych swetrach, przyciemnionych okularach, ruchliwi, taneczni i niespokojni, bruneci, blondyni, rudzielce, lecz koniecznie z włosami w nieładzie zsuniętymi na czoło”.

Im wyżej zajdziesz, tym boleśniej będziesz spadał, mówią alpiniści. Zaczyna się równia pochyła, gra w teatrach tu i tam, ale nie chce, teatr go nuży, chce do filmu. Wielu ludzi kina, teatru nie uważa go za aktora, a za amatora bez dykcji, który nie wie nawet, jak akcentować słowo „liryka”. Epatującego grą na jednej nucie, którą był on sam. Reżyserzy nie mają dla niego żadnych większych ról, gra drugoplanowe, na plan spóźnia się notorycznie, zasypia gdzie popadnie, zionie od niego wódą, ma problemy z opanowaniem tekstu na pamięć.

Księstwo warszawskie, tak Cybulski nazywa salon filmowców w stolicy. Pogardliwie, ma się rozumieć, gardzi nim, sam czuje się jako jedyny prawdziwek, po pijanemu wszystkim wymyśla od mieszczan. Staje się namolny, towarzysko coraz bardziej kłopotliwy, trudno słuchać jego pijackich tyrad raz o wszystkim, raz o niczym. Coraz bardziej krzykliwy, agresywny, jego dobrzy znajomi unikają go, był „persona”, doszło mu „non grata”.

Kręci film w Szwecji, nareszcie jakaś rola, na przyjęciu w domu reżysera wyzywa wszystkich gości od pedantów i nazistów, krzyczy „Arbeit macht frei!” i tłucze kieliszki, innym razem wylewa kawę na elegancką kobietę, po czym zamawia znowu kawę i, o fantazjo ułańska, wylewa ją na swój smoking.

Prosi nawet o role drugoplanowe, w końcu przydarza mu się „Salto”. Na planie między Cybulskim a Konwickim stany zapalne. Ten drugi dla tego pierwszego to książę z „księstwa warszawskiego”. Ten pierwszy dla drugiego to „primadonna, pieszczoch, zagęszczona do niemożliwości materia człowiecza na chwilę przed wielkim wybuchem, niezmordowany łgarz, starzejące się dziecko, upadły święty, Polak na delegacji służbowej”. I te jego ciągłe spóźnienia, woń alkoholu na planie i granie wtedy jak „noga stołowa”. I jeszcze czasami ta jego nieznośna minoderia.

W brodę sobie pluję za to, że dałem namówić się na ponowne obejrzenie „Salta” po latach, i to komu namówić? Sobie samemu. Cybulski mówi w pewnym momencie: „Zabijcie mnie, żebym siebie i was nie męczył”. Młodzi dzisiaj, jeśli ich zmusić do tego filmu, powiedzieliby w tym momencie „a chętnie”. To jakiś teatr żywych kukiełek, które nie grają, a podają sobie kwestie. A wszystko tak niezdarne, że powstaje efekt niezamierzonego komizmu. No i ten taniec ich wszystkich pod koniec, coś tak pretensjonalnego, że po plecach idą ciarki żenady.

W restauracji SPATIF często siedzi sam. Zagaduje znajomych: „Nie masz jakiejś roboty w telewizji? Może być najmniejsze gówno. Aby tylko zatłuc złe myśli! Ciężko żyć, starenia… Nikt mnie nie chce! Nikt! I czasami modlę się, aby się już ta męka skończyła”. Ten Diabelski Młyn mi się przypomniał. Nazwa z folkloru, jakżeby inaczej, chodziło o diabła, który zbudował go, żeby mielić ludzi. Tak musiał się czuć, jak zmielony.

Z Kobielą prawie się nie widują, „Bobek” dużo gra w filmach i teatrach, ożenił się, jeździ po świecie, nie ma dla niego czasu. Poza tym Cybulski uważa go kogoś, kto sprzedał się „księstwu warszawskiemu”, a więc zdradził go.

Ginie wiadomo jak, Wrocław, peron 3, ósmy stycznia 1967. Około miesiąca wcześniej, aktor Władysław Kowalski widzi go samego w bramie na Nowym Świecie, podchodzi, proponuje kawiarnię, Cybulski nie chce, woli w bramie. Ulica, więcej osób go widzi, może sprawdzić swoją popularność. Stoją, rozmawiają trochę tylko we dwójkę, nikt nie podchodzi. Wzlot i upadek aktora, który stał się własną karykaturą. Biografia Doroty Karaś jest przygnębiająca.

Z martwych wstać chciał wcześniej, ale udało mu się to dopiero po śmierci. Z martwych wstał jako ikona. Dwa pogrzeby mieć będzie w Katowicach, kościelny i świecki. Taksówkarze warszawscy tym, którzy się tam wybierają, oferują darmowe kursy na dworzec. W Katowicach tłum jakiego nie widziano od 1939, umarł wtedy Korfanty, ale to był sierpień, a tu przenikliwy, ostry jak kosa mróz. Na cmentarzu w czasie przemówień nad trumną drzewa obrosną ludźmi, Jacek Fedorowicz zobaczy wiszącego na gałęzi człowieka w kolejarskim mundurze. Pogrzeb z kolejarzem na drzewie. Nikt takiego pogrzebu nie miał, absolutnie nikt, nawet Korfanty.