Teoria

Dziewczyny i chłopaki

Jacek Paśnik
219 odsłon
Tomasz Lada, Wszystko jak leci. Polski pop 1990–2000 (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025)

Tomasz Lada, Wszystko jak leci. Polski pop 1990–2000, (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025)

Kilka lat temu w podziemiach stacji kolejowej odwiedziłem niewielki sklepik, który muzycznym – jak opisywał go szyld w stylu typopolo z wyklejonych na witrynie kolorowych liter – był już raczej tylko z nazwy. Sprzedawano w nim głównie zleżałą prasę, kruszące się w rękach pudełka płyt DVD dodawanych jako bezpłatne dodatki do czasopism czy saszetki z płytami CD: od pięcioutworowych składanek „The best of” po album, który zespół Ich Troje wypuścił we współpracy z czasopismem „Naj” i Ibupromem (na okładce widniały nazwa i zdjęcie zespołu oraz dopisek „silniejszy lek od bólu”). Sklep prowadził facet, który jeszcze dwie dekady wcześniej budził postrach w rodzimej branży muzycznej – wydawał tytuły sprzedające się w setkach tysięcy egzemplarzy, artystom płacił samochodami, a opowieści o jego hulaszczym trybie życia znalazły się w kilku znanych dziełach kultury. W swoim sklepiku siedział przygarbiony, na biurowym krzesełku, w polarze, muskał wskazującym palcem ekran smartfona i naprawdę niewiele świadczyło o jego dawnej potędze. Kiedy spytałem go o albumy, które wydawał przed laty, ożywił się, poszedł na zaplecze i wyciągnął dwa kartony kaset nieodpakowanych z pożółkłej folii. Pewnych rzeczy już nie miał, w końcu się posprzedawały, o innych mówił, że spore nakłady wciąż zalegają mu w przydomowym garażu. Kaset kupiłem od niego wtedy kilkanaście, zupełnie zapomniawszy, że nawet nie mam magnetofonu. Wyszedłem z pulą niedopowiedzeń, pourywanych historii, pojedynczych anegdot. Nie bardzo chciał rozmawiać, do wielu rzeczy po latach wciąż nie potrafił się przyznać, ale bez trudu zrobił to, co w czasach największej prosperity wychodziło mu najlepiej – zarobił pieniądze. I między innymi o tym, skąd wzięli się tacy jak on, w książce Wszystko jak leci. Polski pop 1990–2000 opowiada Tomasz Lada.

Okres hipisowski

O historiach ze Wszystko jak leci wyobrażenia może mieć właściwie każda osoba pamiętająca ostatnią dekadę XX wieku albo przynajmniej lubująca się w polskiej popkulturze, przez którą często przewijają się różne wątki muzyczne z tamtego czasu: od kombatanckich opowieści o pierwszych polskich prywatnych rozgłośniach i magazynach muzycznych, przez koncerty Hey w halach sportowych czy występ Edyty Górniak na Eurowizji i marzenia o pierwszej międzynarodowej popkarierze z polskim rodowodem, po spektakularny sukces płyty Kayah i Gorana Bregovicia. Książka ubiera te wydarzenia w dodatkowe wątki i konteksty, również dzięki swojej formie. Podobnie bowiem jak w Zagranych na śmierć, opowieści o straceńcach polskiej sceny alternatywnej czasów przełomu, Lada w pełni oddaje głos swoim rozmówcom. Ich wypowiedzi pozbawione są odautorskiego komentarza, przeplatają się natomiast z cytatami z artykułów z magazynów muzycznych, fragmentami korespondencji z bohaterami książki czy starannie wybranymi fotografiami z epoki (od kulawych okładek dawnych pism po zdjęcie autorstwa Andrzeja Georgiewa, najwybitniejszego portrecisty polskich artystów przełomu wieków).

Tym razem jednak, zamiast przyglądać się poszczególnym postaciom – co mogłaby sugerować okładka książki, na której widzimy połyskujące sylwetki ważnych, choć bardzo różnych od siebie artystek: Reni Jusis i Justyny Steczkowskiej – autor opowiada historię chronologicznie, rok po roku. Zabieg ten oczywiście współbrzmi z tytułem książki, ale też wydaje się świetnie przemyślany z perspektywy jej kompozycji. Opowieść o przemyśle muzycznym, który wyłonił się z chaosu kwitnącego na łóżkach polowych i w budkach typu „szczęki”, później był wykupywany przez zachodnie koncerny wraz z ich wkroczeniem do kraju, generował olbrzymie pieniądze i wyprzedawał miliony płyt, imprezował i rodził coraz to nowe sukcesy, a w końcu przeszedł załamanie i kolejną przemianę na drodze ku nowemu milenium, strukturą przypomina nieco scenariusz filmu czy powieści. To nie tylko kronika muzyki popularnej, ale i wielowymiarowa historia z polską transformacją ustrojowo-gospodarczą w tle.

Grzegorz Brzozowicz, jeden z bohaterów i rozmówców Lady, mówi:

Lata dziewięćdziesiąte w Polsce można podzielić na dwa etapy. Pierwsza połowa to „okres hipisowski” – ludzie z nadzieją patrzyli w przyszłość, wierzyli, że wszystko się zmieni, będzie lepiej. To także eksplozja nowej, alternatywnej muzyki, którą można porównać właśnie do tego, co działo się w drugiej połowie lat sześćdziesiątych. Natomiast druga przypomina lata siedemdziesiąte na Zachodzie – odcinanie kuponów od tego, co się zrobiło wcześniej, i bardzo intensywna konsumpcja używek (s. 279).

W pierwszej połowie Wszystko jak leci kryją się zatem opowieści, którymi z chęcią pochwaliłby się potransformacyjny krezus rynku muzycznego: wydawca, producent, wokalistka czy nawet Katarzyna Kanclerz (dobra, bez przesady – jej komentarza, mimo próśb, autor się nie doczekał). Postaci, które wpływały na krajową kulturę przez kolejne lata czy dekady, pojawiają się na kartach tej książki jako dziewczyny i chłopaki z zapałem, nierzadko wpadający w objęcia nieuczciwych bonzów branży (niejasnych wspólników wytwórni czy właścicieli firm o nazwach z sufiksem „POL” czy „EX”) i stawiający czoła dzikiemu, nieuregulowanemu kapitalizmowi, często w konwencji śmieszno-strasznej.

Jest więc Wszystko jak leci o tym, jak niepohamowany entuzjazm wirusowo rozchodził się pośród wykonawców, słuchaczy i osób odpowiedzialnych za dystrybucję dźwięków – od prezenterów po osoby, które wykupywały czyste kasety marki LEVIS (!) w ilościach zapełniających całe polonezy. Ale jest i o tym, jak wszystko wydawało się – i często rzeczywiście takie było – na wyciągnięcie ręki, choć albo tylko na chwilę, albo za psie pieniądze. Ilustracjami tych emocji są niektóre z fotografii zamieszczonych w książce: dwudziestokilkuletni Robert Gawliński w towarzystwie włodarzy ważnej wytwórni płytowej, Kasia Nosowska siłą odrywana od tłumu rozszalałych fanów czy młodzi ludzie w dżinsach i flanelowych koszulach na tle wielgachnej szafy, na której piętrzą się stosy kartonów i paczek z płytami – to zespół redakcyjny czasopisma „Brum” w obiektywie Tomasza Wójcika. Jak głosi podpis do zdjęcia: „Humory wciąż dopisują, ale w połowie dekady w piśmie widać już było oznaki kryzysu” (s. 270).

„Ale wcale nie jest dobrze w moim śnie”

Lada przypomina również cenę, jaką nierzadko trzeba było zapłacić za choćby namiastkę sukcesu. Obok historii spektakularnych karier wspomina o tych, którym mimo przemyślanego repertuaru, ciekawych pomysłów czy coraz ważniejszego wtedy marketingu nie udawało się w pełni zaistnieć czy przetrwać na rodzimym rynku. Zamieszczone w książce rozmowy wydobywają na światło dzienne drugą, ciemną stronę funkcjonowania świata artystycznego w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Polski rynek muzyczny na swój specyficzny sposób przyjął wówczas model i obyczaje funkcjonujące w świecie zachodnim, ale wydawał się zbyt mały na ekspansję, zbyt hermetyczny, by przyjmować świeże pomysły oraz wciąż zbyt rozpędzony, by nie rodzić frustracji osób współtworzących scenę. W charakterystycznym tyglu epoki zrodził i kilka zupełnie niesamowitych kontrkulturowych zwrotów, ale i choćby dał podwaliny pod korporacyjną „kulturę zapierdolu”.

Dekada 1990–2000, o której pisze Lada, mimo kolorowej otoczki w postaci okładek pism, wizerunków artystek czy krzykliwej oprawy koncertów i telewizyjnych ramówek, była też taka, jaką po latach zdaje się naprawdę: szybka, niebezpieczna i często absurdalna. Świadectwem mogą być historie opowiedziane już przez samego autora w posłowiu zatytułowanym „2001–2025”, w którym znalazły się dalsze losy bohaterów i bohaterek książki. Lada wskazuje, że los nie oszczędził nawet największych gwiazd epoki, a życie osób, o których pisze, potoczyło się niespodziewanie i bardzo różnie: niektóre kierują wytwórniami, zasiadają w radach nadzorczych, po latach śpiewają w telewizyjnych koncertach lub na gminnych festynach, a inne zaszyły się w studiach, zmarły lub – jak facet, który przed laty sprzedał mi trochę kaset – są cieniami samych siebie z przeszłości.

Tomasz Lada, opowiadając historię polskiego popu lat dziewięćdziesiątych, oprócz historii o utworach, które do dziś późną porą usłyszeć można w polskich radiostacjach, przedstawił także sporo historii ludzi w wieku moich rodziców – i okoliczności, które część z nich w pierwszej dekadzie potransformacyjnej Polski przekształciły w późnokapitalistyczną klasę dyrektorsko-menedżerską, a innych pozostawiły tylko na zdjęciach, w nagraniach czy nuconych do dziś tekstach.