Teoria

Gdzie kończy się literatura, a gdzie zaczyna świadectwo?

Adrian Sinkowski
125 odsłon
Ilustracja do recenzji „Bruma”, Jacek Dehnel

Jacek Dehnel Bruma, Wydawnictwo a5, Kraków 2022

Czy poeci zabierają głos w imieniu ludzi, często bez imienia i nazwiska, niemających możliwości, aby mówić za siebie i o sobie? Na tak postawione pytanie nie ma łatwej odpowiedzi. Ani błahej. Oddajmy więc głos samym wierszom.

Julia Fiedorczuk w utworze Cold pisze tak: „nawet kiedy spadają bomby, powinnaś pisać,/ może zwłaszcza wtedy, kiedy ludzie pogubieni/ w lesie mówią cold, she is so cold o towarzyszce/ drogi, która właśnie teraz u kresu podróży z kraju,/ gdzie zamiast deszczu spadają bomby, do kraju,/ który znajduje się w Europie, położyła się/ na brązowych obrębionych mrozem liściach dębu”.

Z wierszy Stanisława Jaglarza z książki Gościć sójki wynotowuję kilka wersów spisanych w okolicach Orzeszkowa, Teremisek, Białowieży, Augustowa i Hajnówki: „to nie ludzie to ptaki czekanie przemienia się w ziemię”, „jeśli zaraz nie przyjdą jeśli ich nie znajdziemy/ las kurczy się od światła wcześniej ogromniał bez wzroku”, „ten człowiek w lesie ma twarz mojego ojca ściska mi rękę”, „a my wciąż śpimy zmęczeni cudzym marszem”.

Pierwsze, co rzuca się w oczy i uszy, to inny stosunek Fiedorczuk i Jaglarza do materii języka. Mocna poezja bierze początek od mocnego języka. Fakt, nie zawsze, jednak mocny język – tu paradoksalnie ulepiony z niemocy człowieka – w niczym mocnej poezji nie przeszkadza, a wręcz rozwija przed nią dywan z liści, szyszek, torfu, pędów, mchu, witek i rozłogów, z korytarzami wydeptanymi tu i tam przez uchodźców, niekiedy znanych z wieku, ba, wiadomo też, skąd pochodzą – z Sudanu, Nigerii, Palestyny, Iraku czy Syrii. Ludzie ci dają się nieznajomym prowadzić w nieznane. Podobną drogę, drogę w nieznane, oferuje poezja.

Niech wiersze znowu do nas mówią: „do tego miejsca w lesie miejsca ciemności miejsca wilgoci/ miejsca przeciągania zwłok które są zwłokami jego matki o trudnym do ustalenia/ słowiańskim czy niesłowiańskim wyglądzie musi przyłożyć siebie w wieku siedmiu lat”. Trzeci głos, też mocny i też inny, należy do Jacka Dehnela, a nad heksalogią otwierającą Brumę – tomik z 2022 roku, bo to z niego pochodzą cytowane wersy – zatrzymuję się nieprzypadkowo.

Poezja zadowoli się każdym spotkaniem z czytelnikiem, nie każdy czytelnik zadowoli się spotkaniem z poezją. Czy o tym mówią wiersze Dehnela? Poniekąd. Nie jest sztuką natknąć się w Brumie na dzieci o trudnym do ustalenia pochodzeniu, z pewnością niesłowiańskim, najmłodsze ma siedem, najstarsze piętnaście lat. Obok pędy jeżyn i łopianu, źdźbła trawy, ślad zostawiony przez ślimaka na liściu, ciemność lasu miesza się z wilgocią ściółki. Autor, bolejąc nad krzywdą (nad złapanym za kostki, ciągniętym po mchu ciałem kobiety, na które dzieci patrzą z góry), ma z nami – nie tylko z nami, ze światem, a dokładnie ze światem przymykającym oko na tę krzywdę – konkretną sprawę do załatwienia.

Tytułowa bruma, moment zimowego przesilenia – w innych znaczeniach po prostu zima albo zimowy chłód – to, zdaje się, synonim świata. Ze starego porządku wyłania się nowy, ruch, drganie, implozja, gest, wrzenie, na naszych oczach nabierające z roku na rok tempa, łapiące wiatr historii w żagle, z impetem wtaczają się w świat, niosąc zmianę. Lub zapowiedź zmiany. Oto „dotyk od którego się marznie przy biurku”.

O jaką zmianą idzie? Czego ona dotyczy? Gdzie nas zaprowadzi? Kiedy się dokona? Kogo oszczędzi? Nie są to pytania zupełnie bez związku z poezją.

Tu otworzę nawias. Marzec 2023 roku, nieco ponad rok po tym, jak Jaglarz pisze utwór [do niepewności…], oraz nieco ponad pół roku po tym, jak Dehnel pisze Naukę kolorów. Wtedy to skorzystałem z inicjatywy twórczyń i twórców Stowarzyszenia na rzecz Dialogu Tropinka, polegającej na otwieraniu drzwi domów w Gruszkach i Świnorojach dla pisarzy i tłumaczy z Białorusi, Ukrainy, Litwy oraz Polski, i przeniosłem się na Podlasie. Dwadzieścia minut drogi autem od Hajnówki, tyle samo od przejścia granicznego w Siemianówce, z kolei trasa do nieczynnego przejścia w Białowieży zajmuje z Gruszek czterdzieści minut, a do przejścia w Bobrownikach, też nieczynnego – jest minut pięćdziesiąt. Od rezerwatu przyrody dzieliły mnie dwa kroki. Tamten wyjazd to mnóstwo wspomnień i wrażeń, a trzema się teraz podzielę.

Pierwsze: idąc na południe i na wschód od Gruszek, za herbarium, za wieżą widokową ma się przed sobą nieduże koryto Narewki, obrośnięte po obu stronach niską trawą, od strony Gruszek położoną, niemal wczesaną w glebę, od strony łąk, obok pojedynczych krzewów, postawioną na sztorc. Kilka kroków na wschód i rzeka, łącząca się w tych okolicach ze strugą Braszczą, niepostrzeżenie słabnie i wylewa na boki, wśród torfowego gruntu, skąd cieszy wzrok zagajnik brzóz, ciasno stojących drzewo obok drzewa. Pośród liści, pnączy, kikutów roślin Narewce bliżej do niedużego rozlewiska zatrzymywanego przez puszczę. Po co o tym piszę? Natknąłem się tam na kości sarny. Wilki zostawiły po sobie też drugi ślad: wypluwkę sierści. W tym samym miejscu, gdzie kilka miesięcy wcześniej znaleziono pryzmę z porzuconych ubrań. Rok potem, w kwietniu 2024 roku, kiedy Jaglarz czytał w puszczy utwory z Gościć sójki, blisko tego miejsca stały dwie pary kaloszy i plecak, przykryte ściółką.

Drugie: kiedy włóczyłem się w nieznanych kierunkach i w nieznanym celu po Stoczku, w pobliżu mogiły Rosjan zmarłych w niemieckim obozie jenieckim w Świnorojach, obok rodzinnego domu Danuty Siedzikówny w Guszczewinie, po kirkucie w Narewce albo wokół uroczyska Szczekotowo, miałem spontaniczną myśl, że wojsko i straż graniczną, postawione na nogi od 2021 roku, owszem, widzi się tu i tam, lecz z pewnością nie za każdym rogiem, nie na każdej ulicy. Ich nienarzucająca się obecność nie podlegała dyskusji. Jednak ani razu nie byłem świadkiem działania, ruchu czy mobilizacji służb. Głucha cisza.

Trzecie: drewniana tablica ogłoszeń, ustawiona wprost na amfiteatr w Narewce i plażę – a jedno od drugiego rozdziela ulica – mieściła kilkanaście drobnych nekrologów na zmiętej kartce, spłowiałej od słońca i mocno sfałdowanej na rogach. Farhad Nabo, Issa Jerjos i Ahmed Al Hasan z Syrii, Kawa Anwar Mahmood al-Jaf z Iraku, Siddig Musa Hamid Eisa z Sudanu, w lewym dolnym rogu Radża Hasan z Palestyny. Hasan, urodzona w syryjskim obozie dla uchodźców, po deportacji z Polski do Białorusi zmarła na początku listopada 2021 roku w wieku czterdziestu czterech lat. Sześć nekrologów zasłaniała jaskrawożółta nalepka:

Kupię ciągnik
w każdym stanie
510 016 470

Czas zamknąć nawias.

Granica może być metaforą przestrzeni, lecz może być tak samo metaforą języka, z wynikającymi z jego natury ograniczeniami. Tak odczytuję pierwszą część tekstu Dwa razy to samo: „kredka wychodząca poza linię”, „reguły/ rzucone w kąt”, „jeden wielki nieporządek”. Na pierwszy plan wyłania się Bucza, za drugim chowa się język. Wydaje się, że krążymy wokół oczywistości, nie może to mieć jednak wpływu na fakt, że omawiana metafora – granica – o nieoczywistym znaczeniu zdanie po zdaniu, wers po wersie prowadzi czytelnika do nieoczywistych pytań.

Czy to, z czym obcuję, jest poezją? A dodam, że proza wierszem albo wiersz prozą raz sąsiaduje w Brumie z drobnymi, wręcz kruchymi wersami, a raz z dłuższymi, układającymi się w poematy pokaźnych rozmiarów. Gdzie w Brumie kończy się literatura i zaczyna świadectwo? Czy wiersz, zdanie, słowo, dźwięk – bez znaczenia, w czyjej sprawie mówią, może krzycząc, może szepcząc – ostatecznie mają siłę, by zmienić świat? Co jest ambicją literatury, poza ambicją czysto literacką?

Fakt, że tyle tu pytań, które kierują nasz wzrok w inną niż nagi wiersz – i nie twierdzę, że złą – stronę, mówi wiele o tym, kto Brumę napisał, ale nie mniej o tym, kto teraz o niej pisze. Oto moja intuicja: wiersze Dehnela – wśród nich melodyczny poemat Na stary bilet komunikacji miejskiej znaleziony w kieszeni długo nienoszonego płaszcza w innym kraju, obraz śmierci wróbla w Pętli czy czułe Mruczando, utwór ofiarowany przez poetę mężowi – stawiane w nieco innym świetle mienią się od znaczeń, czasem mamią, nie sposób odmówić im żaru, energii czy wyrzutu. Wygrywają one melodie tekstom zaangażowanym, w tym poezji, lecz nie tak, byśmy uchylali się na bok, kiedy zaciśnięta pięść macha komuś przed nosem. Dla opisu, czym Bruma jest, od towarzystwa Agaty Jabłońskiej, Kamili Janiak, Tomasza Gromadki albo Konrada Góry lepiej pasują echa z Anten lub Ziemi ognistej, książek Adama Zagajewskiego sprzed dwóch i trzech dekad. Wiersze takie jak Odpowiadając pani która na spotkaniu autorskim zadała pytanie jak wygląda praca poetyTenebrae Responsoria lepiej postawić na tle frazy W.H. Audena „Nic się nie zdarza za sprawą poezji” (z wiersza Pamięci W.B. Yeatsa w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka) w towarzystwie innego zdania, dla równowagi: „Literatura nie zmienia świata, ale ciężko jest zmienić świat bez opowieści”. Drugi cytat pochodzi z wywiadu z Dominiką Słowik opublikowanego w „Nowym Napisie Co Tydzień”. Wspomnę na marginesie, że Atlas: Doppelganger, debiut Słowik, zaczyna się od słów: „Lata dziewięćdziesiąte to były ostatnie lata prawdziwej Polski, czas przejścia”.

Słowem: przesilenie. Nie pierwsze, nie ostatnie. Tymczasem poeta „musi iść dalej potykając się przez te mokre zabłocone wersy”. Musi, pomimo że „są rzeczy ponad nasze siły”.

Trudno się dziwić ogólnemu nastrojowi tomiku – teksty z Brumy powstały w ciągu czterech lat, po 2019, a przed 2023 rokiem; tylko dwa są datowane inaczej (2016 i 2018). Czas ten woła z Brumy o ludzką uwagę – wtedy to przeczucie końca zakwitło w ludziach z niespotykaną od dawna siłą, podsycane pandemią, kryzysem na granicy i wojną w Ukrainie. Konieczność, w obliczu wprowadzanych i znoszonych przez rząd ograniczeń, odpowiadania sobie na rozmaite wątpliwości – ze wszech miar inne od tego, na czym życie pięło się w górę, wokół czego układała się codzienność, dokąd sięgały nasze plany – dla Dehnela zbiegła się z emigracją do Berlina. W tym sensie skalą i miarą dla tych doświadczeń może być zdanie, że poeta wprawdzie nie pisze do wszystkich, ale z pewnością pisze o wszystkich. Wrzuca nas to na głęboką wodę. Lecz będzie to wąskie spojrzenie na Brumę.

Co znaczy wąskie? Znaczy: bez niuansów. Pokazuje ono mapę z wyraźną linią podziału na zło i dobro, mrok i światło. Doskonałą ilustracją takiego podejścia jest Jeden milion Tomasza Różyckiego z tomiku Kapitan X, skądinąd utwór wybitny. Oto kilka zdań: „Z tamtej strony rządzi diabeł, po tej Bóg./ Tam chaos – tutaj porządek i system,/ po tamtej stronie brud, po tej jest czysto”. Wersy te poprzedza taka oto strofa: „Jeden milion uchodźców na granicach,/ drugi milion w namiotach na dnie morza./ Na milion spadły bomby i czerwonka,/ milion pożarł głód. Milion nie ma wody./ Tu układasz cegły, jedna po drugiej,/ budujesz mur. Z tamtej strony jest wojna”. Książka – podkreślę – ukazała się rok przed pierwszą masową próbą przekroczenia granicy Polski z Białorusią z 2021.

Niuanse zaczynają się od patrzenia człowiekowi prosto w oczy. Od patrzenia na kobietę, która zastyga w jednej pozie w czasie spaceru z synem, uwieczniona na fotografii wrzuconej przez Google Maps dla odwzorowania terenu przed stadionem Illicziweć w Mariupolu, obecnie zamienionego w hałdy gruzu. Dziewczynka przed fontanną, druga na schodach. Na molo ośmiolatek lub dziewięciolatka, trudno rozpoznać. Ktoś zwisa z balustrady. Pisząc jednak, że poeta nie pisze do wszystkich, ale z pewnością o wszystkich, miałem w głowie konkretny obraz: naprzeciw mieszkańców Mariupola z Tenebrae Responsoria stoi straż graniczna z wiersza [Mężczyźni w siwych mundurach stoją z karabinami…], a granica z Jednego miliona poprowadzona mocną kreską i pewną ręką tu, z bliska, przenosi się z mapy na ludzi, mniej oczywista, nie tak widoczna.

Zatem areną przesilenia – brumy – jest świat, z tym nie dyskutuję, lecz stają się nią także człowiek i język. Autor pyta: „Po co są książki?/ To w książkach żyjemy”. Dehnel prozaik zapewne mniej zaprząta sobie takimi pytaniami głowę, Dehnel poeta powinien, skoro zdaniu z wiersza Przepisane blisko do parafrazy pytania, z którego Pierre Bayard uczynił tytuł głośnego eseju. Mogłoby ono brzmieć mniej więcej tak: jak rozmawiać o życiu, którego się nie przeżyło? Lub w odrobinę mniej przerobionej formie: jak rozmawiać o życiu, o którym się nie czytało?

Na wskroś osobisty, dedykowany pamięci Jagody Murczyńskiej poemat Klepsydra przynosi na to pytanie ciekawą odpowiedź. A więc jak? Poprzez doświadczenie śmierci, tego, z czym wiążą się śmierć i żałoba. Nikogo nie trzeba długo przekonywać, że „Chowając innych, zawsze chowamy siebie” (Pętla). Nie znaczy to przypadkiem, że kiedy w człowieku w wyniku utraty pojawia się pusta przestrzeń, czarna dziura, wydrążona wnęka, z czasem coś lub ktoś – nie wiem, książka, rozmowa, koncert lub podróż – wciska się w tę przestrzeń, trochę jak w tekst wciska się podczas lektury każda i każdy z nas? Niedosłownie, lecz odbija się w tym zdaniu Różewiczowskie echo, w którym człowiek jest naczyniem wypełnionym przez zmarłych.

Wszystko to są rozpoznania osadzone mocno w czasie, kiedy Dehnel pisał Brumę. Pandemia wybucha na szaloną wprost skalę, a kwestia, na ile nietrwałe lub trwałe jest życie – nie tylko w wymiarze czasu pozostałego przed człowiekiem, ale też wyrażane poprzez ludzkie i do bólu szczere pytania, co po człowieku zostaje, z kim, dla kogo – przestała być kwestią zamiataną pod dywan, zbywaną gorzkim uśmiechem lub milczeniem. Każde z takich pytań odsłania konkretną perspektywę; wiemy to nie od dziś, twórca celuje wysoko, za książkami Dehnela stoją esteta i filozof. Zza tych pytań wyłania się też inne rozpoznanie: niezbywalność. Nie odnosi się ona wyłącznie do tradycji literatury bliskiej poecie. Dotyczy bowiem tak samo człowieka, konkretnego doświadczenia czy pamięci, tak jak w wierszu Nauka kolorów do bohatera odzywa się krew na dłoni spod zdartego odcisku od pędzla: „nigdy mnie nie zmyjesz,/ jestem kolorem twojego środka”.

Co może warte podkreślenia: Bruma ukazała się w tym samym roku co Ręka pszczelarza Tomasza Różyckiego. Nie jest to zestawienie pozbawione sensu – oba tomiki w naturalny sposób do siebie przylegają, można je czytać jak dwie strony tej samej historii, bije od nich podobna energia. Oto zbiegły się w czasie energia, siła i decyzja autorów, aby niby kadr za kadrem – choć Dehnel ani Różycki nie tracą z pola widzenia tego, co poza kadrami, gdzieś na granicy – oddawać lub referować współczesność z jej niuansami. Współczesność, a najbardziej tygiel, tylko pozornie zaświadczający w pełni o istocie naszych czasów, ich duchu, hałasie idącym przez człowieka i za sprawą człowieka.

Bez dwóch zdań: niekiedy tym konkretnym, nawet niewymienianym z imienia i nazwiska człowiekiem bywa uchodźca. Czasem pozbawiony głosu, stając się przedmiotem, nie podmiotem w sprawach, które go żywo dotyczą, tkwi w klinczu. Im głośniej dokoła, tym szybciej człowiek traci kolejno nadzieję, godność, poczucie sensu, z czasem też poczucie sprawczości. Czy nie z tego powodu teksty Jacka Dehnela z Brumy sam wydawca nazwał współczesnymi? Możliwe. Na drugim końcu tego określenia, poza siłą czy energią, niczym cień rozpostarty nad pytaniami o granicę między literaturą a świadectwem, chowają się łatwe do przewidzenia zagrożenia dla samej poezji. O tym jednak napisano tyle, że mój głos niewiele by wniósł do dyskusji.