Teoria

Grochowia, niewidzialne miasto szaleńców

Maciej Robert
270 odsłon
Paweł Sołtys, Sierpień (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024) Marek Bieńczyk, Rondo Wiatraczna (Wydawnictwo Karakter, Kraków 2025)

Paweł Sołtys, Sierpień (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024)

Marek Bieńczyk, Rondo Wiatraczna (Wydawnictwo Karakter, Kraków 2025)

Nigdy nie byłem na Targówku Fabrycznym, o którym pisze Paweł Sołtys na samym początku Sierpnia, gdy narrator – obserwując gołębia przeglądającego się w kałuży – wyobraża sobie krainę, w której herbie mógłby się znaleźć dwugłowy szary gołąb, i pod to wyobrażenie podstawia właśnie peryferyjne stołeczne osiedle jako hipotetyczne gołębie państwo: „Musiałoby być niewielkie, jak Liechtenstein albo Luksemburg, ale oczywiście nie tak zamożne. Słowiańskie gburowate państewko z zimami, podatkami i kuchnią pełną podrobów”. Nigdy nie byłem na Targówku, więc nie mogę potwierdzić, czy pasuje do tego opisu, ale przecież nie chodzi tu o przystawalność do rzeczywistości ani tym bardziej o prawdę. Więcej nawet: im bardziej to państwo będzie nierealne, tym lepiej, dlatego Targówek Fabryczny się nadaje, lecz ten sprzed co najmniej trzydziestu lat, przywoływany z mglistej pamięci, zastygły w czasie minionym, a może – wszak Schulzowski patronat, który da się wyczytać w tytule książki Sołtysa, zobowiązuje – zapomniany gdzieś w bocznej odnodze czasu, w trzynastym miesiącu. Ergo: chodzi o krainę wyobrażoną, literacką, o królestwo melancholii. Jeśli taka gdzieś istnieje na trasie peregrynującego po Warszawie narratora Sierpnia, nieustannie zaglądającego w mniej lub bardziej odległą przeszłość, to bardziej niż Targówek będzie to Utrata (głównie ze względu na symboliczną nazwę), ale przede wszystkim Grochów. Ten bowiem pojawia się tu często jako zamglona przestrzeń, po której snują się osobliwe widma, niby zakotwiczone w rzeczywistości (a raczej w pamięci), lecz w istocie nie do końca prawdziwe. Jednym z takich widm jest chociażby prababka Regina, urodzona jeszcze w XIX wieku, która na zimę przenosiła się z Brudzewa do Warszawy, do grochowskiego mieszkania swoich dzieci. Przyjeżdżała z całym dorobkiem, czyli z laską, pierzyną i starym zegarem, który podczas podróży trzymała ostrożnie na kolanach, jakby to było dziecko. „Jakby przywoziła ze sobą swój czas” – zauważa narrator i jednocześnie przypomina sobie obyczaj całowania prababki w rękę, pomarszczoną, chropowatą i suchą jak papier. Ta papierowa dłoń mogłaby sugerować, że prababka sama w sobie jest literaturą, podobnie jak literaturą jest jej Grochów sprzed dekad.

Grochowska prababka Regina z Sierpnia Pawła Sołtysa równie dobrze mogłaby pojawić się w Rondzie Wiatraczna Marka Bieńczyka. Nie tylko dlatego, że istnieje między tymi książkami – i tymi autorami – pewne literackie powinowactwo (Bieńczyk opatrzył Sierpień odpowiednim blurbem), nie tylko dlatego, że obaj stworzyli książki o podobnie nieoczywistej strukturze (ni to proza, ni esej, ni autofikcja z narratorem-flaneurem, tyleż sytuującym się w centrum tej włóczęgowskiej historii, co pozostającym raczej jej bacznym obserwatorem i komentatorem niż bohaterem), nie tylko dlatego, że obaj autorzy lokują Grochów w centrum melancholijnej mapy Warszawy, ale głównie z tej przyczyny, że czynią zeń emanację przestrzeni mitycznej – Grochów jest tutaj przede wszystkim zawieszonym w bezczasie bytem literackim, ulepionym w większym stopniu z przeszłości i wyobrażeń niż z tego, co prawdziwe i mierzalne. Sołtys pospołu z Bieńczykiem opisują krainę potencjalną, przejmującą właśnie dlatego, że nie do końca istniejącą. „Zajmuję się wchodzeniem do wczoraj i potem dalej, ile się da, pod prąd czasu” – pisze Sołtys o wektorze czasowym tej krainy, a Bieńczyk mu wtóruje, doprecyzowując jej (nie)miejsce: „Grochów to niewyraźna postać z pleśni i piasku między chodnikami, z rozlewisk trawy i z jednej wyższej, z paroma budynkami w oddali, oraz z drugiej niskiej linii horyzontu, za którą leżał Bug i nieco dalej Japonia”. Taki Grochów, którego fundamentami są dwa dzieła warszawskich autorów, mógłby wejść w poczet Niewidzialnych miast Italo Calvino i znaleźć się obok innych bytów zmyślonych i ulotnych; wszak, jak pisze Bieńczyk o przeszłości tej części stolicy, „składał się tyle z drewien, słomianych dachów, niekiedy cegieł, ile z wiatru”. Proponuję ten twór ulepiony na kartach książek Sołtysa i Bieńczyka nazwać – w kluczu Calvinowskim – Grochowią.

Sołtysowo-Bieńczykowa Grochowia jest – jak przystało na jedno z miast niewidzialnych – nieuchwytna. Choć może lepiej by było powiedzieć, że ma labilną organizację przestrzenną. U Bieńczyka ta osobliwa przestrzeń trzyma się swoich terytorialnych ram i ma mniej lub bardziej wyraźnie wytyczone granice, a przede wszystkim punkt centralny: tytułowe rondo Wiatraczna, niczym serce pompujące krew w Grochowię. Jej najistotniejszą cechą jest swego rodzaju trwanie przy swoim wiejskim pochodzeniu, którego, mimo starań rozlicznych urbanistycznych innowatorów, nie udało się do końca wyrugować. Ta niezmienność – zarówno w obszarze centrum, jak i na peryferiach – może świadczyć o melancholijnym (jakże przecież bliskim Bieńczykowi) charakterze tego bytu. Wiatrowi melancholii, rodzącemu się gdzieś na odległym horyzoncie i buszującemu po otwartych przestrzeniach, rondo Wiatraczna zawdzięczało swoją nazwę: wiatr hulał tu bez ustanku, wpadając również na rozliczne podwórka, gdzie zaglądali i wysiadywali wszelkiej maści odmieńcy, zagubione w czasie widma błądzące na marginesach współczesności i odmawiające odejścia w niepamięć.

Z lektury Sierpnia można wysnuć konkluzję, że Grochowia jest najbardziej wariacką częścią Warszawy, przestrzenią, która niczym magnes przyciąga rozmaitych odklejeńców. To właśnie tu przez kilka lat pojawiał się udający samuraja grochowski Ninja, to właśnie tu z tramwajów wybiegał lekkoatleta, ubrany – niezależnie od pory roku – w krótkie spodenki i biały podkoszulek, wreszcie to właśnie tu mieszkał wujek Piotr, zwany też w rodzinie narratora z książki Sołtysa wujkiem Wariatem, który przez trzydzieści lat nie wychodził z mieszkania; trwał w nim otoczony niezliczonymi książkami, jakby to z nich czerpał nie tylko wiedzę, lecz także energię życiową. „W świecie liter wszyscy jesteśmy święci i bez grzechu. Jakby nic z naszego życia się nie wydarzyło” – mówił, pogrążając się w lekturze mądrych ksiąg, ale też wyglądając przez okno, bo przecież grochowskie budynki również są literami, które układają się w słowa, a te układają się w tajemnicze zdania. Wie o tym doskonale Prorok, określający się mianem „ćwierćpoety, półłazęgi” narrator Ronda Wiatraczna, dla którego miasto jest przede wszystkim tekstem do odczytania. Zagłębia się więc w lekturę budynków i stojących za nimi historii, przenika wzrokiem mury i – zgodnie ze swoim pseudonimem – wieszczy.

Wieszczenie – obok pisania, które przecież też jest w jakimś stopniu wieszczeniem – to ulubione zajęcie grochowian, przynajmniej tych z książek Sołtysa i Bieńczyka, gdzie Grochowia jest przestrzenią na tyle nieoczywistą, że wręcz idealną, by objawili się w niej wszelkiej maści prorocy, profeci, jasnowidze i poeci (nie zapominajmy, że narrator Ronda Wiatraczna jest również poetą). Poza Prorokiem ulicami Grochowii przemykają z obłędem w oczach najstarszy dziad grochowski, czyli żydowski ocaleniec Adam Cybulski vel Abram Cebula, a także Cyganka z Wiatracznej, zjawiskowa Pytia z Grochowa, która przepowiada Prorokowi:

To ty będziesz zamknięty we własnej egzystencji […], nigdy mnie nie dotkniesz, nigdy nas nie dotkniesz, tak jak już nigdy nie dotkniesz młodości, ciało twoje sflaczeje i nigdy stąd prawdziwie nie wyfruniesz, będziesz swojski aż do wyrzygania, będziesz rzeźbą i słupem wbitym w ziemię, obeliskiem żmudnej pracy i nic z tym już nie zrobisz, a ja jestem dymem, którego nigdy nie złapiesz.

W podobnie oskarżycielski ton wpada wyglądający jak złowrogie bóstwo pół-człowiek, pół-zwierzę ze zwisającym pod brodą ogromnym wolem („Przystawał i pokrzykiwał jak indyk przed ubojem”), który pojawia się przed narratorem na Saskiej Kępie (idę o zakład, że wybrał się tu na pielgrzymkę z pobliskiego Grochowa) i wytyka wszystkim nadmierny samozachwyt. Skąd w tym miejscu, skąd w tych książkach tylu widzących więcej? Czy przyciąga ich ciemna magia Grochowii, czy może przyzywająca siła literatury? A może to sam gest pisania, zwłaszcza – jakżeby inaczej! – odręcznego, ewokującego czas przeszły, jak w Sierpniu, wskrzesza ich do istnienia?

Jakkolwiek by było, temu grochowskiemu korowodowi widm przewodzi osobliwy duet narratorów Sołtysa i Bieńczyka, którzy – tak chciałbym to widzieć – zanim się spotkali, by gestykulując, żarliwie ze sobą rozmawiać (niczym duet zażartych perypatetyków z Sierpnia), peregrynowali po Grochowii osobno, lecz po zbieżnych trajektoriach. „Minęliśmy się, by się teraz spotkać, z dwóch stron istnienia, w starym rewersie” – mówi narrator u Sołtysa o spotkaniu z pewnym pobratymczym czytelnikiem, które odbywa się gdzieś poza czasem, w przestrzeni literatury. Ale równie dobrze może to być jego spotkanie „po piórze” z Prorokiem lub po prostu grochowskie spotkanie Sołtysa z Bieńczykiem, jedynie po to, by – jak w finale Sierpnia – „Potem pójść dalej. Dalej”. Natomiast rewers może tu być nie tylko symbolem pewnego bibliotecznego obyczaju (nieco zapomnianego, przybywającego jakby z innego, zakurzonego świata, a jednocześnie pełniącego funkcję wtajemniczenia w sektę czytelników), ale też odwrotną stroną Warszawy (wszak Grochowia jest w pewnym sensie antynomią lewobrzeżnej czy śródmiejskiej stolicy) lub po prostu odwrotnością rzeczywistości jako takiej.