Teoria

Jak Ślązacy nie podbili Teksasu

Waldek Mazur
486 odsłon
Miasteczko Panna Maria, Ewa Winnicka

Ewa Winnicka, Miasteczko Panna Maria. Ślązacy na Dzikim Zachodzie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024

Lekturze najnowszej książki Ewy Winnickiej może towarzyszyć poczucie niedosytu. Mojej towarzyszyło. I nie chodzi o samo pisanie reportażystki, to, jak książka wypada w finalnym rozrachunku. Idzie raczej o oczekiwania, jakie opowieść ta rozbudzała – oczekiwania nakręcane przez rozmaite blurby i hasła towarzyszące premierze, anegdoty o historii, którą jako pierwsza opowiedziała właśnie Winnicka. Oto bowiem losy Ślązaków na Dzikim Zachodzie, tak niesamowite, że nie wymyśliliby tego nawet wspólnie Mrożek i McCarthy (w tak brawurowy sposób z okładki Miasteczka… zachęca nas do lektury Wojciech Orliński), „opowieść nieprawdopodobna” (to z kolei wyczytać można w „Vogue’u”), wreszcie historia, którą chciał zekranizować sam Kazimierz Kutz, dopełniając tym filmem trylogię śląską (ostatecznie realizację zablokowały władze PRL, a po Soli ziemi czarnejPerle w koronie Kutz nakręcił nie western ze Ślązakami, lecz osadzone na katowickim Giszowcu Paciorki jednego różańca). Popowy i filmowy potencjał tej historii potwierdzają twórcy młodsi od Kutza: nie dalej niż dwa lata temu o planach kręcenia westernu o Ślązakach na Dzikim Zachodzie opowiadał popularny aktor Michał Żurawski, ponoć nawet rozpoczął prace nad tym projektem wspólnie ze scenarzystą Jakubem Korolczukiem. Żurawski urodził się i wychował na Górnym Śląsku, możliwe więc, że opowieść o podboju Dzikiego Zachodu przez swoich krajan wyniósł z domu. Ale mógł też usłyszeć ją od Szczepana Twardocha, z którym musiał przecież się spotykać, pracując nad ekranizacją Króla – pisarz podobno również przymierzał się do opowiedzenia tej historii.

Sporo tego, prawda? Wyposażony w taką wiedzę, przeczuwając potencjał tej opowieści, byłem przekonany, że książka Winnickiej zmieni moje postrzeganie Ameryki, a przynajmniej jakiegoś jej wycinka. Może nie uczyni ze Ślązaków – i trochę Polaków, ale o tym później – nacji najistotniejszej dla rozwoju największego mocarstwa świata, lecz przynajmniej poprawi nasze notowania, nakarmi polskie (i śląskie) ego, czego w pewien sposób nie czyniła nigdy Polonia z Chicago czy Greenpointu. I jeszcze liczyłem, chyba tak całkiem po chłopacku, że oto przeniosę się do krainy znanej z westernów z Clintem East­woodem albo Johnem Wayne’em, w której Ślązacy będą nonszalancko pojedynkować się przed saloonami i przeprawiać wielotysięczne stada bydła przez dzikie krainy, by na końcu móc wykupić skrawek ziemi, założyć ranczo i odkryć roponośną żyłę. Nic z tych rzeczy. Albo prawie nic. Może gdyby tę historię opisywał wspomniany Twardoch? Winnicka nad efekciarstwo przedłożyła tak charakterystyczną dla swojego pisania rzetelność, nad snucie historii urzekających – snucie historii prawdziwych. I żeby nie było: Miasteczko… fascynuje i wciąga, nawet bardzo. Jest to jednak historia odarta z westernowego blichtru (na który trochę liczyłem), a autorka twardo stąpa po ziemi, trzymając się gatunkowych ram.

Po bardzo szybkiej lekturze – bo książkę czyta się znakomicie – przez chwilę zastanawiałem się, o kim czy też o czym Winnicka nam opowiada. I nie potrafię pozbyć się przekonania, że bardziej niż o Ślązakach emigrujących za Ocean w połowie XIX wieku, bardziej niż o ich potomkach, reportaż ten to opowieść po prostu o Teksasie, specyfice tego wyjątkowego stanu, gdzie wszystko ma być najlepsze, a przynajmniej największe. Punktem wyjścia są tym razem losy nie osadników z Wielkiej Brytanii czy Niemiec, co światowa literatura i kino serwowały nam setki razy, ale przybyszy ze wsi Płużnica Wielka (obecnie wcale nie Górny Śląsk, lecz Opolszczyzna). Przybyszy nieświadomych tego, co ich czeka za Wielką Wodą – docierają tu wyposażeni w pierzyny, rzadziej w sprzęt użyteczny na bezkresnych preriach – lecz niemających za wiele do stracenia. I przy okazji nabitych w butelkę przez postać tyleż fascynującą, co karykaturalną: księdza Leopolda Moczygembę.
Wydarzenia przedstawione przez Winnicką rozciągają się na dystansie trzech wieków: zaczynamy w roku 1854, kończymy w 2022. Daty te są ważne, bo warunkują pewne istotne wydarzenia. Wspomniałem wcześniej, że to opowieść o Ślązakach i Polakach, i naprawdę trudno stwierdzić jednoznacznie, o których bardziej. O wiele łatwiej przyznać, że ostatecznie stają się oni Amerykanami, a już na pewno Teksańczykami, choć nie jest to proces szybki i bezbolesny. Zacznijmy jednak od tej niedookreślonej tożsamości, przenikania się polskości ze śląskością. Winnicka pokazuje, jak płynne i umowne są (a na pewno były) te podziały, jak wiele może się zmienić na przestrzeni jedynie dwóch czy trzech pokoleń. Osoby opuszczające tereny obecnej Opolszczyzny nie były ze śląską i polską tożsamością przesadnie związane, czy raczej – były z nią związane instynktownie: wykształceniem (konkretnie: jego brakiem), przynależnością klasową, a przede wszystkim czasami. Miały swój język, jakby polski, ale nie do końca, niemieckim w większości nie władały, miały za to własne tradycje, takie polskie, ale znowu – nie całkiem. Nie byli to również ci sami Ślązacy, którzy na początku XX wieku stawali przed tragicznym wyborem pomiędzy Polską a Niemcami; wszak tak zwany kulturkampf rozpoczął się na Śląsku z inicjatywy Ottona Bismarcka jakieś dwie dekady po tym, gdy bohaterowie tej opowieści dobili do wybrzeży Ameryki. Czyli w dużym uproszczeniu: opuścili oni swoją małą ojczyznę, która krótko po ich emigracji przeszła spore przeobrażenia, i osiedlili się w miejscu, gdzie bronili własnej tożsamości, poddając się jednak, co nieuniknione i konieczne, wpływom otaczających ich kultur, języków, religii – i ponownie dopadła ich wielka historia. Z targanej bratobójczymi wojnami Europy przenieśli się do Ameryki, gdzie za chwilę wybuchnąć miała wojna secesyjna, gdzie o ustalenie granic walczył Meksyk ze Stanami, gdzie znowu stawiano ich przed tragicznym wyborem, po której ze stron się opowiedzieć.

Tak oto w Panna Marii czy Banderze powstały społeczności na swój sposób endemiczne, wyjątkowe i wyróżniające się w amerykańskim krajobrazie. Efektem tworzenia się teksańskiej śląskości są historie poważne, ale też zabawne i smutne. W drugiej połowie XX wieku – kiedy kontakty z Polską zaczynają się intensyfikować – dumni teksańscy Ślązacy raczej nie są brani na serio przez swoich pobratymców ze Starego Kontynentu, jawią im się wręcz głupkowato. Dziwny język, którego pielęgnowanie miało stanowić pomost między Nowym Światem a ojczyzną przodków, dla współczesnych Polaków jest śmieszny, tradycyjne stroje szyte w kolejnych pokoleniach okazują się zaś halkami, nie ludowymi sukniami. Traktowani przez dekady z wyższością przez niemieckich czy brytyjskich osadników, gorzej wykształceni, niechętni do podejmowania ryzyka, teksańscy Ślązacy mnożyli swoje majątki, skupowali ziemię, ale jakby wolniej niż większość wokół. Obrywało im się za katolicyzm, w XX wieku kantowały ich koncerny naftowe. Chorowali na nowotwory wskutek rozwoju i testowania technologii nuklearnej, nie do końca rozumiejąc, skąd popularność Polish jokes w Teksasie. Rosły w nich konserwatyzm i uprzedzenia do inności – paradoksalnie, bo w końcu sami przez ponad stulecie nosili łatkę innych.

Pisałem, że opowieść o Ślązakach niepodbijających Teksasu w drugiej połowie XIX wieku nie dała mi tego, na co liczyłem: dreszczyku emocji i przygody, jednak książka rekompensuje to czymś innym. Bo jeśli śląskie osadnictwo jawi się bardziej jako walka o przetrwanie na nieprzyjaznej ziemi niż jako coś spektakularnego, to rozłożenie przez Winnicką narracji na dwóch planach czasowych i snucie historii o bardziej współczesnym Teksasie czyni jej książkę porywającą. Kult broni (strzelać uczą się dzieci w wieku, w którym w Polsce idą do zerówek), niezdrowe, momentami fanatyczne podejście do religii, nietolerancja przejawiająca się nie tylko w rasizmie, eksploatowanie środowiska w sposób ekstremalny, jakby podszyty zaczerpniętym z Biblii przekonaniem o przyzwoleniu na podporządkowywanie sobie świata. Ale też obsesja dotycząca niezależności, ciągłe wspominanie dziesięcioletniego epizodu niepodległości z pierwszej połowy XIX wieku, stosunek do trudnej relacji z resztą Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza rządem federalnym, kreślenie obrazu tych „złych”: Meksykanów, Chińczyków, a przede wszystkim diabolicznych i wyposażonych w niedookreśloną „ideologię” Kalifornijczyków. Brzmi dość stereotypowo? Tyle że Winnicka nie popada w przesadny dydaktyzm, jedynie zadaje pytania, nie odmawiając Teksasowi i Teksańczykom oczywistych sukcesów – w końcu ich wyjątkowa i silna pozycja w USA to efekt nie tylko zapisów w konstytucji, lecz także realnego potencjału gospodarczego i kulturowego. Można się z nich podśmiewywać, kpić z ich zamiłowania do przesadnie dużych aut, braku komunikacji miejskiej i chodników, niemniej na koniec dnia teksańska megalomania broni się liczbami.

A jaką rolę w budowaniu tej potęgi odegrali Ślązacy? Pewnie mniejszą niż większą. Ale przecież zupełnie nie o to w książce Ewy Winnickiej idzie. I dobrze.