Ewa Winnicka, Miasteczko Panna Maria. Ślązacy na Dzikim Zachodzie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024
Lekturze najnowszej książki Ewy Winnickiej może towarzyszyć poczucie niedosytu. Mojej towarzyszyło. I nie chodzi o samo pisanie reportażystki, to, jak książka wypada w finalnym rozrachunku. Idzie raczej o oczekiwania, jakie opowieść ta rozbudzała – oczekiwania nakręcane przez rozmaite blurby i hasła towarzyszące premierze, anegdoty o historii, którą jako pierwsza opowiedziała właśnie Winnicka. Oto bowiem losy Ślązaków na Dzikim Zachodzie, tak niesamowite, że nie wymyśliliby tego nawet wspólnie Mrożek i McCarthy (w tak brawurowy sposób z okładki Miasteczka… zachęca nas do lektury Wojciech Orliński), „opowieść nieprawdopodobna” (to z kolei wyczytać można w „Vogue’u”), wreszcie historia, którą chciał zekranizować sam Kazimierz Kutz, dopełniając tym filmem trylogię śląską (ostatecznie realizację zablokowały władze PRL, a po Soli ziemi czarnej i Perle w koronie Kutz nakręcił nie western ze Ślązakami, lecz osadzone na katowickim Giszowcu Paciorki jednego różańca). Popowy i filmowy potencjał tej historii potwierdzają twórcy młodsi od Kutza: nie dalej niż dwa lata temu o planach kręcenia westernu o Ślązakach na Dzikim Zachodzie opowiadał popularny aktor Michał Żurawski, ponoć nawet rozpoczął prace nad tym projektem wspólnie ze scenarzystą Jakubem Korolczukiem. Żurawski urodził się i wychował na Górnym Śląsku, możliwe więc, że opowieść o podboju Dzikiego Zachodu przez swoich krajan wyniósł z domu. Ale mógł też usłyszeć ją od Szczepana Twardocha, z którym musiał przecież się spotykać, pracując nad ekranizacją Króla – pisarz podobno również przymierzał się do opowiedzenia tej historii.
Sporo tego, prawda? Wyposażony w taką wiedzę, przeczuwając potencjał tej opowieści, byłem przekonany, że książka Winnickiej zmieni moje postrzeganie Ameryki, a przynajmniej jakiegoś jej wycinka. Może nie uczyni ze Ślązaków – i trochę Polaków, ale o tym później – nacji najistotniejszej dla rozwoju największego mocarstwa świata, lecz przynajmniej poprawi nasze notowania, nakarmi polskie (i śląskie) ego, czego w pewien sposób nie czyniła nigdy Polonia z Chicago czy Greenpointu. I jeszcze liczyłem, chyba tak całkiem po chłopacku, że oto przeniosę się do krainy znanej z westernów z Clintem Eastwoodem albo Johnem Wayne’em, w której Ślązacy będą nonszalancko pojedynkować się przed saloonami i przeprawiać wielotysięczne stada bydła przez dzikie krainy, by na końcu móc wykupić skrawek ziemi, założyć ranczo i odkryć roponośną żyłę. Nic z tych rzeczy. Albo prawie nic. Może gdyby tę historię opisywał wspomniany Twardoch? Winnicka nad efekciarstwo przedłożyła tak charakterystyczną dla swojego pisania rzetelność, nad snucie historii urzekających – snucie historii prawdziwych. I żeby nie było: Miasteczko… fascynuje i wciąga, nawet bardzo. Jest to jednak historia odarta z westernowego blichtru (na który trochę liczyłem), a autorka twardo stąpa po ziemi, trzymając się gatunkowych ram.
Po bardzo szybkiej lekturze – bo książkę czyta się znakomicie – przez chwilę zastanawiałem się, o kim czy też o czym Winnicka nam opowiada. I nie potrafię pozbyć się przekonania, że bardziej niż o Ślązakach emigrujących za Ocean w połowie XIX wieku, bardziej niż o ich potomkach, reportaż ten to opowieść po prostu o Teksasie, specyfice tego wyjątkowego stanu, gdzie wszystko ma być najlepsze, a przynajmniej największe. Punktem wyjścia są tym razem losy nie osadników z Wielkiej Brytanii czy Niemiec, co światowa literatura i kino serwowały nam setki razy, ale przybyszy ze wsi Płużnica Wielka (obecnie wcale nie Górny Śląsk, lecz Opolszczyzna). Przybyszy nieświadomych tego, co ich czeka za Wielką Wodą – docierają tu wyposażeni w pierzyny, rzadziej w sprzęt użyteczny na bezkresnych preriach – lecz niemających za wiele do stracenia. I przy okazji nabitych w butelkę przez postać tyleż fascynującą, co karykaturalną: księdza Leopolda Moczygembę.
Wydarzenia przedstawione przez Winnicką rozciągają się na dystansie trzech wieków: zaczynamy w roku 1854, kończymy w 2022. Daty te są ważne, bo warunkują pewne istotne wydarzenia. Wspomniałem wcześniej, że to opowieść o Ślązakach i Polakach, i naprawdę trudno stwierdzić jednoznacznie, o których bardziej. O wiele łatwiej przyznać, że ostatecznie stają się oni Amerykanami, a już na pewno Teksańczykami, choć nie jest to proces szybki i bezbolesny. Zacznijmy jednak od tej niedookreślonej tożsamości, przenikania się polskości ze śląskością. Winnicka pokazuje, jak płynne i umowne są (a na pewno były) te podziały, jak wiele może się zmienić na przestrzeni jedynie dwóch czy trzech pokoleń. Osoby opuszczające tereny obecnej Opolszczyzny nie były ze śląską i polską tożsamością przesadnie związane, czy raczej – były z nią związane instynktownie: wykształceniem (konkretnie: jego brakiem), przynależnością klasową, a przede wszystkim czasami. Miały swój język, jakby polski, ale nie do końca, niemieckim w większości nie władały, miały za to własne tradycje, takie polskie, ale znowu – nie całkiem. Nie byli to również ci sami Ślązacy, którzy na początku XX wieku stawali przed tragicznym wyborem pomiędzy Polską a Niemcami; wszak tak zwany kulturkampf rozpoczął się na Śląsku z inicjatywy Ottona Bismarcka jakieś dwie dekady po tym, gdy bohaterowie tej opowieści dobili do wybrzeży Ameryki. Czyli w dużym uproszczeniu: opuścili oni swoją małą ojczyznę, która krótko po ich emigracji przeszła spore przeobrażenia, i osiedlili się w miejscu, gdzie bronili własnej tożsamości, poddając się jednak, co nieuniknione i konieczne, wpływom otaczających ich kultur, języków, religii – i ponownie dopadła ich wielka historia. Z targanej bratobójczymi wojnami Europy przenieśli się do Ameryki, gdzie za chwilę wybuchnąć miała wojna secesyjna, gdzie o ustalenie granic walczył Meksyk ze Stanami, gdzie znowu stawiano ich przed tragicznym wyborem, po której ze stron się opowiedzieć.
Tak oto w Panna Marii czy Banderze powstały społeczności na swój sposób endemiczne, wyjątkowe i wyróżniające się w amerykańskim krajobrazie. Efektem tworzenia się teksańskiej śląskości są historie poważne, ale też zabawne i smutne. W drugiej połowie XX wieku – kiedy kontakty z Polską zaczynają się intensyfikować – dumni teksańscy Ślązacy raczej nie są brani na serio przez swoich pobratymców ze Starego Kontynentu, jawią im się wręcz głupkowato. Dziwny język, którego pielęgnowanie miało stanowić pomost między Nowym Światem a ojczyzną przodków, dla współczesnych Polaków jest śmieszny, tradycyjne stroje szyte w kolejnych pokoleniach okazują się zaś halkami, nie ludowymi sukniami. Traktowani przez dekady z wyższością przez niemieckich czy brytyjskich osadników, gorzej wykształceni, niechętni do podejmowania ryzyka, teksańscy Ślązacy mnożyli swoje majątki, skupowali ziemię, ale jakby wolniej niż większość wokół. Obrywało im się za katolicyzm, w XX wieku kantowały ich koncerny naftowe. Chorowali na nowotwory wskutek rozwoju i testowania technologii nuklearnej, nie do końca rozumiejąc, skąd popularność Polish jokes w Teksasie. Rosły w nich konserwatyzm i uprzedzenia do inności – paradoksalnie, bo w końcu sami przez ponad stulecie nosili łatkę innych.
Pisałem, że opowieść o Ślązakach niepodbijających Teksasu w drugiej połowie XIX wieku nie dała mi tego, na co liczyłem: dreszczyku emocji i przygody, jednak książka rekompensuje to czymś innym. Bo jeśli śląskie osadnictwo jawi się bardziej jako walka o przetrwanie na nieprzyjaznej ziemi niż jako coś spektakularnego, to rozłożenie przez Winnicką narracji na dwóch planach czasowych i snucie historii o bardziej współczesnym Teksasie czyni jej książkę porywającą. Kult broni (strzelać uczą się dzieci w wieku, w którym w Polsce idą do zerówek), niezdrowe, momentami fanatyczne podejście do religii, nietolerancja przejawiająca się nie tylko w rasizmie, eksploatowanie środowiska w sposób ekstremalny, jakby podszyty zaczerpniętym z Biblii przekonaniem o przyzwoleniu na podporządkowywanie sobie świata. Ale też obsesja dotycząca niezależności, ciągłe wspominanie dziesięcioletniego epizodu niepodległości z pierwszej połowy XIX wieku, stosunek do trudnej relacji z resztą Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza rządem federalnym, kreślenie obrazu tych „złych”: Meksykanów, Chińczyków, a przede wszystkim diabolicznych i wyposażonych w niedookreśloną „ideologię” Kalifornijczyków. Brzmi dość stereotypowo? Tyle że Winnicka nie popada w przesadny dydaktyzm, jedynie zadaje pytania, nie odmawiając Teksasowi i Teksańczykom oczywistych sukcesów – w końcu ich wyjątkowa i silna pozycja w USA to efekt nie tylko zapisów w konstytucji, lecz także realnego potencjału gospodarczego i kulturowego. Można się z nich podśmiewywać, kpić z ich zamiłowania do przesadnie dużych aut, braku komunikacji miejskiej i chodników, niemniej na koniec dnia teksańska megalomania broni się liczbami.
A jaką rolę w budowaniu tej potęgi odegrali Ślązacy? Pewnie mniejszą niż większą. Ale przecież zupełnie nie o to w książce Ewy Winnickiej idzie. I dobrze.