Teoria

Kto się potyka, nie błądzi

Amelia Sarnowska
117 odsłon
Ilustracja do recenzji „Fake news. Jak dezinformacja infekuje umysły i jak się na nią uodpornić” Sander van der Linden

Sander van der Linden Fake news. Jak dezinformacja infekuje umysły i jak się na nią uodpornić, tłum. Radosław Kot, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2024

W szkołach w Niemczech usłyszeć można twierdzenia takie jak „Polska sprowokowała II wojnę światową” czy „Żydzi byli w jakiś sposób współwinni” – alarmował blisko 80. rocznicy zakończenia II wojny światowej „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, a cytowany przez gazetę przewodniczący niemieckiego Stowarzyszenia Nauczycieli Historii Niko Lamprecht podkreślał, że niezgodne z prawdą tezy stanowią rosnące zagrożenie ze względu na coraz większe luki w wiedzy uczniów. Jak uściślono, „uczniowie nie wierzą już nauczycielom”. Fakty czy bardziej wymagające źródła historyczne właściwie przestają się dla młodych ludzi liczyć. Rolę nauczycieli przejmują coraz częściej blogerzy, rolę źródeł – filmy „różnych wątpliwych lub niewątpliwie prawicowych autorów”. Stąd młode pokolenie czerpie dziś wiedzę o świecie. Witajcie w rzeczywistości w dobie fake newsów.

Lektura książki Fake news. Jak dezinformacja infekuje umysły i jak się na nią uodpornić Sandera van der Lindena wytrąca z przekonania, że my sami szczęśliwie możemy zaliczać się do grona tych, którzy fake newsy bez problemu rozpoznają, a co za tym idzie, są na dezinformację odporni. Autor – pochodzący z Holandii i współpracujący z Uniwersytetem Cambridge psycholog społeczny, który w swojej pracy zgłębia między innymi psychologię perswazji oraz wywierania wpływu – już na wstępie zaprasza do udziału w prostym ćwiczeniu. Mamy oto wskazać jedyny prawdziwy spośród wymienionych nagłówków ze świata mediów:

A. „Putin wydał międzynarodowy nakaz aresztowania George’a Sorosa”.
B. „Dziecku urodzonemu w Kalifornii dano imię od emoji «heart eyes» 😍”.
C. „Przestępca tak głośno puścił bąka, że zdradził swoją kryjówkę”.

Być może to lata pracy w mediach sprawiły, że udało mi się wskazać autentyczny nagłówek (C). Wniosek z tej lekcji miał jednak płynąć taki, że w obecnych czasach nie ma już człowieka „odpornego na fałszywe informacje” (choć według sondaży większość deklaruje, że radzi sobie z dezinformacją). Van der Linden uczula, że problem jest dziś znacznie szerszy niż sam zakres jednoznacznie fałszywych informacji. Zdecydowanie częściej niż ze sfabrykowanym od początku do końca przekazem mamy bowiem do czynienia z dezinformacją zawoalowaną, czyli kłamstwem w różnym stopniu doprawionym prawdą; z fałszem zakamuflowanym i towarzyszącą mu manipulacją medialną. Na tym tle fałszywe, czyli spreparowane informacje stanowią według badań zaledwie procent przekłamań, z którymi stykamy się na co dzień:

Te pozostałe, nierzadko ignorowane, pojawiają się w mediach, także głównego nurtu, o wiele częściej, co zmusza do rozszerzenia definicji fałszywych informacji o te, które nie są całkowicie fałszywe, lecz i tak wprowadzają w błąd.

Uparte (i przyznajmy: dość naiwne) karmienie przekonania, że jest się na to wszystko odpornym, w zasadzie uznać należy za przegraną w pierwszej, kluczowej bitwie toczącej się wojny informacyjnej.

Tym, co organizuje i strukturyzuje wywód, rozpisany w książce na trzy części (łącznie jedenaście rozdziałów-antygenów), jest ujęcie złożoności zjawiska dezinformacji przez analogię do wirusa. Jak zwraca uwagę autor, wszelkie sfałszowane przekazy działają na podobnej zasadzie: nie tylko wnikają, ale też infiltrują, wykazując zaskakującą skuteczność w reorganizacji naszego sposobu bycia i myślenia, krok po kroku przejmując kontrolę nad zainfekowaną częścią procesu poznawczego.

Van der Linden nie kryje, że jego książka ma być przewodnikiem, który z jednej strony możliwie najszerzej naświetli, w jaki sposób (i w wyniku jakich skłonności) ludzki mózg się tej infiltracji poddaje, a z drugiej podpowie, jak skutecznie bronić się dziś przed mechanizmami umożliwiającymi to poddanie. Kolejne rozdziały, w których czytelnik wieloaspektowo zapoznaje się z najnowszym stanem badań nad tym, jak mózg odróżnia fakty od fikcji, dowiaduje się, na czym polega przedłużony wpływ dezinformacji, czym są komory pogłosowe i bańki informacyjne, a czym tzw. obszary manipulacji i efekt iluzorycznej prawdy, sugerują aspirację do wyczerpania problemu. Autor nie kryje jednak i tego, że złożoność zjawiska wyklucza możliwość kompleksowego omówienia go w pojedynczej publikacji. Pytanie: czy osoby, które w księgarniach spoglądają w stronę regałów z poradnikami z nieufnością (by nie rzec: z niechęcią), powinny w ogóle rozważać tego typu lekturę?

Holenderski psycholog dość rozmyślnie przeplata wątki, nierzadko nawiązując do bieżącego życia politycznego, tak by rozbudzić u odbiorcy wstępne zainteresowanie, dalej przygnieść go ciężarem stawianych diagnoz, wreszcie – pozostawić w dość przytłaczającym oszołomieniu. Rozdział po rozdziale rozwija i karmi też lęk przed tym, że wyizolowane i odosobnione przypadki, opisane tu i poddane analizie, podpartej nierzadko wieloletnimi badaniami, być może właśnie przestają być odosobnione – i dzieje się to na naszych oczach. Historia najnowsza uczy, że jeśli chodzi o walkę z dezinformacją, czas działa już głównie na korzyść pesymistycznych wariantów.

Zaczęłam ów tekst od przykładu spoza książki (dość konkretnie jednak obrazującego poruszane w niej kwestie), by zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Przed lekturą publikacji van der Lindena większość mojej uwagi skupiłaby zapewne pierwsza część tego przekazu, czyli sama informacja, że w niemieckich klasach szkolnych usłyszeć dziś można twierdzenia takie jak „Polska sprowokowała II wojnę światową” czy „Żydzi byli w jakiś sposób współwinni”. Po zapoznaniu się ze stanem (i kierunkiem) badań nad dezinformacją uwaga dzieli się pomiędzy budzące zdecydowaną reakcję – i skądinąd słuszne oburzenie – cytaty a krótką wzmiankę o tym, że „uczniowie nie wierzą już nauczycielom”, fakty zaś czy trudno dostępne źródła przestają być dla młodego pokolenia tak istotne. Ludzki mózg reaguje na przekazy zgodnie z określonym porządkiem. Odruchowo hierarchizuje ich części składowe podług tego, co sam postrzega jako ważne bądź co wywoływało w przeszłości jego zaangażowanie. Bez stosownego uczulenia mózg nie potknie się tak, jak powinien, choćby przedłożyć mu najbardziej alarmujące dane czy wręcz fakt jawnie podważający jego dotychczasowy światopogląd. W świecie, który każdego dnia podlega tylu dynamicznym przeobrażeniom, że ze znakomitej większości zachodzących procesów nie zdajemy już sobie nawet sprawy (co oznacza, że nie budzą one naszych pytań), tego typu konfrontacja przestała być wyłącznie kwestią kierunkowych zainteresowań. Traktować by ją należało raczej w kategoriach higieny, i to codziennej.

Lektura uświadamia też, że w świetle złożoności (i szerokiego zakresu) działań mających obecnie na celu rozsiewanie dezinformacji i zaszczepianie zafałszowanych narracji pogłębiająca się polaryzacja nie powinna już właściwie dziwić. Czas na bierne zdziwienie minął – a uświadomienie sobie tego faktu wydaje się o tyle palące, że jako takie hamuje jedynie nasze reakcje.

Ludzka uwaga okazuje się selektywna nie bez powodu. W codziennym zalewie informacji i ścieku z feedów, jakiego człowiek dotąd nie widział, jego mózg usiłuje się ratować, wykazując jawną skłonność do przetwarzania w pierwszej kolejności tych treści, do których „konsumpcji” jest wystarczająco zmotywowany. Wystawiony na sprzeczne informacje, obce mu argumenty i odmienne narracje – sama ich analiza jawi mu się jako zbyt wymagająca – przejawia tendencję do szczelnego zamykania się we własnej bańce. Także osoby wykształcone i członkowie środowisk akademickich w badaniach zdradzają skłonność do umacniania się w swoich przekonaniach po zetknięciu z dowodami, które te przekonania podważają. „Jesteśmy stronniczy w tym sensie, że szybciej potwierdzamy i akceptujemy dowody, które pasują do naszego światopoglądu, niż te, które mu przeczą” – pisze van der Sanden. A zdobyta wiedza wcale nie sprawia, że stajemy się na takie mechanizmy bardziej odporni.

Dlatego rozmawiając o fake newsach, nie należy już pytać: „kiedy?”. Z całą pewnością trzeba jednak zapoznawać się na bieżąco z odpowiedziami na: „jak?” — i pozwalać sobie potykać się o to wszystko, co dotąd nie budziło naszego zainteresowania. A przede wszystkim dopuszczać możliwość, że takie potknięcia są nam dziś potrzebne.