Shō Ishida Zaleca się kota, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2025
Wszystko, co dobre, zaczyna się od kota.
Francesc Miralles
Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los.
Oscar Wilde
Czy dom bez kota – najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego – zasługuje w ogóle na miano domu?
Mark Twain
Koty (…) zachowują się tak, jakby ludzki świat był tym, w którym akurat przypadkiem się zatrzymały w drodze do czegoś, być może o wiele ciekawszego.
Terry Pratchett
To tylko skromny wycinek cytatów o kotach – w internecie krąży ich mnóstwo. Podobnie jak mnóstwo jest książek, w których koty odgrywają mniej lub bardziej istotną rolę – od drugoplanowych pupili po pełnoprawnych bohaterów. I choć wiadomo, że kot sam w sobie nie gwarantuje jakości literackiej, to trudno zaprzeczyć, że obecność futrzaka (czy to na okładce, czy w opisie) potrafi skutecznie przyciągnąć uwagę i być elementem – wybaczcie trywialność – który nieźle sprzeda książkę. W końcu czytający kociarze, do których bez oporów się zaliczam, nie należą do rzadkości. Dołóżcie do tego nieco egzotyki, na przykład w postaci japońskiego tła, i tytuł brzmiący jak porada lekarska – i ja się temu połączeniu nie oprę. A takie właśnie znalazłam niedawno w zapowiedziach Wydawnictwa Marginesy. Pastelowe barwy i przyjemna okładkowa grafika sugerują, że w środku czeka nas coś uroczego. I tak właśnie jest: Zaleca się kota Shō Ishidy to może i nieco naiwna, ale bez wątpienia urocza opowieść.
W jednej z dzielnic Kioto działa nietypowa poradnia. Nie znajdzie jej przypadkowy przechodzień – by tu trafić, trzeba podążyć za brzmiącymi enigmatycznie wskazówkami (Fuyachō w górę, Rokkaku na zachód, Tomikōji w dół, Takoyahushi na wschód, Nakagyō-ku, Kioto), odnaleźć zawilgoconą uliczkę i brudny budynek, do którego nie docierają promienie słoneczne. Trzeba też chcieć tu trafić. A bohaterowie tej książki chcą. Pięć rozdziałów powieści to pięć postaci i pięć problemów. Shūta jest wyczerpany korporacyjnym kieratem. Koga czuje się niedoceniany w pracy i przekierowuje frustrację na rodzinę, choć w niej również nie cieszy się wielkim szacunkiem. Megumi nie potrafi poukładać sobie relacji z nastoletnią córką. Tomoka to wiecznie spięta, dominująca szefowa, która nie radzi sobie z własną potrzebą kontroli. A gejsza Abino próbuje pogodzić się ze stratą ukochanego zwierzęcia. Lekarstwem na wszystkie te problemy okazuje się… kot. Tak: doktor Nike wszystkim zaleca kota. Bez wyjątku. Bez wyjaśnień. Bez terapii. Kot – i obserwujemy.
Naiwne? Tak, ale tylko jeśli potraktujemy fabułę w sposób dosłowny. Koty w tej książce to nie bajkowe stworzenia (chociaż element magiczny też się tu pojawia), które leczą dotykiem łapek. Chyba każdy, kto miał lub ma kota – psa czy królika także, ale nie o tym jest ta historia – wie, że wtulenie twarzy w ciepłe futro może zadziałać jak lekarstwo. Nie wyleczy z grypy ani z depresji, ale może pomóc odpędzić ponure myśli, a czasami tyle wystarczy, żeby ruszyć z miejsca. Koty w tej powieści są zatem metaforą impulsu prowokującego do zmian; czymś, co wdziera się w życie bohaterów i wytrąca je z utartych kolein, wprowadza chaos – ale ten chaos prowadzi do przełomu. Bo czasem nie potrzeba wiele, by odmienić swoje życie.
Nie da się ukryć, że Shō Ishida posługuje się prostymi prawdami, wręcz truizmami – przy czym niekoniecznie należy postrzegać to jako wadę. Nie wiem, jak wy, ale ja raz na jakiś czas potrzebuję przypomnienia o rzeczach pozornie oczywistych. O tym, że praca to nie wszystko. Że można spróbować czegoś innego w każdym wieku. Że za nieprzyjazną miną może kryć się zranienie, a nie wrogość. Że warto się zatrzymać, otworzyć na nowe i na innego człowieka. I może trochę zmienić (myślenie, perspektywę, relacje z ludźmi wokół). Jestem przekonana, że wszyscy czasami potrzebujemy usłyszeć coś takiego. Ku pokrzepieniu serc.
Tym bardziej potrzebują usłyszeć to Japończycy i Japonki. Bo mimo uniwersalności poruszanych tematów – problemy bohaterów mogłyby dotyczyć każdego z nas, niezależnie od miejsca zamieszkania, płci czy wieku – powieść Shō Ishidy przemyca japoński kontekst. To kraj, w którym nie wypada wyjść z pracy przed szefem, bo liczy się nie efektywność, lecz liczba godzin spędzonych przy biurku. Gdzie karōshi, czyli śmierć z przepracowania, to nie literacka metafora, lecz realne zjawisko. Gdzie oczy społeczności, seken no me, wszystko widzą i wszystko oceniają, nie wypada więc robić niczego wbrew tradycji i społecznym oczekiwaniom. Gdzie niezamężne i bezdzietne kobiety po trzydziestce nazywa się pogardliwie makeinu („przegrane psy”). Gdzie na wykarmienie sześciu koali w zoo w Osace wydaje się więcej niż na pomoc bezdomnym – no ale bezdomni nie są kawaii[1]. Shō Ishida nie pisze o tym wprost, ale te tematy prześwitują. Widać je w rozterkach i lękach bohaterów, ich zmęczeniu. Nieszczególnie zatem dziwi, że książka zyskała w Japonii status bestsellera.
A jednak Zaleca się kota nie jest ciężką lekturą. Wręcz przeciwnie – czyta się ją lekko, z uśmiechem. Na tle „literatury kocykowej” z krajów Dalekiego Wschodu, cieszącej się w Polsce coraz większą popularnością, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ale czy w każdej książce, po którą sięgamy, szukamy wyjątkowości? Może czasami wystarczy urocza opowieść, która pozwoli nam poczuć się lepiej i nawet jeśli nie zostanie na długo w pamięci, pozostawi nas z poczuciem, że świat nie jest taki zły? To przecież wcale nie tak mało.
[1] Fakty zaczerpnięte z reportażu Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet Karoliny Bednarz (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019).