Teoria

Ku pokrzepieniu (nie tylko japońskich) serc

Ewa Dąbrowska
83 odsłon
Ilustracja do recenzji „Zaleca się kota” Shō Ishida

Shō Ishida Zaleca się kota, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2025

Wszystko, co dobre, zaczyna się od kota.
Francesc Miralles
 
Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los.
Oscar Wilde
 
Czy dom bez kota – najedzonego, dopieszczonego i należycie docenionego – zasługuje w ogóle na miano domu?
Mark Twain
 
Koty (…) zachowują się tak, jakby ludzki świat był tym, w którym akurat przypadkiem się zatrzymały w drodze do czegoś, być może o wiele ciekawszego.
Terry Pratchett

To tylko skromny wycinek cytatów o kotach – w internecie krąży ich mnóstwo. Podobnie jak mnóstwo jest książek, w których koty odgrywają mniej lub bardziej istotną rolę – od drugoplanowych pupili po pełnoprawnych bohaterów. I choć wiadomo, że kot sam w sobie nie gwarantuje jakości literackiej, to trudno zaprzeczyć, że obecność futrzaka (czy to na okładce, czy w opisie) potrafi skutecznie przyciągnąć uwagę i być elementem – wybaczcie trywialność – który nieźle sprzeda książkę. W końcu czytający kociarze, do których bez oporów się zaliczam, nie należą do rzadkości. Dołóżcie do tego nieco egzotyki, na przykład w postaci japońskiego tła, i tytuł brzmiący jak porada lekarska – i ja się temu połączeniu nie oprę. A takie właśnie znalazłam niedawno w zapowiedziach Wydawnictwa Marginesy. Pastelowe barwy i przyjemna okładkowa grafika sugerują, że w środku czeka nas coś uroczego. I tak właśnie jest: Zaleca się kota Shō Ishidy to może i nieco naiwna, ale bez wątpienia urocza opowieść.

W jednej z dzielnic Kioto działa nietypowa poradnia. Nie znajdzie jej przypadkowy przechodzień – by tu trafić, trzeba podążyć za brzmiącymi enigmatycznie wskazówkami (Fuyachō w górę, Rokkaku na zachód, Tomikōji w dół, Takoyahushi na wschód, Nakagyō-ku, Kioto), odnaleźć zawilgoconą uliczkę i brudny budynek, do którego nie docierają promienie słoneczne. Trzeba też chcieć tu trafić. A bohaterowie tej książki chcą. Pięć rozdziałów powieści to pięć postaci i pięć problemów. Shūta jest wyczerpany korporacyjnym kieratem. Koga czuje się niedoceniany w pracy i przekierowuje frustrację na rodzinę, choć w niej również nie cieszy się wielkim szacunkiem. Megumi nie potrafi poukładać sobie relacji z nastoletnią córką. Tomoka to wiecznie spięta, dominująca szefowa, która nie radzi sobie z własną potrzebą kontroli. A gejsza Abino próbuje pogodzić się ze stratą ukochanego zwierzęcia. Lekarstwem na wszystkie te problemy okazuje się… kot. Tak: doktor Nike wszystkim zaleca kota. Bez wyjątku. Bez wyjaśnień. Bez terapii. Kot – i obserwujemy.

Naiwne? Tak, ale tylko jeśli potraktujemy fabułę w sposób dosłowny. Koty w tej książce to nie bajkowe stworzenia (chociaż element magiczny też się tu pojawia), które leczą dotykiem łapek. Chyba każdy, kto miał lub ma kota – psa czy królika także, ale nie o tym jest ta historia – wie, że wtulenie twarzy w ciepłe futro może zadziałać jak lekarstwo. Nie wyleczy z grypy ani z depresji, ale może pomóc odpędzić ponure myśli, a czasami tyle wystarczy, żeby ruszyć z miejsca. Koty w tej powieści są zatem metaforą impulsu prowokującego do zmian; czymś, co wdziera się w życie bohaterów i wytrąca je z utartych kolein, wprowadza chaos – ale ten chaos prowadzi do przełomu. Bo czasem nie potrzeba wiele, by odmienić swoje życie.

Nie da się ukryć, że Shō Ishida posługuje się prostymi prawdami, wręcz truizmami – przy czym niekoniecznie należy postrzegać to jako wadę. Nie wiem, jak wy, ale ja raz na jakiś czas potrzebuję przypomnienia o rzeczach pozornie oczywistych. O tym, że praca to nie wszystko. Że można spróbować czegoś innego w każdym wieku. Że za nieprzyjazną miną może kryć się zranienie, a nie wrogość. Że warto się zatrzymać, otworzyć na nowe i na innego człowieka. I może trochę zmienić (myślenie, perspektywę, relacje z ludźmi wokół). Jestem przekonana, że wszyscy czasami potrzebujemy usłyszeć coś takiego. Ku pokrzepieniu serc.

Tym bardziej potrzebują usłyszeć to Japończycy i Japonki. Bo mimo uniwersalności poruszanych tematów – problemy bohaterów mogłyby dotyczyć każdego z nas, niezależnie od miejsca zamieszkania, płci czy wieku – powieść Shō Ishidy przemyca japoński kontekst. To kraj, w którym nie wypada wyjść z pracy przed szefem, bo liczy się nie efektywność, lecz liczba godzin spędzonych przy biurku. Gdzie karōshi, czyli śmierć z przepracowania, to nie literacka metafora, lecz realne zjawisko. Gdzie oczy społeczności, seken no me, wszystko widzą i wszystko oceniają, nie wypada więc robić niczego wbrew tradycji i społecznym oczekiwaniom. Gdzie niezamężne i bezdzietne kobiety po trzydziestce nazywa się pogardliwie makeinu („przegrane psy”). Gdzie na wykarmienie sześciu koali w zoo w Osace wydaje się więcej niż na pomoc bezdomnym – no ale bezdomni nie są kawaii[1]. Shō Ishida nie pisze o tym wprost, ale te tematy prześwitują. Widać je w rozterkach i lękach bohaterów, ich zmęczeniu. Nieszczególnie zatem dziwi, że książka zyskała w Japonii status bestsellera.

A jednak Zaleca się kota nie jest ciężką lekturą. Wręcz przeciwnie – czyta się ją lekko, z uśmiechem. Na tle „literatury kocykowej” z krajów Dalekiego Wschodu, cieszącej się w Polsce coraz większą popularnością, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ale czy w każdej książce, po którą sięgamy, szukamy wyjątkowości? Może czasami wystarczy urocza opowieść, która pozwoli nam poczuć się lepiej i nawet jeśli nie zostanie na długo w pamięci, pozostawi nas z poczuciem, że świat nie jest taki zły? To przecież wcale nie tak mało.


[1] Fakty zaczerpnięte z reportażu Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet Karoliny Bednarz (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019).