Jul Łyskawa, Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024
Recenzja została wyróżniona w Konkursie im. Tymoteusza Karpowicza na recenzję literacką (edycja 2025)
Pewien dominikanin rozpoczął kiedyś kazanie od stwierdzenia, że z próbą zrozumienia Trójcy Świętej jest jak z oglądaniem serialu Twin Peaks – z każdym kolejnym odcinkiem zdajemy sobie sprawę, że wcale nie chodzi o to, kto zabił Laurę Palmer. Podobnie postrzegam debiutancką powieść Jula Łyskawy Prawdziwa historia Jeffreya Watersa i jego ojców. Oprócz historii głównego bohatera ważne jest w niej również to, kto i w jaki sposób ją komentuje – i czego dowiadujemy się o nas i naszej kulturze.
Tak jak zagadkowa śmierć Laury Palmer, narodziny Jeffreya – myślącego i chodzącego stołu – wprowadzają w życie mieszkańców fikcyjnego amerykańskiego miasteczka elementy zakłócające codzienność. Zapożyczając klimat z serialu Davida Lyncha, Łyskawa idzie o krok dalej w zgłębianiu konsekwencji tego metafizycznego zdarzenia. Z ironią prezentuje amerykańską popkulturę oraz mechanizmy mówiące wiele o współczesnych formach komunikacji.
Jeffrey Waters zostaje niejako „przejęty” przez narrację większości postaci, projektujących na niego własne myśli, cele i doświadczenia. Zamiast mówić o nim jako o rzeczywistej – choć absurdalnej – istocie, wykorzystują go do rozprawiania się ze sobą (przykład: Priscilla Priessnitz, która poprzez zetknięcie z Jeffreyem wraca do trudnych momentów życia) lub osiągania celów politycznych poprzez przypisywanie mu różnych ról (ofiary, Innego). To bardzo ciekawa obserwacja, świetnie wpisująca się w teorie o narcystycznej kulturze, symulakrach i społeczeństwie spektaklu. Pytanie, które stawia Prawdziwa historia…, brzmi: na ile jesteśmy w stanie zobaczyć kogoś takiego jak Jeffrey jako autonomiczną jednostkę, a na ile zostajemy uwikłani w narzucone przez siebie lub innych ramy interpretacyjne i optykę społeczną?
Mistrzostwo Łyskawy polega na niuansowaniu. Jedną z najciekawszych i najbardziej zagadkowych postaci wydaje się w tym kontekście Josh, tak odmienny od specjalistów wypowiadających się w mediach, pragnących skierować na siebie uwagę i wykorzystać medialny szum. Podczas gdy większość bohaterów używa języka jako narzędzia autoprezentacji, on sprawia wrażenie całkowicie wolnego od tego mechanizmu. Mówi enigmatycznie, ale przy tym w sposób osobny i niepodważalnie autentyczny. W jakimś sensie najbliżej mu do dotknięcia istoty rzeczy – tej, której sam nie rozumie. Zamiast komentować, słucha i obserwuje. Wypowiadane przez niego dźwięki (bo trudno je nazwać słowami) mówią tyle samo – a nawet więcej – niż płomienne potoki słów innych postaci.
To właśnie spotkania rozlicznych bohaterów powieści z Jeffreyem odzwierciedlają odmienne style narracji. Łyskawa nie tyle pisze o Jeffreyu, ile komentuje opowiadanie o nim jako proces, który jest równie złożony, jak zagadkowy jest główny bohater powieści. Czytanie Prawdziwej historii Jeffreya Watersa i jego ojców to fascynująca podróż po tym, jak zmienia się język literatury: od odniesień biblijnych po współczesne skłonności do zabawy formą czy wplatanie autoprezentacji. Literatura to dla autora bęben. A on jest wytrawnym doboszem[1].
[1] Nawiązuję do tekstu Krzysztofa Masłonia komentującego Grę na wielu bębenkach Olgi Tokarczuk: https://culture.pl/pl/dzielo/olga-tokarczuk-gra-na-wielu-bebenkach [dostęp: 3.04.2025].