Teoria

Metamorfozy Dominiki Słowik

Jakub Famulski
581 odsłon
„Rybie oko” Dominika Słowik

Dominika Słowik, Rybie oko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024

I
Rybie oko to rodzaj soczewki w obiektywie, która pozwala uzyskać szeroki kąt widzenia, innymi słowy – uchwycić w kadrze bardzo wiele. Wyróżnia ją spośród opcji dostępnych na rynku specyficzny rodzaj dystorsji – obiekty na krawędziach obrazu zostają zniekształcone. Linie przechodzą w łuki, kąty proste w rozwarte, ostre w gładkie. Precyzyjnie odtworzony zostaje jedynie skrawek przestrzeni znajdujący się w samym centrum kadru, cała reszta ulega metamorfozie.

II
Czytadło to tytuł rozmowy Jakuba Wojtaszczyka z Dominiką Słowik na temat najnowszej powieści autorki[1]. Określenie „czytadło” można rozumieć jako propozycję niezobowiązującej rozrywki, obietnicę przyjemnej lektury, tekst, który połyka się w jeden wieczór, utwór niestawiający oporu odbiorcy. Przeczytawszy dzieło Słowik, nietrudno mi pojąć, skąd biorą się takie skojarzenia – jest wciągające, jego bohaterki sugestywne, a fabuła zrozumiała.

O czym jest ta książka? Przede wszystkim o dorastaniu. Towarzyszymy głównej bohaterce, Nat, od wczesnego dzieciństwa (w pierwszym rozdziale ma jakieś pięć lat) po symboliczny moment wejścia w dorosłość (czyli wyprowadzki na studia do Krakowa). Równolegle dojrzewa druga bohaterka powieści – Edyta, matka Nat. W początkowych partiach książki bliżej jej do dwudziestki niż trzydziestki – w ciążę zaszła tuż przed maturą, wówczas ojciec za karę ogolił ją na łyso i ostatecznie nie udało jej się zdać egzaminu „dojrzałości” właśnie. Kobieta wychowuje córkę samotnie i na przestrzeni książki przekształca się z zagubionej młodej dorosłej w pewnie stąpającą po ziemi osobę żyjącą w zgodzie ze światem (nie mylić z osobą pogodzoną ze swoim losem – różnica niewielka, ale znacząca). Kolejną bohaterkę powieści stanowi relacja córki z matką, również dynamiczna. Poznajemy ją w okresie wspólnego życia Edyty i Nat pod jednym dachem. Nie było tak zawsze, jako że Nat najwcześniejsze dzieciństwo spędziła z dziadkami. W tym czasie Edyta pracowała na Zachodzie, żeby za zarobione pieniądze po powrocie do kraju kupić mieszkanie. „Mieszkanie” – to brzmi dumnie, ale rzeczywistość nie jest kolorowa: cztery ściany Nat i Edyty to ciasna, śmierdząca suterena (jeden pokój i łazienka, ze skrawkiem trawnika za piwnicznym oknem). W toku powieści także suterena ulega przemianom – pojawiają się nowe przedmioty, rzeczy się psują, partner Edyty wstawia ściankę, wydzielając Nat jej własny pokoik, i tak dalej. Skoro już jesteśmy przy warunkach bytowych, to na plan wkracza następna bohaterka – bieda. Pieniędzy zawsze brakuje. Nat nie dostaje kieszonkowego, a w ogólniaku dorabia jako sprzątaczka, co odróżnia ją od przyjaciółek, które nie muszą przejmować się każdą złotówką. Edyta za to nieustannie balansuje między próbami zachowania dumy a potrzebą chwytania się prac, którymi w jej mniemaniu nie godzi się parać (od stania na kasie w monopolowym po próby drobnego handlu kosmetykami). By skończyć to przydługie wyliczenie, dodałbym jeszcze do listy ważniejszych bohaterek zmiany cywilizacyjne, społeczne, kulturowe i technologiczne związane z upływem czasu w toku narracji – zaczynamy gdzieś w latach dziewięćdziesiątych i przez przełom wieków docieramy do wczesnych dwutysięcznych. Okazuje się, że to czytadło wytycza naprawdę szeroką przestrzeń podejmowanych tematów.

Skoro wróciliśmy do pojęcia czytadła, trzeba przyznać, że to słowo ma w sobie również coś niezbyt miłego. Należy powiedzieć wprost: czytadło jest puste, czytadło to przedmiot pozbawiony wartości artystycznej, produkcyjniak dla mas (w takim ujęciu, rzecz jasna, ciemnych), antypody głębi i arcydzielności. W przypadku tej książki można zwrócić uwagę na osnucie głównego wątku wokół relacji matki z córką – to motyw chętnie eksploatowany w najnowszej prozie. Również scenografia potransformacyjnej Polski na stałe wpisała się już w krajobraz naszych powieści. Myślę, że do podobnych wniosków musiała dojść Olga Wróbel, recenzując książkę dla „Dwutygodnika”, jako że wstęp poświęciła na obronę autorki przed tego rodzaju zarzutami. Krytyczka pisze w nim o dojrzałości twórczej i talencie, które mają stanowić swego rodzaju uzasadnienie dla podejmowania motywów nie pierwszej świeżości. Inna sprawa, że w najnowszej powieści Dominiki Słowik nie uświadczymy też tak dziś lubianych elementów: realizmu magicznego, surrealizmu, weirdu. Gościły one w poprzednich książkach autorki, a tutaj – brak. Zamiast tego zwyczajna codzienność bez nawet odrobiny zaczarowanej tajemniczości, która zapewniałaby o obcowaniu z utworem niezwykłym. Zdaje się, że wątpliwości w tych kwestiach nie ominęły również samej Słowik, bo rozmowę z Wojtaszczykiem rozpoczyna następujące stwierdzenie: „Większość autorów i autorek chce pisać nowe rzeczy i wytaczać nowe ścieżki. Moje ego musiało ustąpić, gdy pozwalałam sobie na użycie znanych chwytów pisarskich”.

Nie zamierzam bronić tej książki przed zarzutem bycia czytadłem. Ba, uważam, że mamy do czynienia z czytadłem, i to po prostu czytadłem – ale równocześnie aż czytadłem. Co więcej, nie ma się czego wstydzić, wręcz powinien być to powód do dumy. Bo to czytadło pierwszej klasy. Truizmem, który czasem warto przypomnieć, jest to, że łatwe nie musi być wcale gorsze od trudnego. Innowacyjność często okazuje się nie taka oryginalna, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Przyjemność lekturowa wcale nie znajduje się na liście grzechów. Nie interesuje mnie głębia tej książki, lecz fascynuje powierzchnia – i o tym chciałbym tutaj trochę napisać.

III
Samosiejki to poprzednia książka Dominiki Słowik – zbiór opowiadań, które łączy tematyka relacji człowieka z naturą i wiążącej ich zależności; majaczą nad nim widma zagrożeń związanych ze zmianami klimatycznymi. Nietrudno z tego wyczytać krytykę konsumpcyjnego trybu życia.

Można jednak czytać Samosiejki inaczej: jako laboratorium stylu, serię eksperymentów na języku prowadzonych przez poszukującą autorkę. Raz wypróbowuje ona narrację pierwszoosobową, kiedy indziej stawia na narratora w trzeciej osobie, sięga po najróżniejsze klisze fabularne i przerabia je na własny użytek. Czasem pozwala sobie na rozbuchaną opisowość, innym razem cyzeluje styl, usuwając każdy zbędny epitet.

Przyznam, że ten sposób myślenia o Samosiejkach – jako swoistym warsztacie, treningu – nie przyszedł mi do głowy w trakcie pierwszych lektur najnowszej powieści Słowik, nawet kiedy porównywałem ją w myślach z poprzednimi utworami autorki. Początkowo wydawała mi się jedynie po prostu czytadłem, poziomem zero stylu, przezroczystym naczyniem wypełnionym wciągającą treścią. Aż pewnego wieczora odkryłem, że wcale tak nie jest.

Byłem wówczas świeżo po lekturze początkowych rozdziałów najnowszej powieści Słowik. Powiedzieć, że mi się podobały, to nic nie powiedzieć. Pół siedząc, pół leżąc na kanapie, pomyślałem, że to naprawdę w porządku książka, a może nawet dobra książka. Coś się we mnie w związku z tym tekstem działo. Mój partner zalał właśnie herbatę. Zaproponowałem, że przeczytam mu pierwszy rozdział najnowszej powieści Dominiki Słowik. Wyprostowałem się, odchrząknąłem – i zacząłem. Czytam. Nie dotarłem jeszcze do końca pierwszej strony, a już czuję opór. Staram się go zignorować. Czytam dalej, ale coś mi nie idzie. Plączę się w intonacji. Powierzchnia tekstu wydaje się chropowata, gdy próbuję przełożyć ją na mowę. Gubię się na akcentach i gubię akcenty. Składnia okazuje się nie być wcale wzięta z codziennych rozmów. Przekonany, że mam przed sobą „po prostu czytadło”, wmówiłem sobie, że jego styl musi być przezroczysty – w rozumieniu: normalny, potoczny. Ale to dalekie od prawdy. Język jest tu wysoce zorganizowany, choć nieinwazyjnie – nie sposób kogoś winić za przeoczenie owego faktu. Ostatecznie tamtego wieczora dotarłem do dykcji tej prozy. W owym momencie byłem już nią zafascynowany.

IV
„Zęby straciły z matką w podobnym czasie” – to pierwsze zdanie najnowszej powieści Dominiki Słowik. Historia Natki rozpoczyna się od bólu zęba. Brat pożycza Edycie pieniądze, aby mogła zabrać córkę do dentysty. Edyta i Nat wyruszają więc w drogę rozpadającym się maluchem. Po chwili policjant zatrzymuje je na rutynową kontrolę. Gdy okazuje się, że Edyta nie ma prawa jazdy (ze sobą, ale też w ogóle), zaprasza ją do radiowozu.

Nat została sama. Uklękła na siedzeniu. Zza oparcia spoglądała przez tylną szybę. Widziała, jak dorośli idą w stronę policyjnego auta, ale miała wrażenie, że to ona się przemieszcza, zielony maluch rusza i niesie ją w dal. W radiowozie widziała matkę, siedziała obok policjanta. Miał sztywne, służbowe ruchy i Nat wydało się, że matka stara się go powoli unieszkodliwić serią niejasnych gestów. Coś wyjaśniała. Poprawiła włosy. Złożyła dłonie jak do modlitwy, przyłożyła je do ust. Policjant milczał. Złapała go za rękę.

Wtedy mężczyzna poczerwieniał.

Usta mu się wykrzywiły i chociaż Nat nic nie słyszała, była pewna, że facet bardzo głośno wrzeszczy. Edyta ukryła twarz w dłoniach. Później zaczęła grzebać w torebce. Chusteczką wytarła oczy, wysmarkała nos.

Trwało to wszystko dość długo. Głowy dorosłych za szybą przypominały Nat dwie wielkie ryby zawieszone w akwarium.

Policjant wreszcie się uspokoił.
(s. 9)

Powyższy fragment stanowi reprezentatywną próbkę języka tej powieści. Pierwszym, co powinno rzucić się w oczy namiętnym czytelnikom Słowik, jest zmiana pozycji narratora. Nie mamy tu do czynienia – jak we wcześniejszych powieściach – z rozbudowaną narracją pierwszoosobową, ale z dość klasycznym trzecioosobowym opowiadaczem usadowionym gdzieś za plecami Nat. W przerwie między poprzednimi powieściami a tą ukazały się Samosiejki – niejako sygnalizujące potencjalną przemianę. Co jeszcze o tym narratorze? Choć przyklejony do Nat, tylko niekiedy pozwala sobie na bezpośrednie zacytowanie jej myśli, lecz jego perspektywa jest w pełni uwarunkowana możliwościami percepcyjnymi dorastającej dziewczyny. Widzi przez nią i z nią, opisuje to, co zwraca jej uwagę – czym innym będzie opis tego samego przedmiotu w początkowych partiach książki, kiedy Nat ma lat kilka, czym innym w późniejszych, gdy chodzi już do ogólniaka.

V
Rybie oko to inna nazwa wizjera drzwiowego, zwanego potocznie judaszem.

VI
Tetris to jeden z krótszych rozdziałów najnowszej powieści Dominiki Słowik. Dowiadujemy się w nim, że wujek Nat – Lutek – jest gejem. Jednak to słowo nie pojawia się ani razu. Nie należy do słownika kilkuletniej dziewczynki, więc nie korzysta z niego narrator. Zamiast tego zostaje to rozegrane następująco. W ramach retrospekcji przenosimy się do czasu, kiedy dziewczynka mieszkała z dziadkami i (niepełnoletnim jeszcze) Lutkiem. Wujek chwali się siostrzenicy swoim plakatem Backstreet Boys, gdy nakrywa go na tym dziadek:

O! A co to za pedały?
(s. 54)

(Swoją drogą: ta wypowiedź dziadka to jedyny przypadek w całej książce, kiedy pojawia się bezpośrednie określenie na osobę queerową). Zestresowany Lutek na poczekaniu wymyśla, że przywiózł plakat dla Nat, bo to teraz takie modne wśród jej rówieśniczek. W tu i teraz Natka wraca ze szkoły, gdy okazuje się, że Edyta obiecała bratu parę godzin prywatności z jego dziewczyną w ich mieszkaniu. Nie mając co ze sobą zrobić, Nat łapie konsolkę z Tetrisem i urządza się w pobliskich krzakach. Stara się pobić rekord w gierce, a równocześnie śledzi poczynania Lutka i jego partnerki przez okno. Ci piją wino, ale gdy przychodzi co do czego, wujek zdaje się mieć problem z doprowadzeniem sprawy do końca.

Nagle zmienił pozycję i odwrócił dziewczynę tyłem do siebie. Nat bała się, że zauważy ją w oknie, ale on wpatrywał się w ścianę nad jej łóżkiem. Po szyi spływały mu krople potu. Zaczął rytmicznie poruszać biodrami, jak pies sąsiada. Ruch stawał się coraz szybszy. Wujek nie odrywał wzroku od ściany.
(s. 56–57)

Na ścianie wisi oczywiście plakat z retrospekcji. Nie potrzeba detektywa, żeby zrozumieć, o co tu chodzi, to nie jest trudna zagadka. Jednak sytuacja lekturowa, w której się odnajdujemy, aktywizuje nas. Zmusza do wypełnienia luki w tekście, zaprasza do wzięcia udziału w akcie kreacji świata utworu.

Ciekawie z taką perspektywą czytelniczą współgra specyficzny rodzaj wstawek zaburzających powierzchnię tej prozy. Nat okazuje się nad wyraz skłonna do metapoetyckich refleksji. Nie powinno to zaskakiwać tych, którzy uważnie przeczytali Samosiejki (wiele tam fragmentów takich jak ten: „bo czym stałoby się moje pisanie, jeśli nie pozostawiałoby żadnego śladu”[2]). W najnowszej powieści Dominiki Słowik znajdziemy niejeden kawałek takiego rodzaju: „Zrozumiała coś, co przeczuwała już od dawna – czasem większe znaczenie ma to, co się mówi, niż jak się mówi” (s. 168). Albo gdy Nat ogląda Archiwum X:

Czujna agentka Scully pisała swoje raporty przed komputerem, a Nat myślała: „Widzimy jej plecy, bo zło zawsze nadchodzi od strony naszego wzroku, jakby stało także za naszymi plecami”. Zawsze się wtedy o Danę bała, dopiero potem uświadomiła sobie, że dopóki agentka pisze, nic jej się nigdy nie stanie.
Jest bezpieczna.
(s. 101)

To momenty, gdy mnożą się porządki rzeczywistości, powierzchnia prozy zaczyna falować, zaczynamy czytać równolegle różne światy. Znów – można łączyć takie zabiegi z koncepcją uaktywniania odbiorców: zamiast pasywnej konsumpcji, aktywne zaangażowanie.

Pozwolę sobie zwrócić uwagę na jeszcze jeden chwyt z repertuaru autorki wpisujący się w tę strategię – być może najlepiej ukryty, bo w samym centrum, niczym niezasłonięty, w pełni na widoku. Przywołany przeze mnie wcześniej dłuższy fragment opisujący starcie Edyty z policją składa się z osiemnastu zdań. Pośród nich dwanaście stanowią zdania pojedyncze, a jedynie sześć złożone, z których aż trzy współrzędnie. Sprawia to, że zamiast śledzić logiczny ciąg następstw, obcujemy raczej z nieustannie rozrastającą się swobodną przestrzenią wrażeń. Pomiędzy zdaniami pojawiają się wyrwy, które w akcie lektury – na podobnych zasadach co we wcześniejszych przypadkach – należy wypełnić. Język pracuje, wyobraźnia pracuje, czytelnik pracuje. Rzecz jasna, przy każdym kontakcie z literaturą ma miejsce analogiczny proces, lecz przy przewadze zdań pojedynczych jest natężony, dynamiczniejszy. Myślę, że przede wszystkim właśnie ten fakt sprawił mi takie trudności w głośnej lekturze. To naprawdę nietypowa sytuacja dla języka powieści, ta dominacja zdań pojedynczych.

Można by w tym momencie sformułować zarzut, że wysnuwam ten wniosek na podstawie pojedynczego fragmentu, zapewne tendencyjnie dobranego pod tezę – bo czy to nie dziwne, że otrzymujemy taki precyzyjny stosunek zdań pojedynczych do złożonych (2 : 1)?

VII
669 – to liczba zdań składających się na Szczęki, czyli pierwszy rozdział najnowszej powieści Dominiki Słowik. 434 z nich to zdania pojedyncze, 235 – złożone. 434 : 235 = 1,85 : 1 ≈ 2 : 1. Stosunek zostaje w przybliżeniu zachowany. Przyznaję, że nie policzyłem wszystkich zdań w książce, ale nie przypuszczam, aby coś to zmieniło. Stylistycznie całość powieści jest konsekwentna, spójna.

VIII
Przemiana to opowiadanie Franza Kafki opublikowane w 1915 roku. Przywoływanie go jako kontekstu dla najnowszej powieści Dominiki Słowik wydanej w roku 2024 na pierwszy rzut oka wydaje się podejrzane. Można przecież zapewne znaleźć bliższe sobie utwory, i to nie tylko w kwestii daty druku. Sama książka Słowik usiana jest odniesieniami intertekstualnymi – nastoletnia Nat zaczytuje się w Sapkowskim, wkurwia na sukces Masłowskiej, a w tle w pewnym momencie pojawia się teatrzyk szkolny, który wygląda jak żywcem wyjęty z Absolutnej amnezji. W posłowiu za to Słowik wylicza całą rzeszę ważnych dla niej autorek (choć wypada nadmienić, że w rozmowie z Wojtaszczykiem stwierdza, iż ukształtowały ją one raczej jako czytelniczkę, nie autorkę).

Skąd więc ten Kafka? Przemiana opowiada o Gregorze Samsie, młodym mężczyźnie harującym jako komiwojażer, by zapewnić byt rodzinie. Kwestia dyskusyjna, czy rodzina potrzebuje jego poświęceń. Status quo załamuje się, kiedy pewnego dnia Gregor przemienia się w robaka. Można ów fakt czytać jako ucieczkę przed pasożytującą na Gregorze rodziną albo jako rezygnację z pędu funkcjonowania narzucanego przez kapitalistyczne społeczeństwo, albo jako przypowieść o porażce na drodze dorastania. W takim zestawieniu najnowsza książka Słowik byłaby opowieścią o zwycięstwach w procesie dojrzewania. Za równoległym czytaniem tych tekstów przemawia podobieństwo podejmowanych przez nie zagadnień: oba dotyczą zarówno relacji rodzinnych, jak i sytuacji polityczno-ekonomicznej jednostek. Gregor pracuje jako komiwojażer, w życiu Edyty istotny okres stanowi praca akwizytorki jeżdżącej w „delegacje” (jeden z rozdziałów dotyczy takiej właśnie podróży, w której towarzyszy jej Nat). U Kafki rozwiązaniem jest rezygnacja, u Słowik podejmowanie kolejnych prób, a gdy pojawiają się trudności – akceptacja, że nie zawsze będzie się im w stanie podołać, i zgoda na to, że takie jest właśnie życie, nie wszystko da się w nim zmienić i nie wszystko warto.

Sam obraz przemiany człowieka w insekta pojawia się również w tekście Słowik. To moment, żeby wspomnieć o wyobraźni Nat i obrazach, które ją zasilają. Nat u dentysty: „Z gabinetu słyszała wrzaski i brzęczenie, wyobrażała sobie, że doktor zamienia się tam w wielkiego metalowego owada i bzycząc, powoli pożera pacjentów” (s. 13). Nat w szkole: „Nat była ciągle senna, w klasie czuła się tak samo jak kosmiczne owady w terrarium, znieruchomiała, spowolniona, czekająca na przemienienie. Jakby udawała coś, czym wcale nie była” (s. 144). Drugie źródło powracających w kolejnych rozdziałach wyobrażeń to ryby. Obrazy insektów wiązałyby się raczej z biernością, lękiem i rezygnacją – ryby z witalnością, rozkoszą i działaniem. Nat i masturbacja: „Miała wrażenie, że ta wydzielina zalewa jej mózg, że jej mózg jest wielką oślizgłą rybą, której nie da się złapać. Nat marzyła o tym, żeby ją ścisnąć i dusić, dusić, dusić, aż oczy wyjdą jej na wierzch” (s. 141). Czasem rozróżnienie nie wydaje się takie oczywiste: „Z prądem walczyły maleńkie rybki. Pokazała je Paulinie, roześmiała się. Wielki wysiłek, żeby pozostać w tym samym miejscu” (s. 188). Ryby i insekty pojawiają się w przestrzeni świata przedstawionego i w wyobraźni głównej bohaterki. Towarzyszą czytelnikom konsekwentnie przez całą powieść. Każdy jej rozdział zorganizowany jest wokół pewnego formacyjnego doświadczenia Nat, a pojawiające się w nim obrazy przemian, insektów czy ryb można traktować jako ich wydestylowane do kilku zdań zasadnicze sensy. Równocześnie kolejne metamorfozy niepostrzeżenie wyznaczają rytm tej prozy, łącząc poszczególne rozdziały w spójną tematycznie, rozwijającą się opowieść. Przemiana, choć nie zawsze przyjemna, ostatecznie nie kończy się tu nigdy faktycznym regresem, dorastanie okazuje się równoczesnym radzeniem sobie ze stratą i zachwytem tym, co pojawia się w jej miejscu.

IX
Rybie oko to najnowsza powieść Dominiki Słowik. Opowiada o dorastaniu, dojrzewaniu, utratach i metamorfozach. Wyróżniają ją rzemieślnicza precyzja, z jaką został zorganizowany język tej powieści, zgrzebność kompozycji, przenikliwość stylu. Tekst na różnorakie sposoby wciela i odtwarza sam proces przemiany, równocześnie traktując o zdrowej relacji ze zmianami. To czytadło najwyższych lotów, a jego skryty artyzm jest największym dotychczasowym osiągnięciem autorki.

 

PRZYPISY

1. J. Wojtaszczyk, Czytadło. Rozmowa z Dominiką Słowik,  [dostęp: 5.02.2025].

2. D. Słowik, Samosiejki, Kraków 2021, s. 10.

3. Na marginesie, sięgając do zupełnie innego języka, można by to rozpisać jako różnicę między depresją a pozycją depresyjną. Przywołuję terminologię Melanie Klein, jako że widzę w niej potencjał na jeszcze jedną interesującą próbę lektury dzieła Słowik – w tym wypadku dzieła rozumianego jako cały jej dotychczasowy dorobek. Kolejne utwory autorki dobrze korespondują ze spektrum wyznaczanym przez pozycję schizo-paranoidalną i pozycję depresyjną. Należałoby pomyśleć o tych pozycjach w podobny sposób, w jaki twórczo czerpie z nich Eve Kosofsky Sedgwick, definiując modele lektury odpowiednio paranoicznej i reparacyjnej. Atlas: Doppelganger znalazłby się najbliżej wierzchołka paranoicznego, dalej Zimowla, większa zmiana zachodzi w Samosiejkach, a na drugim końcu spektrum – najnowsza książka. Zatrzymuję się na tym skrócie skrótów, ponieważ próba omówienia tego tematu wymagałaby osobnego szkicu, przynajmniej równie długiego co ten.