Natalia Ginzburg, Małe cnoty, tłum. Weronika Korzeniecka,Wydawnictwo Filtry,Warszawa 2024
Autorka, która wszystko widzi, zapamiętuje każdy szczegół, umieszcza go na własnej mapie innych szczegółów, ogląda z każdej strony, cytuje. Małe cnoty, niepoprawne, poważne i zabawne eseje Natalii Ginzburg, nie zadają pytań, ale znajdują odpowiedzi.
Natalia Ginzburg, jedna z najbardziej znanych włoskich pisarek, członkini partii komunistycznej, żona zamordowanego antyfaszysty, matka pięciorga dzieci, autorka kilkunastu książek, polityczka włoskiej lewicy, urodziła się w 1916, a zmarła w 1991 roku. Do tej pory w Polsce ukazały się Drogi Michele (PIW, 1976), Nasze dni wczorajsze (Wydawnictwo Austeria, 2014) i Słownik rodzinny (Wydawnictwo Filtry, 2021) jej autorstwa. Małe cnoty to zbiór esejów pisanych w różnych momentach i okolicznościach jej burzliwego i naznaczonego historią życia. Ma to znaczenie tylko częściowo, bo metoda i styl autorki mają w sobie pewną charakterystyczną, stanowczą ponadczasowość, która traktuje autobiografizm tylko jako punkt wyjścia. I to wcale nie zawsze.
Ja nie, on tak
W pierwszych słowach otwierającego zbiór eseju Ginzburg pisze, że w Abruzji istnieją wyłącznie dwie pory roku: lato i zima. Ten dualizm – albo raczej skłonność do zestawiania ze sobą różnego rodzaju przeciwieństw – to jedna z najbardziej charakterystycznych cech jej prozy. Autorka Małych cnót jest przede wszystkim filozofką różnicy. To właśnie w tym obszarze rzeczywistości i relacji międzyludzkich odnajduje sens istnienia i porządek świata. Lub odwrotnie: jego nieustanny i wszechobecny chaos.
Włoszka w swoich esejach zestawia ze sobą nie tylko miejsca, ludzi i sposoby bycia. Jej poszukiwania sięgają głębiej. Pisarka wybiera sobie jedną rzecz – stan posiadania, cechę charakteru, umiejętność – którą czyni centrum wszystkiego. Ta jedna różnica staje się epicentrum tożsamości i losu. W eseju Porwane buty są to tytułowe buty. „Mam porwane buty i porwane buty ma też przyjaciółka, z którą mieszkam” – brzmi pierwsze zdanie, co przypomina nam o tym, że Ginzburg jest przede wszystkim autorką pierwszych zdań. Każda jej historia już we wstępie zostaje nasycona sensem, znaczeniem i prostą, ale głęboką prawdą. Ta wspólnota w jednym małym (ale wcale nie) fragmencie codzienności staje się spoiwem, nicią nierozerwalnie łączącą dwie kobiety, które spotkały się na chwilę, które niewiele łączy, które życie zaraz rzuci w zupełnie inne kierunki. Znajdziemy tu oczywiście wspólne doświadczenie braku, przejściowości, po prostu biedy. Ginzburg swoje spojrzenie obsesyjnie kieruje w stronę tego samego punktu. Jest w tym coś neurotycznego, ale też zabawnie konsekwentnego. „Rankiem, kiedy wstajemy, nasze porwane buty czekają na nas na dywanie”.
Esej Pochwała i opłakiwanie Anglii wymyka się próbom jednoznacznej interpretacji. Włoska pisarka analizuje wszystkie warstwy angielskiego społeczeństwa – ubrania, atmosferę w kawiarniach, politykę, jedzenie, mimikę, kolory drzwi i autobusów. Sprawia wrażenie osoby, która sama nie ma pewności, czy żartuje, ale skoro już zaczęła, to nie może przestać. Anglia wypada tragicznie w każdej możliwej kategorii:
Kultura, szacunek do bliźniego, dobry rząd, myślenie o ludzkich potrzebach i ich zaspokajanie, opieka nad starymi i chorymi – to wszystko z całą pewnością jest owocem dawnej, głęboko sięgającej mądrości. A jednak w ludziach przechadzających się po ulicach w żaden sposób nie widać jej ani nie czuć. Gdyby rozejrzeć się dookoła, nie ma po niej ani śladu. (…) Włochy są krajem, który poddaje się najgorszym rządom. Jest to też, jak wiadomo, miejsce, w którym nic nie działa. Panują tam chaos, cynizm, niekompetencja i zamęt. A jednak na ulicach da się wyczuć pewien intelektualny ferment, który krąży po nich niczym żywa krew.
W swoim wywodzie o angielskim jedzeniu Ginzburg prześciga samą siebie w ostrym, błyskotliwym i niesamowicie zabawnym okrucieństwie. „Wydaje mi się, że nawet niektóre słowa używane jako nazwy jedzenia i napojów mają obelżywy wydźwięk, zdradzają właśnie nienawiść lub pogardę. Snackssquash-poultry. Czy podobne wyrazy nie wydają się obelgą? A znaczą po prostu: kanapki, oranżada, drób”. W Anglii nikt nie może się zmienić, nawet drzewa wywołują smutek, nawet jedzenie jest po prostu „jakimś jedzeniem”. Krytyka jest totalna, sięga od geopolityki po okruchy rzeczywistości. Mnożąc konteksty i szczegóły angielskiego krajobrazu, autorka opisuje nie tylko to, jak bardzo nieudana jest według niej tamtejsza tkanka społeczna. Czy mówi poważnie? Nie ma znaczenia. Demonstruje, jak umowny, sztuczny i niedoskonały jest cały świat i my sami. Jak bardzo jesteśmy (z naszą kulturą, gustem, zwyczajami) owocem przypadku, okoliczności albo – na końcu – dziełem czyjegoś podsumowania.
Esej On i ja mógłby uchodzić za zapis tak zwanej toksycznej relacji, w której kobieta jest tą gorszą: nie umie tańczyć, śpiewać, nie zapamiętuje nazwisk aktorów. On we wszystkim jest dobry, po prostu, charakteryzuje go wielkie „tak”. Wytyka wady swojej partnerki, komentuje wszystko, co w niej odmienne – czyli irytujące. „Oburza się, kiedy widzi, że wieczorem zakładam golf”. Trudno jednak nie zauważyć pewnego dystansu autorki, która sumiennie i przesadnie odnotowuje zalety swojego partnera i własne wady. Język tego chłodnego opisu zawiera w sobie potężną broń – spojrzenie. Ginzburg, archiwizując wszystkie swoje słabości i pozorną siłę partnera, dokonuje zabiegu wywrotowego. Odbiera mu głos, notuje jego wybuchy złości, patrzy, widzi. Jej tekst jest dowodem na to, jak wielka władza kryje się w samym spojrzeniu i posiadaniu narzędzi do opisu rzeczywistości. Jej bohaterka nie wie, nie umie, ale pisze. I wygrywa.
Nudno wam, bo nie macie żadnego życia wewnętrznego
Świat bohaterów pisarki pełen jest potencjalnej przemocy. Włoska rodzina ze Słownika rodzinnego to tykająca bomba. Ojciec krytykuje swoje dzieci z każdego powodu: tylko on umie czyścić buty, zawsze jest zbyt jasno, zbyt ciemno, za głośno lub za cicho. Pomiędzy braćmi dochodzi do rękoczynów, wszyscy cały czas mówią, śpiewają, recytują wiersze, kłócą się. Ta książka najlepiej ilustruje charakterystyczną dla Ginzburg mieszaninę niecodziennego poczucia humoru, okrucieństwa, miłości do życia i języka. Bliskość jest tu budowana za pomocą słów, cytatów, które zawierają w sobie całą historię skomplikowanych relacji międzyludzkich:
Jest nas pięcioro rodzeństwa. Mieszkamy w innych miastach, kilkoro z nas przebywa za granicą; nie pisujemy do siebie często. Kiedy się spotykamy, bywa, że jesteśmy wobec siebie obojętni bądź roztargnieni. Ale wystarczy jedno słowo. Wystarczy słowo albo zwrot: jeden z dawnych zwrotów, usłyszanych i powtarzanych w nieskończoność w czasach naszego dzieciństwa. Wystarczy powiedzieć: Nie przyjechaliśmy do Bergamo na wieś albo czym zajeżdża siarkowodór, żeby w jednej chwili przywrócić dawne więzi, nasze dzieciństwo i młodość, nierozerwalnie związane z tymi zwrotami, z tymi słowami. Jedno z tych wyrażeń albo słów pozwoliłoby się nam rozpoznać w ciemnej jaskini, pośród milionów osób. Te zdania są naszą łaciną, glosariuszem minionych dni, są tym, czym dla Egipcjan i Asyro-Babilończyków były hieroglify, świadectwem żywego niegdyś jądra, które już nie istnieje, ale nadal żyje w tekstach, ocalałych od żywiołu wody, od niszczącego działania czasu.
Ginzburg właśnie w języku codziennym widzi sedno istnienia i klucz do tego, co ludzkie i stałe. Jest w tym języku sporo okrucieństwa i poczucia humoru i tak autorka postrzega rodzinę: jako organizm, którego największym spoiwem jest komunikacja na wielu poziomach, palimpsest zdań, przezwisk i nastrojów.
W Małych cnotach znajdziemy esej pod tytułem Relacje międzyludzkie. W charakterystyczny dla siebie, pozornie chłodny i analityczny sposób pisarka rysuje w nim mapę życia wśród ludzi. Jej bohaterka (lub bohater, bo płeć nie jest tu jasna i specjalnie istotna; można oczywiście dyskutować tu z Ginzburg) porusza się w labiryncie skomplikowanych odniesień do innych. Autorka opisuje zależności, wpływ emocji innych na nasze postrzeganie siebie i świata. Jej periodyzacja ludzkich losów ma w sobie coś boleśnie prawdziwego. Uderza tu powtarzalność ludzkich zachowań, ich brak oryginalności. Pisarka mówi nam: wiem, że wszyscy to przeżyliście, wiem, jak się czujecie. I wiem, co się z wami stanie.
Styl Natalii Ginzburg na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie lekkiego i naiwnego. W eseju Mój zawód autorka analizuje źródła swojej pewności, że pisanie jest właśnie tym, czym powinna się zajmować. Odpowiedź znajduje we własnej słabości, niepewności, niedostosowaniu. Po prostu kiedy robi inne rzeczy, zawsze zastanawia się, jak robią je inni, czuje się gorsza. A kiedy pisze, wie, że robi to dobrze. Nie myśli o innych pisarzach. Nie myśli o nikim. Wydaje się proste? O to chodzi. Jej pisanie jest pełne odwagi. Włoszka nie boi się nikogo. Pisze o wojnie, pamięci, traumie, milczenie nazywa grzechem, uważa, że dzieci nie powinno się uczyć szacunku do pieniędzy, wierzy w wielkie cnoty. Nie trzeba się z nią zgadzać, ale jej bezkompromisowy, pełen dziwnego poczucia humoru wywód wzbudza szacunek. Kiedy ostatnio spotkaliście osobę, która wie – która jest pewna, że wie – czym jest dobro, a czym zło?