Grzegorz Piątek, Świątynia i śmietnik. Architektura dla życia (Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2025)
Świątynia i śmietnik to książka, która na boku wszystkich opisanych przez Grzegorza Piątka historii – nie tylko warszawskich szaletów, ale też kulis powstania między innymi najlepszego przedszkola w Polsce czy „mieszkań z taśmy” – pozwala odnieść się krytycznie do własnego samozadowolenia.
Wbrew pozorom kluczowe w najnowszej publikacji Piątka wcale nie jest zasugerowane w tytule rozróżnienie na śmietniki i świątynie. Mniej oczywistą klamrą dla książki mogłoby być wspomnienie, którym autor podprowadza czytelnika znacznie bliżej tego, co sam określa wprost mianem manifestu:
Kiedy miałem jakieś cztery lata, pierwszy raz w życiu zostałem zabrany do teatru, na operę Jaś i Małgosia. Baby-Jagi bałem się najbardziej na świecie i gdy tylko pojawiła się na scenie, zacząłem chować się za fotel. W pewnym momencie spostrzegłem jednak, że Baba-Jaga wcale nie lata na miotle, lecz zwisa ze sztankietów na ledwie widocznych drutach. W tym momencie zacząłem krzyczeć: „Baba-Jaga! Ja się ciebie nie boję, bo ty jesteś na sznurkach!”. [s. 22]
Dostrzeżenie sznurków to pierwszy krok do wyjścia z iluzji, be względu na to, czy oglądamy spektakl artystyczny czy polityczny. Subtelne przesunięcie spojrzenia pozwala dostrzec fasadę. Jak jednak podkreśla Piątek, dojrzenie i zrozumienie mechanizmów działania świata – podobnie jak odkrycie, kto za tym wszystkim stoi – wcale nie musi oznaczać „rezygnacji z radości podziwiania spektaklu”. Wręcz przeciwnie: dopiero świadomość sprawia, że uczestnictwo w spektaklu może wejść na inny, wyższy poziom. A widz świadomy to taki, który może i powinien domagać się więcej.
Podobnie rzecz ma się z architekturą. Piątek – architekt, krytyk i historyk literatury, któremu jedna z poprzednich książek (Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920–1939, 2022) przyniosła Nagrodę Literacką Gdynia i Paszport „Polityki” – przypomina tu coś tylko pozornie oczywistego: spektakl tworzony przez architektów powinien powstawać przede wszystkim z myślą o człowieku. A ten jest nie tylko widzem, ale przede wszystkim codziennym użytkownikiem. Życie w tego typu spektaklu częściej krąży zaś wokół śmietników i toalet niż monumentów. „Kiedy powtarzamy wyłącznie opowieści o pałacach i pomnikach, tracimy z oczu to, co najważniejsze” – twierdzi autor.
„Śmietnik to prawda o życiu. Nieidealna, ale prawda”
Najnowsza książka jednego z najczęściej dziś nagradzanych polskich eseistów, Świątynia i śmietnik, to rozpisana na dwanaście rozdziałów pochwała codzienności – a zarazem tęsknota za jej uszanowaniem. Każdy z tych tekstów jawi się jako osobny apostoł tego, co sam autor zbiorczo określa jako „architekturę dla życia”. Miałaby to być architektura powstała z myślą o codzienności wszystkich tych, którzy w dominującym myśleniu wciąż bywają pomijani: dzieciach, kobietach, osobach z niepełnosprawnościami czy starszych. Piękno? Owszem, ale nigdy jako cel sam w sobie.
Piątek posuwa się do stwierdzenia, że współczesna architektura inspiracji do głębszej odnowy powinna szukać w kuchni, czyli „przestrzeni stereotypowo babskiej”. To przestrzeń „związana z tymi cechami i wartościami, które nasza kultura przypisywała kobietom: ciepłem, troską, gospodarnością, zdrowym rozsądkiem. To też pomieszczenie powszednie, miękkie i nieformalne – przeciwieństwo sztywnego, reprezentacyjnego salonu (…)”. Autor uważa, że architektura dla życia oznaczałaby architekturę sfeminizowaną, i przypomina sylwetki dwóch zasłużonych architektek, Haliny Skibniewskiej i Aliny Scholtz, które „szukały poezji w prozie” i „wsłuchiwały się w to, co podpowiada życie”. A przy tym wyciskały z każdej złotówki dwa złote i dbały o drobiazgi, które docenić mogli tylko sami mieszkańcy. Skibniewska powtarzała, że użytkownik postrzega mieszkanie od środka – z jego perspektywy nie jest aż tak ważne, czy budynek ma atrakcyjną rzeźbę ani jak wygląda fasada.
W historii polskiego modernizmu to kobiety uczyły, że lepiej zaprojektować więcej mniejszych pokojów niż mniej większych („Nie wiem, czy Skibniewska czytała Własny pokój Virginii Woolf, ale znała ciasnotę przeludnionych warszawskich mieszkań i wiedziała, ile jest warta odrobina prywatności”). Że osiedla lepiej projektować od razu z myślą o potrzebach osób z niepełnosprawnościami, niż czekać, aż pojawi się konieczność dostosowania już istniejących budynków. Że architektura nie powinna nikogo – w tym dzieci – strofować.
Kobiety intuicyjnie przeczuwały, że w dobie high modernity pierwszym zadaniem architektury było wykorzystywanie zdobyczy nowoczesności, by „chronić przed jej negatywnymi skutkami jak najszersze masy”, i że architektura powinna tworzyć kawałek lepszego świata dla wszystkich – nie tylko dla wybranych.
Ostatni bastion
Piątek spogląda na architekturę oczami tych, którzy dotąd pozostawali przezroczyści. Jak podkreślił w trakcie naszego spotkania: współczesne miasta były i są projektowane z myślą o silniejszych. „Czyli też takich, którzy nie muszą często chodzić do toalet”, dodał. Rozdział poświęcony miejskim szaletom jest najdłuższy w całej książce.
Jeszcze trudniej niż poza czubek nosa jest czasem spojrzeć poza czubek penisa. A penisy mierzą się nie tylko jeden z drugim, ale i cały świat mierzą swoją miarą. W książce Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn Caroline Criado Perez pyta, dlaczego uchodzi za oczywiste, że kiedy spadnie śnieg, w pierwszej kolejności oczyszcza się głównie jezdnie, a dopiero później ewentualnie chodniki. [s. 68]
Domyślnym użytkownikiem miast był zawsze mężczyzna. Na przykładzie historii stołecznych szaletów, ale też obecnego stanu badań nad fizjologią czy anatomią (z których jasno wynika, że kobiety muszą i częściej, i dłużej), Piątek zwraca uwagę, że potrzeby kobiet były i są wciąż zaniedbywane nawet na tak podstawowym poziomie, jak dostęp do toalet. Podkreśla też, że zaniedbanie to dokonuje się na wspólnym froncie: potrzeb ciała. „Wiele i bardzo wzniośle napisano o ludzkim wymiarze architektury, ale to w toalecie, miejscu najmniej patetycznym, zbliżamy się do tego wymiaru najbardziej”. Na wspólnym froncie cielesności ludzie łączą się ponad wszelkimi podziałami, w tym klasowymi i kulturowymi. W przypadku toalet mowa o froncie, na który nawet król chadza piechotą. „Łazienka to jeden z ostatnich bastionów realu”, puentuje autor.
Trudno się dziwić, że po premierze Świątyni i śmietnika to właśnie temu rozdziałowi (Dla ciała) poświęcono najwięcej uwagi. Temat toalet – i wiążących się z nimi potrzeb – to wciąż w naszym kręgu kulturowym tabu, a dla samych architektów margines kojarzący się z najmniej prestiżową pracą z możliwych. Do projektowania toalet sadza się w pracowniach początkujące osoby. „Może jest w tym coś z fali w wojsku. Trzeba przejść przez najgorsze”, mówił Piątek w trakcie naszej rozmowy.
Świątynia i śmietnik to książka, która na boku wszystkich tych historii – nie tylko warszawskich szaletów, ale też kulis powstania między innymi najlepszego przedszkola w Polsce czy „mieszkań z taśmy” – pozwala odnieść się krytycznie do własnego samozadowolenia. Bo nie brak dziś ludzi, dla których kulturowy pochód walki równościowej dopełnił się i zakończył wraz z przyznaniem kobietom praw wyborczych. Piątek przypomina i wytyka lekcje nieodrobione. Wskazuje na konkretne miejsca i problemy, które dla większości z nas wciąż pozostają przezroczyste.