Teoria

Przyjemność kąsania

Andrzej Graul
397 odsłon
Kamil Kawalec, Komary, Convivo, Warszawa 2025

Kamil Kawalec, Komary, (Convivo, Warszawa 2025)

Bo chodzi o to, żeby było miło, choć nie każdy o tym wie.
Bolec

Choć być może nie wypada mi pochylać się krytycznie nad drugą książką Kamila Kawalca, gdyż jest moim kolegą redakcyjnym z magazynu „Zakład”, nie mogłem się powstrzymać przed uzupełnieniem pewnej luki, która moim zdaniem wyziera spomiędzy obecnych odczytań Komarów – mowa tu o tekstach Karoliny Górnickiej[1] i nameste[2]. Cóż, parafrazując zgrabny chwyt Łukasza Żurka z tekstu o Kwaśnych obolach Jakuba Sęczyka[3], napiszę jedynie, że w niniejszym tekście również sięgam po starą krytycznoliteracką figurę „przegapiono najważniejsze, doceniono drugorzędne”, wierząc, że dalszy wywód ją obroni, a moje polemiczne uwagi wobec recenzenckiego środowiska okażą się nie jałowym czepialstwem, lecz gestem pożytecznym.

Tyle prywaty. Więcej z mojej strony słowem wstępu dodawać nie trzeba.

***
Żądamy flaków.
Tylko flaków.
Domagamy się flaków,
które mogą wszystko wyjaśnić.

To ugryzienie najmocniej zaswędziało krytykę. Motto otwierające Komary da się czytać w sposób najprostszy, czyli jako zawołanie książki, która obiecuje liryczne rozbebeszenie, tak jak zrozumiała je Górnicka:

„Domagamy się flaków, / które mogą wszystko wyjaśnić” – to nic innego jak żądanie konkretów, apel o opisanie clue, o nadanie sensu – słowom, poezji, światu. Realizowany w tomie koncept polega zatem nie tylko na pokazywaniu tego, co ukryte, na wyciszaniu głosu daimoniona, lecz przede wszystkim na rozpaczliwym poszukiwaniu znaczenia.

Tu jednak pojawia się zgrzyt, bo im dalej w tom, tym wyraźniej widać, że wiersze nie idą w stronę flaków, lecz robią coś kompletnie na opak – maskują się i przebierają w dziwne ciuszki. Nie rozjaśniają, nie „wyjaśniają wszystkiego”, nie dowożą jednej, gęstej prawdy, do której można przybić interpretację jak tabliczkę na drzwiach. Zamiast tego Komary bzyczą nieokreślenie, przeskakują, mnożą drobne ujęcia, prowadzą grę w trzech sezonach, otwierają kłącza motywów i języków, w których sens działa na prawach smaku i rytmu, a nie sekcji zwłok. Już myślimy, że ubijemy jednego z drugim, bierzemy je na słuch, próbujemy capnąć – ale już ich tam nie ma, już bzyczą gdzie indziej.

Dlatego wolę potraktować motto nie jako deklarację tomu, lecz jako diagnozę pola[4]. To nie jest „my” Kawalca i zaprzyjaźnionych z nim owadów, tylko „my” czytelników i krytyków, którzy przychodzą do poezji z jednym, powtarzanym żądaniem: dajcie nam wnętrzności, dajcie nam tezę, dajcie nam sens, który da się streścić i rozliczyć. Oczywiście to żądanie ma swoje racje – żyjemy w świecie, który chętnie zasłania się formą, ironią i zapośredniczeniem, więc pragnienie czegoś „na wprost” jest zrozumiałe. Tyle że z czasem to pragnienie staje się nawykiem, a krytyka bywa winna, że domaga się jednego rodzaju prawdy i próbuje przemielić bardzo różne książki na ten sam mięsny produkt[5].

Komary wydają mi się książką zrobioną właśnie przeciw temu odruchowi. Nie w sensie buntu czy demonstracji, lecz w sensie projektu. Kawalec buduje uniwersum, które ma zupełnie inną teleologię niż „wielka interpretacja”. Jego wiersze są świetnie skomponowane, pomyślane jako odcinki, kadry, drobne mechanizmy ludycznej przyjemności. Hybrydyczny język (wiersze To jest takie śmieszne auto, że wewnątrz wygląda oldskulowo, Zaproszenie na przyjęcie), zoologiczna muzyka nazw (Audiodeskrypcja, Chcieć czy móc), zdrobnienia (Nóż w maśle, Duże faux paux), katalogi rzeczy (Komar w hałasie życia, Nic na siłę) czy potoczność frazy zderzana z cytatem (Widziałem, wykreślić.). To nie jest poezja, która ucieka od znaczenia, to raczej poezja, która nie pozwala jasno określonemu znaczeniu stać się jedyną stawką. I w tym miejscu chcę wprowadzić do dyskusji kategorię, której w odbiorze Komarów prawie nie widać, bo inni od razu biegną w stronę irytacji, obrony, domknięcia, pseudonimowania… Chodzi mi tu o przyjemność.

Oczywiście nie przyjemność w sensie „czyta się lekko i zabawnie”, tylko przyjemność w postaci obcowania z satysfakcjonującym projektem nastawionym na czytelniczą atrakcyjność: wygibasy językowe, rytm, powroty motywów, serialowość, która pozwala czytać nie po kolei, bez przymusu „dotarcia do sedna”. Ta książka nie prosi o to, żeby ją przesłuchać w sprawie znaczenia i rozbroić na części pierwsze. Prosi raczej o to, żeby w niej pobyć, połapać jej brzęczenia, dać się zwieść i wrócić. Samo motto, zamiast ustawiać lekturę tomu, ustawia coś zgoła innego: pokazuje, z jakim roszczeniem ten tom wchodzi w kontakt z czytelnikiem (a w zasadzie z całym polem literackim) i jak programowo, konsekwentnie mu się wymyka.

Wokół Komarów bardzo szybko ułożyły się dwa mocne odczytania – różne w stylu, ale w gruncie rzeczy spotykające się w jednym miejscu. Karolina Górnicka bierze książkę od strony „irytującej potrzeby tworzenia” i widzi w niej projekt, który świadomie pracuje na napięciu między obietnicą sensu a odmową jego dostarczenia. W jej lekturze motto jest niczym zapadka: uruchamia czytelnika jako maszynę do tropienia znaczeń, a tom – przez swój wystrój i swoją konstrukcję – tę maszynę podkręca, po czym zostawia odbiorcę z drażniącym niedosytem. To jest czytanie mocne, konsekwentne i w pewnym sensie naturalne, bo krytyka ma dziś wytrenowany odruch: jeżeli tekst podsuwa „flaki”, to znaczy, że zaraz wyciągnie je na stół.

Nameste z kolei robi coś zupełnie innego formalnie – to lektura-szachownica, pełna dygresji, podpórek i katalogów – ale kończy w podobnym punkcie ciężkości. Serialowość (sezony, odcinki, streaming nie po kolei), „sześć ka” i „trzy pe”, całe (de)pseudonimowanie, podszycia i przebieranki – to wszystko ma na koniec opisać strategię obrony podmiotu przed presją świata, który „domaga się flaków”:

Cóż zatem nowego, oryginalnego w Komarach? Strategia i taktyki odpierania zewnętrznej presji [w tym: literackiej, por. zwrot terapeutyczny], „domagającej się flaków”, bo {takie czasy}.
Podmiot liryczny na różne sposoby zbroi skórę intymną przed naruszeniami. Raz z polotem, raz „siłowo”. Ciekawe doświadczenie: obserwacja tych zabiegów.

Nameste mówi to wprost, zresztą charakterystycznie: książka jest „wyjątkowo domknięta [wiersze z niej mrą szybko poza kontekstem całości]”, a więc wymaga czytania w systemie, w całości, z uchem nastawionym na podszycia. I tu znowu ciężar spada na sposób, w jaki tom pracuje wobec roszczeń pola – jak się broni, jak maskuje, jak nie daje się rozbroić.

Te odczytania są wielce użyteczne. Stosują konkretne narzędzia i stawiają sensowne pytania. Tylko że oba te ujęcia – mimo różnic – dziedziczą tę samą domyślną ambicję krytyczną: Komary mają być „o czymś”, czymś mają się bronić, z czegoś mają się tłumaczyć. Mają zostać wciągnięte na krytyczną salę przesłuchań, gdzie pytanie o „flaki” jest zawsze pytaniem o prawdę (również w wersji: prawdę o sobie, prawdę o epoce, prawdę o relacji między tekstem a znaczeniem)[6]. Owszem, to można czytać jako strategię obrony przed „flakami”. Niemniej ta obrona nie tłumaczy, skąd w tej książce tyle radości z formy – a mnie interesuje właśnie ta dodatnia energia.

Moja propozycja jest prostsza i w pewnym sensie bardziej podejrzana dla wytrenowanego krytycznego odruchu. Komary nie proszą o przesłuchanie, nie chcą być wysłuchane, nie chcą przemawiać profetycznym głosem ani stawiać wielkich poetyckich diagnoz. One proszą o oglądanie, o współuczestnictwo, o wspólną zabawę. Nie chodzi o to, że tom irytująco wymyka się znaczeniu (Górnicka), czy o to, że podmiot w nim przedstawiony wręcz broni się przed narzuceniem tego znaczenia z zewnątrz (nameste). Podstawową ambicją Komarów nie jest dowiezienie jednego konkretnego wyjaśnienia, ale wyprodukowanie świata o własnej logice i własnym smaku – świata, w którym chce się przebywać, z którym chce się prowadzić specyficzną grę poetycką. Właśnie dlatego motto czytam jako diagnozę pola, a nie jako program: to nie jest obietnica flaków, tylko zacytowanie presji, pod którą poezję się dziś stawia (tu spotykamy się z nameste). Niemniej skoro tak, to zamiast pytać, dlaczego książka nie dostarcza tego, czego nie obiecuje w swoich wierszach, lepiej zapytać: co daje w zamian? I tu wchodzi kategoria, której w tych dwóch lekturach prawie nie widać – wspomniana wcześniej przyjemność.

Żeby to nie brzmiało jak czytelniczy kaprys („ podoba mi się, bo tak”), trzeba ową przyjemność odczepić od banału. W poezji Kawalca przyjemność to nie synonim łatwości ani „ładności”. To raczej sygnał, że tekst jest dobrze zrobionym urządzeniem – ma tempo, ma mikronagrody, ma własną muzykę i własny sposób prowadzenia czytelnika przez ujęcia. Przyjemność nie polega tu na tym, że wszystko jest jasne i miłe, ale na tym, że chce się w tej maszynie zostać, bo ona regularnie coś oddaje w zamian za uwagę. Brzmienie, skręt rejestru, dowcip, zaskoczenie, powrót motywu, który nagle spina dwa odcinki.

Dwa rozróżnienia są tu kluczowe. Po pierwsze – komfort kontra energia. Komfort to gładkość i brak tarcia między treścią a dobraną formą, energia to liryczny ruch w języku. Ten może być hybrydowy, potoczny, memiczny, zoologiczny, a mimo to (albo właśnie dlatego) dawać przyjemność. Komary działają bardziej energią niż komfortem, gdyż wiersz brzęczy, przeskakuje, wciąga w serię drobnych, przemyślanych efektów:

Nie mam obowiązku udowadniać,
że nie jestem komarem.

Obudziłam się, gdy już wynaleziono koło.
To taki turlak, tylko bardziej wszechstronny.
Dziękuję za wiadomości.
Na pewno na wszystkie odpiszę,
tymczasem chciałabym porozmawiać z motylem.
Podobno komar tygrysi cały czas jest na liście top trzech
najbardziej zabójczych gatunków.
Niech tak będzie – odpowiada motyl – tylko wyjaśnij mi jedno.
Dlaczego wciąż mieszkamy w tym domu,
a śpimy zawsze w jednym miejscu?
Poranek Sasquatcha (S02E10)

Po drugie – konsumpcja znaczenia kontra jego współwykonywanie. Konsumpcja to model „daj sens, połknę i przetrawię”, współwykonywanie – „daj rytm i zasady gry, resztę dopowiem ruchem”. Serialowość tomu, odcinkowość, niechronologiczny streaming… To wszystko nie jest jedynie ozdobą ani domknięciem projektu, ale propozycją użycia – czytanie jako oglądanie, przeskakiwanie, wracanie, łapanie sąsiedztw. Przyjemność bierze się stąd, że książka nie stawia czytelnika pod ścianą „zrozum albo odłóż”, lecz daje mu możliwość obcowania z językiem jak z lunaparkową przestrzenią, w której sami dobieramy to, co obecnie ma nam dać rozrywkę.

I wreszcie: ten tryb przyjemności jest tu ewidentnie zaprojektowany jako warunki gry, a nie jako instrukcja jednego sensu[7]. To ważne, bo nie chodzi o „przypadkową lekkość”. Kawalec układa uniwersum, które nie aspiruje do autorytatywnego, monumentalnego wyjaśnienia, tylko do świata, w którym przyjemność jest ambicją formalną. A to już kategoria krytyczna, nie zaś czysto afektywna, nastrojowa.

Przyjemność Komarów bierze się wszak w dużej mierze z tego, że ta książka jest zrobiona przede wszystkim poprzez pracę w języku, a nie odgórnie zbudowana na pewnej poetyckiej tezie. Kawalec miesza rejestry bez wstydu i bez nadęcia – potoczność, memiczny skrót, zoologiczną muzykę nazw, kuchenną drobnicę, obok tego cytat, teorię, popkulturę. Efekt nie jest ani „gładki”, ani czysto prowokacyjny. Wiersz działa jak odcinek sitcomu: ma swój ton, swoją puentę, swoją drobną nagrodę (często poeta stosuje nawet cliffhangery).

Dobrym przykładem tej hybrydy jest Zaproszenie na przyjęcie (S01E07)[8], w którym kleszczyca Kasia spotyka się z Pavarottim i Braidotti, a obok nich pojawia się sołtys Stonoga. To mogłoby się rozpaść jako żart dla wtajemniczonych, a jednak trzyma się ramy, bo tu nie chodzi o „rozumienie odniesień”, ale o brzmieniowy i rytmiczny miks. Wysokie nazwiska wpychane w potoczny tok zdania, zoologia jako naturalny element świata, a wszystko podane bez ceremonialnej miny. Hybryda jest tu źródłem lekkości, ale to lekkość zrobiona, nie przypadkowa czy wynikająca z błahostki.

Drugi silnik to popisowa zoologiczność. Te wiersze lubią nazwy owadów i zwierząt, tak jak lubi się dobrze brzmiące słowa. Czasem sam tytuł wystarczy, żeby uruchomić przyjemność obcowania: Scena, w której turkuć podjadek gra kreta w filmie detektywistycznym o komarze z jeziorka (S03E04). Tu widać, że entomologia działa niczym generator kompozycji, który nie tyle symbolizuje podmiot, ile buduje świat o własnej logice, trochę realistycznej, trochę kreskówkowej, a przede wszystkim niezwykle dźwięcznej. Podobnie w Komarze tygrysim (S02E16), gdzie sama nazwa owada pracuje jak mały bodziec wyobraźni, a jednocześnie otwiera drzwi do innych rejestrów (lęk, choroba, globalność), bez konieczności „flakowania” tego w jednym akapicie:

Nosił bieliznę w żuki,
choć jego prawdziwym atutem była szczepionka,
którą aplikował przy ugryzieniu.
Szczepionka na malarię,
ma się rozumieć.

Trzecia rzecz to codzienność i zdrobnienia, te wszystkie „pomidorki”, „gniotki”, drobne gesty i resztki, które działają jak mikronagrody lekturowe. W Dużym faux paux (S02E12) widać dokładnie taki mechanizm: sytuacyjna śmieszność, językowa miękkość, zdrobnienie jako rytm, nie jako ozdobnik. To są rzeczy drobne, ale właśnie one składają się na świat „do przebywania”, świat, który nie udaje, że jest wzniosły, tylko ma smak, fakturę, tempo.

No i wreszcie katalogi, czyli momenty, kiedy przyjemność jest czysto kompozycyjna, a lista funkcjonuje jako rytm. Komar w hałasie życia (S03E05) to świetny przykład tego gestu: natłok rzeczy kuchennych i domowych został tu zorganizowany jak perkusyjne jam session, a nie jak wycyzelowany opis. Z kolei Nic na siłę (S03E06) robi to samo w mniejszej skali. Tam resztki i odpadki układają się w muzykę końcówek („skórek, parówek, ogonków…”), a sens powstaje bardziej z brzmienia i napięcia wyliczenia niż z metafory do „wyjaśnienia”.

To wszystko razem daje coś, czego w dotychczasowym odbiorze łatwo nie zauważyć, bo „flaki” zasłaniają horyzont – Komary są przyjemne, bo są świetnie skomponowane na poziomie mikro. Każdy odcinek ma własną energię, a jednocześnie podłącza się do świata całości. W tym sensie ta książka nie tyle ucieka od znaczenia, ile przenosi ciężar z jednego typu sensu (demaskatorskiego) na inny: smakowy, rytmiczny, oglądowy.

Na koniec wracam do motta, bo ono jest tu najlepszą miarą nie samego tomu, a raczej naszych odruchów. „Żądamy flaków” brzmi jak formuła, która chce zamknąć literaturę w jednym zadaniu: ma ona wyjaśniać, rozbebeszać, demaskować, dowozić prawdę w wersji nadającej się do rozliczenia. I jasne – są książki, które wchodzą w ten kontrakt świadomie, czasem nawet muszą w niego wejść. Problem zaczyna się wtedy, gdy krytyka uznaje „flaki” za jedyną sensowną umowę i traci z oczu inne stawki. Z jednej strony są pozycje, które biorą to żądanie zbyt dosłownie i sens leży na wierzchu jak wybebeszone wnętrzności, wszystko jest dopowiedziane, a lektura robi się nudna i jednowymiarowa. Z drugiej strony są tomy uciekające w samą potrzebę nowatorstwa, eksperyment, zakłócenie, formalny unik, po którym nie zostaje już miejsca na przestrzeń komunikacyjną. Komary trafiają w rzadką, sensowną szczelinę między jednym i drugim – są tu wyraźna praca języka, pomysł formalny, serialowa konstrukcja, ale jest też świat, do którego da się wejść i w którym da się pobyć, urządzić sobie gniazdko. To właśnie nazywam przyjemnością – nie kaprysem odbiorcy, tylko udanym zbalansowaniem eksperymentu z komunikatywnością.

Kategoria „przyjemności” pojawia się tu po to, by nazwać tę rzadką równowagę, nie sprowadzając jej do dobrego samopoczucia czytelnika. Przyjemność nie jest u Kawalca ozdobą ani usprawiedliwieniem; jest trybem działania wiersza, efektem tego, jak tekst realizuje pracę języka, jak konstruowane sceny liryczne dają się „oglądać”, jak projektuje powroty, rytmy i sitcomowe mikronagrody, nie zamykając się przy tym na kontakt. I jeśli Komary czemuś się sprzeciwiają, to nie „znaczeniu” jako takiemu, lecz obsesji jednej prawdy – tej, która ma mieć formę flaków na stole.

Dlatego ten tom da się czytać jako gest polemiczny wobec pola. „Nie będę wam dowoził wnętrzności na żądanie, ale dam wam świat, w którym chce się przebywać” – tak, zdaje mi się, przez tę książkę prawi poeta. A jeśli krytyka potraktuje to serio, to może się okazać, że nie każda dobra książka musi być albo diagnozą epoki, albo terapią, albo przesłuchaniem. Czasem wystarczy, że jest świetnie zrobiona i że jej „otwartość” nie jest ucieczką, tylko propozycją: wejść, posłuchać, wrócić – zamiast rozliczać.

W tym znaczeniu Komary nie tyle odmawiają „flaków”, ile ustawiają inne stawki. A to, że ta zmiana jest – w wyłożonym przeze mnie rozumieniu – przyjemna, to jej największy atut. Wiersz może być inteligentną, świetnie skonstruowaną liryczną rozrywką i nie musi na siłę wchodzić w wielki spór między intencją i afektem, nie musi kodować znaczenia za wszelką cenę ani symulować pełnej autonomii. Wystarczy, że działa, brzmi i bzyczy. No i musi czasem pokąsać.


[1] K. Górnicka, Irytująca potrzeba tworzenia, „Dziennik Literacki”, 11.11.2025 [dostęp: 3.04.2026].

[2] nameste, sześć ka, trzy pe, 4.01.2026 [dostęp: 3.04.2026].

[3] Ł. Żurek, „Czy można lepiej?”, czyli o działaniu w Kwaśnych obolach Jakuba Sęczyka, „Mały Format” 2025, nr 11–12 [dostęp: 3.04.2026].

[4] I nie jest to diagnoza na wyrost: Kawalec, głęboko osadzony w środowisku literackim, ma dużą świadomość specyfiki pola, w którym przyszło mu tworzyć – zarówno jako poeta, krytyk, jak i redaktor naczelny czasopisma literackiego.

[5] To zresztą – choć ze strony innej praktyki interpretacyjnej – jest zarzut Żurka wobec Karoliny Górnickiej, Oskara Mellera i Kamila Figasa, sformułowany w jego tekście polemicznym dotyczącym Oboli. Żurek wypomina w nim wspomnianym krytykom automatyzm interpretacyjny na gruncie ideologicznym: „Sądzę natomiast, że [Meller] uległ automatyzmowi, który każe krytykowi literackiemu o lewicowych przekonaniach szukać w wierszach poety o lewicowych przekonaniach potwierdzenia tychże lewicowych przekonań (na marginesie: efektownym przykładem tego automatyzmu jest niedawna recenzja Kamila Figasa z livestreamu Jakuba Gutkowskiego). Z podobną sytuacją co u Mellera mamy do czynienia w recenzji Karoliny Górnickiej (…)”.

[6] Ta sytuacja ma miejsce przy wspomnianych Kwaśnych obolach, które nicowane są ze wszech stron, odpytywane i diagnozowane – i bardzo dobrze! Niemniej Kawalec to nie Sęczyk, obu dzielą lata świetlne, jeśli chodzi o cel i sposoby formułowania wypowiedzi poetyckiej oraz całego uniwersum lirycznego.

[7] Mówiąc, że tryb przyjemności jest zaprojektowany, nie mam na myśli twardej wersji intencjonalizmu („jest jedna właściwa wykładnia, i jest nią intencja autora”), lecz projektowanie warunków gry: rytmu, układu, powrotów, mikronagród i sposobu używania książki. To bliższe rozróżnieniu Umberta Eco między intentio auctorisintentio operis: tekst może być precyzyjnie skonstruowany i kierunkować lekturę, nie zamykając jej do jednego sensu ani nie redukując jej do „flaków” do wydobycia. Zob. U. Eco, Lector in fabula. Współdziałanie w interpretacji tekstów narracyjnych, tłum. P. Salwa, Warszawa 1994 (zwłaszcza rozdziały o trzech intencjach: autora, dzieła i czytelnika); por. tenże, Interpretacja i nadinterpretacja, tłum. T. Bieroń, Kraków 1996. Jednocześnie świadom jestem, że za sprawą deklaracji w tym przypisie wchodzę na pole minowe intencjonalistycznego dyskursu, a nie jestem dostatecznie uzbrojony w rozpoznania Waltera Benna Michaelsa i Stevena Knappa ani w afektywny wykrywacz min, jak niektórzy nasi saperzy. Trudno, najwyżej w ramach rozpoznania bojem urwie mi nogę albo czyjś ładunek rozerwie mnie na strzępy.

[8] Oznaczenia serialowe Kawalec wprowadza nie w tytułach swoich wierszy, a na marginesach stron, które odnoszą nas do niechronologicznego spisu treści. Całość nie tworzy linearnego spisu, tylko mozaikę.