Piotr Tarczyński, Oślizgłe macki, wiadome siły. Historia Ameryki w teoriach spiskowych, Znak Literanova, Kraków 2025
Piotr Tarczyński w szeroko pojętym polu literackim aktywny jest już od lat kilkunastu – w 2012 roku zaistniał jak tłumacz (według internetowych źródeł ukazały się wtedy aż cztery książkowe przekłady jego autorstwa), w 2015 wspólnie z Jackiem Dehnelem rozpoczął pisanie retrokryminałów pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa (seria liczy sobie dotychczas sześć powieści), a w 2017 znalazł się w gronie założycieli Unii Literackiej. Ale dopiero od roku 2020 można podejrzewać tego pisarza, tłumacza i amerykanistę o wyjątkową wręcz wyczucie koniunktury – i nie mam tu na myśli tylko spraw literackich. Najpierw wykazał się instynktem godnym najlepszych spośród forty-niners [1] – wspólnie z Łukaszem Pawłowskim powołał do życia Podkast amerykański, byt, który szybko zyskał liczne grono odbiorców (dość powiedzieć, że każdego miesiąca na serwisie Patronite panowie otrzymują ponad 28 tysięcy złotych wsparcia od słuchaczy), a następnie pomnożył swoje akcje, przekuwając sukces internetowy w wydawniczy – w 2023 ukazał się jego Rozkład. O niedemokracji w Ameryce, a z końcem roku 2025 otrzymaliśmy Oślizgłe macki, wiadome siły. Historię Ameryki w teoriach spiskowych (na obu książkach znajdziemy informacje, że autor to współtwórca Podkastu amerykańskiego). W międzyczasie Tarczyński zaczął być – wspólnie z Pawłowskim – obsadzany w roli medialnego eksperta od Stanów Zjednoczonych, co zaowocowało między innymi kuratorskim pasmem podczas odbywającego się jesienią we Wrocławiu American Film Festival.
Czutka, ale też do pewnego stopnia szczęście. Konia z rzędem bowiem temu, kto jeszcze przed 2020 obstawiał, że Ameryka stanie się tematem tak interesującym, rozpalającym dyskusje wszędzie i w zasadzie o każdej porze dnia i nocy. Owszem, już w 2017 roku Donald Trump po raz pierwszy wprowadzał się do Białego Domu, ale jego późniejsza przegrana z Joe Bidenem miała dowodzić, że narcystyczny, megalomański i populistyczny prezydent na czele największego mocarstwa świata to błąd systemu i zdrowy organizm najstarszej demokracji sam go zwalczy – jak zwykle czyni zdrowy organizm z błahą infekcją. Tyle że organizm wcale nie okazał się zdrowy, a infekcja też była jakby poważniejsza, niż pierwotnie myślano. To wręcz idealne podglebie książki, która obnaża prawdę o Stanach Zjednoczonych. Tę najprawdziwszą z prawd.
Zacznijmy od wrażeń ogólnych. Oślizgłe macki… mogą wysyłać do czytelników sprzeczne komunikaty. Bardzo atrakcyjna, nieco komiksowa okładka (powstała z inspiracji Tarczyńskiego) w połączeniu z tytułem sugerują treść raczej popową. Setki przypisów (dolnych i końcowych) to już aparatura stricte naukowa, kierująca potencjalnego czytelnika bądź czytelniczkę w stronę książki historycznej. W tym wypadku – zgodnie z dość głupim powiedzeniem – prawda faktycznie leży gdzieś pośrodku. Jest to bowiem pełnoprawna publikacja historyczna (naukowa), ale czyta się ją jak rzecz rozrywkową. Ogromna w tym zasługa pisarskiego talentu autora, stylu lekkiego i przyjaznego czytelnikowi, i to nawet w momentach, gdy przychodzi nam zanurzyć się w mało porywające wydarzenia historyczne. Tarczyński pisze dowcipnie i interesująco o w zasadzie każdym epizodzie z historii Stanów Zjednoczonych. Więcej: potrafi zaciekawić losami Partii Antymasońskiej, która przeistacza się akurat w Partię Prohibicji, proces kształtowania się dwóch największych ugrupowań politycznych USA – Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej – rozpisuje niczym połączenie trzymającego w napięciu thrillera z tragikomedią, a epizody z historii Stanów powszechnie uważane za interesujące, wielokrotnie przepuszczone już przez popkulturową maszynkę, wzbogaca o fakty i niuanse, które nadają im nowy kontekst. Książka historyczna, którą czyta się tak dobrze? Przypadek? Nie sądzę.
Mniej więcej w czasie pisania tego tekstu natknąłem się w internecie na film, w którym człowiek podpisany jako zwolennik Trumpa i ruchu MAGA [1] twierdzi, że jest prawdziwym Amerykaninem, w przeciwieństwie do swego interlokutora, syna imigrantów z Indii. „Prawdziwy Amerykanin” używa nawet wobec siebie określenia Native American. Jego jasna karnacja i lekko rdzawe włosy wywołały u mnie pewną konsternację. Chwilową, bo zaraz przypomniałem sobie, że przecież to nie pierwszyzna w USA. To za sprawą książki Tarczyńskiego dowiedziałem się o założonym w latach trzydziestych XIX wieku Demokratycznym Stowarzyszeniu Rdzennych Amerykanów. I nie, nie była to organizacja zrzeszająca Siuksów, Komanczów czy Czirokezów, którzy postanowili wstąpić na drogę politycznej walki, by odzyskać zabrane im przez Europejczyków ziemie. Stowarzyszenie Rdzennych Amerykanów założyli potomkowie pochodzących ze Starego Kontynentu osadników, którzy lękali się – uwaga – fali emigracji z Europy (głównie katolików, czyli Irlandczyków i Niemców, później też Włochów, Czechów, Węgrów i Polaków). Tak, potomkowie europejskich emigrantów potrzebowali niewiele czasu, by uznać siebie za „rdzennych Amerykanów”, a wciąż liczna obecność ludów tubylczych absolutnie nie wprawiała ich w zakłopotanie. Tu ciekawostka (książka Tarczyńskiego jest nimi przepełniona): na czele wspomnianego stowarzyszenia stał Samuel Morse, kojarzony głównie za sprawą wynalezienia tak zwanego alfabetu Morse’a, lecz także zagorzały antykatolik, pasjonat teorii spiskowych, który lwią część swojego życia spędził na dowodzeniu, że największym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych Ameryki są Państwo Watykańskie i zawiadujący nim papież (wtedy akurat Grzegorz XVI).
Papież – czy raczej papieże, bo zdaniem Morse’a i jego rodaków chyba każdy, kto stanął na czele Stolicy Apostolskiej, spiskował przeciwko USA, między innymi wysyłając do Stanów Zjednoczonych katolików. Inni wrogowie Ameryki podrzucali tam ludność z Azji (w drugiej połowie XIX wieku to Chińczycy łatali dziurę powstałą w amerykańskiej gospodarce na skutek zniesienia niewolnictwa w 1865 roku). Brzmi to absurdalnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że mowa o kraju, który wybił się na niepodległość jako brytyjska kolonia, a źródła swojej siły upatruje w emigranckim micie (poszukiwaniu nowego i lepszego świata). Niemniej w amerykańskie DNA równie mocno, co wspomniany mit, zdają się wpisane wrogość wobec obcych i lęk przed nimi oraz dążenie do izolacjonizmu. Narracja, którą zwłaszcza w ostatnich miesiącach administracja Trumpa raczy swoich obywateli, nie jest niczym nowym. To przerobione i nieco zaktualizowane hasła liczące sobie często dobrze ponad dwieście lat. O zgrozo, wciąż działają. Niekiedy ta fala nastrojów czyni z Ku Klux Klanu znaczącą siłę polityczną, innym razem radiowego kaznodzieję ogarniętego antysemityzmem winduje do rangi jednej z bardziej opiniotwórczych osób w kraju – ale mechanizmy pozostają te same. To jedna ze smutniejszych nauk płynących z lektury książki Tarczyńskiego.
Oślizgłe macki… to także swego rodzaju rozbiórka mitu Stanów Zjednoczonych, przynajmniej jeśli na kraj, w którym w futbol gra się rękami, spojrzymy z polskiej perspektywy, czyli mając na nosie bardzo różowe okulary. Ziemia obiecana, amerykański sen, wzór wartości demokratycznych, nasz największy sojusznik – brzmi wspaniale, ale lektura dowodzi, że wiele z tych rzeczy to najzwyklejsza nieprawda. Możliwość realizacji american dream jest bezlitośnie weryfikowana przez fakty, nie tylko ekonomiczne. Wartości demokratyczne i wolność słowa są notorycznie pogwałcane w najbrutalniejszy z możliwych sposobów – mamy przecież prześladowania mniejszości i przeciwników politycznych, lincze, tłumione przez wojsko protesty (nawet te organizowane przez weteranów wojennych), polowania na czarownice, które przywodzą na myśl bardziej komunistyczne reżimy niż światowego strażnika demokracji. Bezsensowne wojny? Oczywiście, że są. Łamiący prawo politycy na najwyższych stanowiskach? To oni są prawem – a przynajmniej takie przekonanie zdaje się im przyświecać. Tajemnicze zabójstwa polityków i liderów społecznych ruchów? Amerykanie zdają się w tym specjalizować. I nie, książka Tarczyńskiego nie jest połajanką dla Stanów Zjednoczonych, nic z tych rzeczy. Ona co najwyżej ukazuje, że od samego początku swojego istnienia kraj ten jest odległy od ideału. Bardzo odległy. Może także wyjaśnia, że to, co się obecnie dzieje po drugiej stronie Atlantyku, zachowania tamtejszych elit, nie są aberracją. Trump to produkt swoich czasów, wcześniej kogoś takiego w Białym Domu nie było – ale też obecny prezydent USA miał się od kogo uczyć.
Na koniec przejdźmy może do teorii spiskowych, które nieco się w tym tekście zagubiły, a to one, czego dowodzi autor, są poniekąd fundamentem historii Stanów Zjednoczonych. „Lęk przed spiskiem był silnie zakorzeniony w mentalności Amerykanów i leżał u samych podstaw ruchu niepodległościowego” – pisze Tarczyński. Jak to możliwe? Zaczęło się od Deklaracji niepodległości, dokumentu jawnie zakładającego istnienie spisku wymierzonego w mieszkańców kolonii amerykańskich, który miał na celu pozbawić ich wszelkich swobód i zaserwować powszechną tyranię. Dowodów na takie postępowanie ze strony Brytyjczyków raczej nie było, ale to akurat jest najmniej istotne, skoro lęki były podsycane właściwie. Potem już samo poszło, a zabawa w spiski i teorie spiskowe towarzyszy Amerykanom po dziś dzień, może nawet stając się ich sportem narodowym. Jedne wydają się poważne (senator McCarthy tropiący komunistów naprawdę obrzydził wielu osobom życie), inne całkiem nie (na przykład straszni reptilianie), ale – jak pokazuje historia najnowsza, zwłaszcza ruch QAnon – recykling teorii spiskowych, ich przenikanie i uzupełnianie się czynią je ważnym elementem opowieści o świecie. Dzisiaj wyśmiewane i lekceważone, jutro mogą znaleźć się w agendzie walczących o władzę polityków czy wspierających ich przedsiębiorców. Tarczyński znakomicie to rozumie, mało tego: dowodzi w swojej książce, że nie każda teoria spiskowa musi być nieprawdziwa, co tylko zdaje się dolewać oliwy do ognia. Dlatego pamiętajmy: The truth is out there [3].
[1] Określenie pochodzi od roku 1849, kiedy to do Kalifornii masowo zaczęły napływać osoby poszukujące złota. Szacuje się, że było ich nawet 100 tysięcy.
[2] Make America Great Again.
[3] Hasło pojawiające się w czołówce serialu Z Archiwum X.