Sylwia Chutnik, Pobite gary (Girls and Queers to the Front, Warszawa 2025)
Od niedawna Sylwia Chutnik, jedna z najwybitniejszych polskich pisarek współczesnych, jest także poetką: pod koniec 2025 roku nakładem wydawnictwa Girls and Queers to the Front ukazał się jej liryczny debiut Pobite gary. Kwestia instytucjonalna jest tu dość ciekawa – prawdopodobnie rzecz przyjęłoby z chęcią sporo dużych oficyn. Wybór niewielkiej może zaś sprawiać wrażenie tyle przemyślanej decyzji o wsparciu rozwijającej się inicjatywy, ile gestu świadomego efemeryczności związanej z niskim nakładem i ograniczoną dystrybucją. Książka została zresztą wydana w małym formacie, z surową, kartonową okładką i szkicowymi, jakby pamiętnikowymi ilustracjami Julek Sierańskiej (serduszkami, dłońmi, oczami), które tylko potęgują wrażenie ulotności, niemal zinowości projektu. Ponadto sama poetka nie promuje Pobitych garów zbyt intensywnie.
Wspiera to moją podstawową tezę interpretacyjną: że w jakiś sposób są one najintymniejszym z dotychczasowych dzieł autorki. Okazują się bowiem pierwszą publikacją Chutnik, w której tak mocno ujawnia się perspektywa pierwszoosobowa. Dodatkowo ich podmiotka definiuje się czasem jako pisarka, dzięki czemu kusząca bywa wręcz lektura autofikcyjna. Dokłada to kolejne wyzwanie do próby krytycznego omówienia owej książki: zdaje się ona nierówna, w kilku miejscach nawet pęknięta, a obecne w niej fragmenty autotematyczne jedynie pogłębiają ową cechę.
Pobite gary zasadniczo rozwijają problematykę i wrażliwość ujawnioną w innych dziełach autorki – są skupione na doświadczeniu kobiecym i/lub queerowym, dziewczyńsko-buntownicze, dotyczą codzienności, czasem wychodzą ku konkretnym postaciom (matka, sprzątaczka, sprzedawczyni), interesując się ich życiem emocjonalnym oraz egzystencjalnymi doświadczeniami, takimi jak choroba czy rodzicielstwo. Wymienione wątki łatwo skojarzyć nie tylko z wcześniejszymi książkami Chutnik, lecz także z całą linią pisarstwa kobiecego, na której mocne miejsce zajmowałyby Szczeliny istnienia Jolanty Brach-Czainy, ta nieomal uniwersalna filozoficzno-literacka opowieść o codzienności kobiet. Co jednak istotne, debiut poetycki autorki Jolanty nie jest filozoficzny w żadnej mierze – ani w warstwie językowej i refleksyjnej samego tomu, ani w znaczeniu świadomego odnoszenia się do jakichkolwiek systemów. Wręcz przeciwnie, to książka antysystemowa, prawie w stu procentach reprezentująca model poezji lirycznej skupionej na tożsamości – czy może raczej na doświadczeniach „ja”, którego immanentną cechą jest tożsamość psychoseksualna. Nie rozważa ona bowiem samej idei funkcjonowania „jako” kobieta czy „jako” kłirówa; nie powiedziałabym też, że przedstawia drogę wypracowywania własnej podmiotowości czy tożsamości albo godzenia się z nimi – bardziej czyni z nich punkt wyjścia, oczywisty i bezdyskusyjny.
Światopoglądowa baza Pobitych garów wydaje się więc mocno ugruntowana w dorobku autorki i logicznie rozwija jej pisarstwo. Choć uwyraźnia przy tym poetyckie „ja”, wciąż odnosi jego doświadczenia do określonej wspólnoty; jak bowiem czytamy w opisie wydawniczym, Sylwia Chutnik „jest kłirówą i ma obowiązki kłirowe”. Queerowość ta nie jest jednak fundowana przez złożone operacje na języku, wydobywające jego inkluzywny potencjał, czy też na wyobraźni, gdzie miałaby rozmontowywać wyobrażenia dotyczące genderu. W tym sensie jest to zupełnie inny model pisania niż ten reprezentowany przez na przykład Łęko Zygmuntówne, Zu Witkowską czy Anouk Herman: znacznie mniej eksperymentalny, nakierowany raczej na strategie autentyczności i bezpośredniości. Mimo zaangażowania w kwestie określonych zbiorowych przeżyć, zaznaczonego już w pierwszym tekście tomu i podjętego kilkukrotnie dalej, wciąż pozostaje to dla mnie książka skupiona przede wszystkim na konstrukcji jednostki, jej przeżyciach i percepcji, które dopiero później poddawane są uogólnieniu.
Aby nie popadać w gołosłowność, spójrzmy na teksty. Najpierw ów inicjalny wiersz, Ręce pięść (s. 5) – buduje on scenę poetycką przez użycie „nas”, niemniej chwilę potem siostrzeńska perspektywa ustąpi miejsca indywidualnej:
My, urodzone w ciepłej porze
Co w chorobie skryłyśmy dzieciństwo
Nie wierzymy absolutnie w nic
Nic
Ojcowie nam nie powiedzieli
Bo ojców nie było
Matki nas trzymały za ręce i nie pozwalały odejść
Uciekłyśmy
Teraz chodzimy po zewnętrznej stronie gzymsu
Z uśmiechem na ustach
I odbezpieczonym pistoletem
Nie oddamy kawałka mięśnia drugiej osobie
Wpychamy sobie serce w trzewia
Jak przerażone konie
Spłoszone wystrzałami dobrej zabawyBo kiedy jest za mało, to źle
Ale kiedy za dużo, to jeszcze gorzej
Więc
Trwamy w lęku o nawrót choroby
Lub
Modlimy się o nią
O ile ręce uda się złożyć w cokolwiek innego
Niż pięść
Choć – jak wspomniałam – trudno nazwać Pobite gary książką rozwojową, z pewnością portretują one pewną przemianę. Może ją podsumować dyskurs terapeutyczny: chodzi o godzenie się z własnym bólem i gniewem, akceptację życiowych trudności i wypracowywanie w sobie siły do starcia z wykluczeniem w jego mnogich formach. Bohaterka nie ukrywa faktu, że jest artystką mierzącą się z seksizmem, nie chowa też kwestii różnorodnych chorób. Pozostaje to jednak seria literackich obrazów, spajanych wypracowywaną postawą wewnętrznej akceptacji, a nie narracja o radykalnym przewrocie. Ponadto nie jest to rzecz ugruntowana politycznie, czyli skupiająca się na zmianie społecznego porządku. Sprzeciw dotyczy raczej indywidualnego nastawienia do rzeczywistości, nie zaś postulatów systemowej zmiany. Ta może zostać ewentualnie wywiedziona z sumy prywatnych doświadczeń.
Spójrzmy bowiem na punkt dojścia zbioru, lekko i faliście zapisane Lekcje wyniesione z pankroka (s. 61); swoim tytułem dają one zresztą ważną refleksyjną i estetyczną ramę całemu tomowi. Punk to istotny kontekst dla przyjętej tu strategii konkretności i prostolinijności:
A zaraz potem przyjrzyjmy się Wierszowi o równouprawnieniu (s. 11):
listę jury takiego konkursu
I tam byli sami faceci
A ja się zaczęłam śmiać
Zapytał, o co mi chodzi
A ja się nadal śmiałam
Powiedział, że widocznie żadna kobieta nie chciała
A ja się tarzałam w spazmach
Stwierdził, że nie rozumie tego zacietrzewienia
Miałam wrażenie, że zaraz się zesikam
W końcu odwrócił się do okna
Smutny
Zawzięty
OpuszczonyWycierałam łzy i głośno dmuchałam nos
A on wyszedł i nigdy nie powiedział
Kto wygrał
W takich codziennych usytuowaniach rodzą się u Chutnik bunt i nieustające napięcie pomiędzy sprzeciwem a akceptacją. Nie bez kozery już w tytule publikacji destrukcja jest połączona ze zwyczajnością – pobite są tu potoczne, przysłowiowe gary, przy których tradycyjnie ślęczą kobiety. Gdzieś w tyle głowy powinniśmy mieć też utarte znaczenie przewodniego zwrotu, określającego nieudane przedsięwzięcie, błędną decyzję czy niemożność cofnięcia czasu; ciekawie koresponduje ono z efektem artystycznym całej książki. Wydaje się jednak, że przynajmniej częściowo nastąpiło tu przekroczenie frazeologizmu w stronę podmiotowej niezgody. Bohaterka niekoniecznie przecież żałuje swoich działań, a raczej skarży się na określone sytuacje. Jej sprzeciw wydaje się przy tym osobisty, czysto afektywny. Frustrację wywołują inni ludzie, przemijanie, własne ciało, konkretne przeżycia, ujęte w sposób nieomal naiwny, jako „po prostu” one, a nie przejawy jakiegoś społecznego układu – patriarchalny znajomy z przytoczonego wiersza jest nie tyle ilustracją systemowych mechanizmów wykluczania kobiet, ile przede wszystkim patriarchalnym znajomym. Książka prawie w całości toczy się zatem w sferze zjawisk, nie prawideł. Oczywiście domyślamy się, jakie duże pojęcia można byłoby tu uruchomić. Zwykle nie poddaje się ich jednak analizie czy pracy języka, lecz raczej ukazuje, jak działają na poziomie doświadczenia. Świetnym streszczeniem tego swoiście antyintelektualnego podejścia jest Kategoria wzniosłości (s. 31):
„Nie przynoszę wam żadnych wieści z marginesu”
Paul B. PreciadoWolę być waszym najgorszym komentarzem
Niż dotrzymywać kroku
Mogę wzniosłość przełożyć ponad stan
I nieść ją nie wypuszczając z rąk
Na gruncie konstrukcji tekstu można byłoby przenieść te obserwacje w przestrzeń dyskusji o metaforze, a właściwie o ograniczeniu roli metafory – Pobite gary to książka w większości bardzo komunikatywna i przejrzysta, z wieloma tekstami ściśle nastawionymi na ładunek narracyjny lub emocjonalny, nie na eksperymenty z formą. Jest ona więc reprezentatywna dla bądź co bądź wybitnej prozaiczki, która decyduje się opublikować twórczość poetycką. Często realizuje się bowiem w niemal zdaniowym porządku, jakby część utworów była w gruncie rzeczy zbiorem opowieści, które dopiero później „poszarpano z prawej”, wybierając dla nich ramy wiersza. Nie znaczy to, rzecz jasna, że cechuje to każdy tekst i że nie wykonano tu poetyckiej pracy. Bywa ona wszakże pewnym wierszowym minimum, materializuje się głównie przez podział na wersy, z reguły też zgodny z naturalnym rytmem mowy: na tym formalne gry, poza kilkoma tekstami rymowanymi i rolą grafik w niektórych utworach, zasadniczo się kończą.
Jest to zatem tom prosty – co właściwie nie budzi zdziwienia: zdaje się on naturalnie łączyć ze znanym nastawieniem Chutnik, w którym istotniejsze od awangardowych zabaw kompozycyjnych okazują się herstorie i doświadczenia. Pobite gary pozostają więc zbiorem utrzymanym w tonie wspomnianej lirycznej punkowości, która niemal rzuca wyzwanie swoją ascetycznością. Dostrzegam jednak, że jest to punk wtórnie unaiwniony – autorka zdaje sobie sprawę z tego, jak podobne dyskursy zostały przechwycone i zmonetaryzowane; wszak sama pisownia słowa „pankrok” z przytoczonego wcześniej wiersza sugeruje pewien rys ironii. Mimo tego Chutnik powraca do owego słownika jako źródła sprzeciwu wobec jakichkolwiek narzucanych narracji, w tym – wprzęgnięcia w tryby zaangażowania, niczym w This is a song I hate: „(…) Głębokie offy mają to do siebie / Że chcą być niezrozumiane, choć czekają na oklaski (…) / Nie ma teraz takiego / (szuka słów) / Obszaru, który nie byłby zanieczyszczony / Ten kapitalizm, te pieniądze, te sprzedaże / Mnie w sumie interesuje tylko tworzenie / Nie mam kasy / A muszę mieć (…)” (s. 52) albo w wierszu Uważam, że nie ma sensu ciągle skupiać się na tym, co straszne i ponure, należy wreszcie zacząć skupiać się na tym, co radosne i ładne, z puentą: „Więc randomowa – za to oburzona – laska pyta się mnie na insta / Dlaczego nie piszę nic o skali problemu, no dlaczego?” (s. 26).
Może to być oczywiście etycznie i intelektualnie podejrzane – wspomniane kategorie, czyli autentyczność, szczerość czy biografizm, były tyle razy wałkowane w krytyce literackiej i innych kontekstach kultury, że nie da się ich właściwie stosować bez obszernej bibliografii i ironicznego cudzysłowu. Wydaje się, że poezja Chutnik świadomie odcina się od owych kwestii i niemal zmusza nas do porzucenia podejrzliwości – autorka, jak zawsze, myśli o odbiorcy, jego reakcji i możliwym utożsamieniu. Czasem jest to pociągające i po prostu skuteczne, czasem jednak rodzą się na tym tle problemy. Przede wszystkim bunt przestaje być ciekawy, kiedy wchodzi w dobrze znane, konwencjonalne, gdzieniegdzie zaś schematyczne rozwiązania. Widzę to przede wszystkim w tych miejscach, w których całość wpada w terapeutyczność, znaną nam na przykład z mediów społecznościowych. Książka traci wówczas siłę i pogrąża się w sentymentalności czy wręcz rozżaleniu, a język staje się banalny i przewidywalny. Sprzeciw wydaje się tu lustrzanym odbiciem wewnętrznego spokoju: należy najpierw pogodzić się z samą sobą, inaczej bunt działa na ślepo – w sensie językowym. Spójrzmy na Tresurę bestii (s. 22):
Czasem moja siła jest na tyle silna, że otwieram
szafę, w której nie ma połowy rzeczy
Wiszą tylko suknie bólowe, koszule odśmiertne, spodnie dramowe
Patrzę na to, jakbym dostała jakiś oficjalny dokument z urzędu
do spraw rozstań
Mięśnie napięte tak, że rano dłonie mam drętwe
jak gałęzie starego drzewaOto, jakich słów używano na określenie różnych wymiarów obłędu:
Owileć, smutnodur, napuszenie, nocobłąd, domarad, posępnica,
śledzennictwo, trwoga przysercowa
Oto, jakich słów używam na określenie mojego własnego
wymiaru obłędu: Pregabalina, Asertin, XanaxNajlepiej zrób coś, co sprawia ci radość po prostu jakiś kabaret
czy piruet może cyrk
Podobnie w Już po wszystkim: „(…) mam specjalną aplikację łzomierz – należy dziennie / wypłakać dziesięć tysięcy łez / To zdrowo podobno / jeść smutek łyżkami albo chować pod powiekami, profilaktycznie (…)” (s. 34); Pani kierowniczce: „W sali smutku / Obok ogrodu żalu / Sama sobie / Wymyślam kolejny dzień / Sama sobie / Nadzoruję los (…)” (s. 59) czy Queer and tired: „Życioholiczka – osoba zjadająca swój czas zachłannie, bez ustanku / Brak miłości oddziałuje na pracę korzystnie / Interwały wydajności pracy twórczej / Na stanowisku: senior brand copywriter uczuć (…)” (s. 60).
Dzięki temu punkowość Pobitych garów nazwałabym miękką – i nie chodzi mi wcale o to, że wydelikacają ją kobieca perspektywa czy ujawnianie wrażliwości. Tonujące są raczej owa konwencjonalna stylistyka i czasem oczywiste punkty dojścia. Kontrastują one przy tym wyraźnie z dobitnymi punktami tomu. Wymowny jest na przykład wiersz Manifesto / wyliczanka z dedykacją dla „wspieraczek w czasie ostatecznym” (s. 29):
No i po co ci ta macica
Rodzić już rodziłaś
Schudniesz
To się zagoi, nikt nie zauważy
Chcesz, to włożymy tam konfetti
Zamiast krwawienia będziesz miała
Wieczny dancing
Jest to przy tym jeden z tych tekstów, w których „ja” wychodzi ku określonej wspólnocie. Wciąż owo „my” to jakby „ja” i „ty” – indywiduum nie roztapia się na dobre w żadnym kolektywie. Podobny mechanizm rządzi też wierszem o znamiennym tytule Madwoman in the Attic, w którym odwołanie do krytyki feministycznej zostaje szybko sprowadzone do skonkretyzowanego punktu widzenia. Wyrazista obecność pojedynczego oglądu wydaje się jednak paradoksalnie bardziej wiarygodna niż deklaratywne zainteresowanie jakąś abstrakcyjnie pojmowaną zbiorowością – i takie momenty nie budzą zastrzeżeń. Natomiast kiedy ustawienie „ja” staje się zbyt mocne, przyczynia się do powstania drugiego problemu: kłopotliwej autotematyczności.
Czasem podmiotka-autorka zwraca się bowiem bezpośrednio do osób czytających, podkreślając łączność z ich doświadczeniem i zarazem swoją nieprzystawalność do porządków krytycznych, jakby wyciągała rękę do odbiorców przychylnych i z góry wytrącała argumenty tym, którym coś się nie podoba. Pierwszy gest obrazuje fragment z wiersza bez tytułu (s. 42):
(…) tak się cieszę, że piszę
Nawet się nie spodziewacie, jaka jestem szczęśliwa
Uśmiecham się wyobrażając sobie wasze miny, gdy
Decydujecie się kupić poezję (…)
Drugi natomiast wyraźnie widać w Anhedonii (s. 45):
Opanowana, racjonalna
Nigdy, proszę państwa z emocjami na wierzchu
Żadnego paradowania z odkrytymi flakami
Se normalnie stoję i wykładam to, co się naumiałam
Na spokojnie, w bluzeczce
Przypisy, tu-śmu, jakieś nawiązania, proszę państwa, szmery
bajery, chuje muje, aż tu nagle
wiem, znienacka, że kim ja jestem
No kim ja jestem
Żeby
Więc się gnę, wyjmuję papiery
jakieś pieczątki, zaświadczenia, coś tam –
nagle, zupełnie poza salą i całą sceną
moje Ja, to podważane Ja,
które muszę tłumaczyć i obwarowywać
jedzie sobie, proszę państwa, na wycieczkę, ogólnie bajlando
wyjebane na ludzi (…)
W tym miejscu muszę odwołać się do znakomitego tekstu Agaty Sikory Ja w pudełku[1], który podjął temat oceny dzieł autofikcyjnych, poruszających trudne tematy osobiste i społeczne w kontekście ich jakości artystycznej. Poetycki debiut Chutnik przez sygnały autobiografizmu oraz wspomniane skupienie na trudnych przeżyciach wywołuje podobne pytania – jak oceniać wypowiedzi podmiotu, który obnaża tego typu podatność na zranienie? Dzięki takim passusom Pobite gary sprawiają czasem wrażenie, jakby z góry podważały próby krytycznego opisu lub przewidująco przepracowywały je w kontekście przeszłości pisarskiej bohaterki. Takie usytuowania potrafią budzić czytelnicze współczucie. Niemniej zasadniczo bohaterka – a właściwie już autorka – robi tu swoisty unik: zabezpiecza się przed negatywnymi sądami, zawczasu określając je jako niewspółmierne do przyjętej formy działania. Co bowiem zrobić z zaangażowaną poezją, która mówi o braku swojego zaangażowania, jak krytykować prostotę, która chwali się własną dogłębnością?
Podmiotkę uzbraja do tego także punkowa stylistyka: wie ona, że punk is dead, a jednak punk is not dead. Krytycy mogą się zapętlać nad problemami ironii i świadomości, wiersze zaś i tak zrobią swoje. Niektóre teksty trudno byłoby formalnie oceniać inaczej niż właśnie przez pryzmat takiej konwencyjnej rękawicy – wykorzystania strategii obniżania rejestru poprzez wybór typowych środków poetyckich, takich jak krótkie, rytmiczne wersy z dokładnymi rymami. Książka jawnie celebruje wtedy własną poetyckość, epatując jej najprostszymi strategiami: zdaniowym wersowaniem, rymami, prostą rytmizacją. Jest to w porządku, kiedy nie popada w tony wyrzutu, jak w Tandetnej piosence, której nie musisz się wstydzić, z której zaczerpnięto zresztą tytuł zbioru: „(…) kiedyś twoja dłoń / do mojej chciała iść / dziś już tylko mrok / odwracasz znowu wzrok // to żadne czary – pobite gary / ślad mascary / na policzku moim schnie” (s. 46). Efekt funduje tu także deklaracja kampowości w tytule.
Omawiam rzecz tak szeroko, bo wydaje mi się ona istotna zarówno ze względów analizowanych w tekście Sikory – wyciągania i chowania literackiego „ja” z pudełka, gdy jest to potrzebne – jak i dlatego, że składa się na wspomnianą nierówność książki. Podobne autotematyczne gesty nie obejmują wszystkich wierszy – nie jest to projekt, którego głównym celem byłaby gra z krytyką. To raczej momenty, które z jednej strony odwołują się do osobistego doświadczenia i na jego bazie budują odbiorcze współczucie, a z drugiej zdają się asekurować obecność słabszych tekstów i zbędnie tłumaczyć z nich autorkę. Nie mogę przy tym oprzeć się poczuciu, że takie działanie wynika również z debiutanckiego odsłonięcia pierwszej osoby i łączy się z omówionym napięciem pomiędzy buntem a akceptacją: w pewnych miejscach bohaterka jakby nie przepracowała własnego żalu i daje mu upust w formie skargi. Problem w tym, że wybrzmiewa to jak usprawiedliwienie własnej postawy, gdy ta nie zaowocowała ciekawym tekstem, a czasem popada wręcz w ton zastraszania, jak w końcówce cytowanej już This is a song I hate: „Cała reszta to fasada, która ma cię przeczołgać, / żebyś już nigdy nic nie pisała / (milczy dłuższą chwilę, wyczerpała temat)” (s. 53).
Nie mam nic przeciwko tym fragmentom, w których teksty stoją samodzielnie i same przez się budują postawę krytyczną wobec problemów recepcji literatury, jak w Kategorii wzniosłości czy chociażby Tandetnej piosence. Tam podobna strategia jest wcielona do utworu i pozostaje z nim spójna. Większość wierszy nie potrzebuje zresztą uzasadnienia w formie odwołania do czytelniczej sympatii czy nietrafionych ujęć krytycznych. Ma ono działać chyba jedynie wtedy, kiedy sama materia języka wypada blado, ale tekst niesie istotną dla bohaterki wartość doświadczeniową czy afektywną lub kiedy chce ona zyskać reakcję na swoją krzywdę. Z tego powodu te wiersze wydają się jakby doklejone do głównej części książki, przez co dzieli się ona na osobne zbiory: tekstów dobrych, tekstów kiepskich i tekstów podważających wartościowanie. Może te ostatnie wybrzmiewają jak szantaż dlatego, że zebrane wiersze tak różnią się poziomem i bez nieudanych utworów całość straciłaby wydźwięk usprawiedliwienia? Może były też potrzebne, aby wypracować finalną postawę podmiotki? Problem w tym, że nie widać tu spójnego rozwoju, tylko momenty nieutulonego wybuchu.
Jednocześnie Pobitych garów nie można zbyć resentymentalną interpretacją, bo nie brakuje w nich precyzji, subtelności i rzetelnej poetyckiej pracy. Chwilami omówiona prostota staje się niesamowita (w sensie przerywania familiarności mowy) lub ustawiona w nietypowej perspektywie. Byłyby to między innymi początek długiego wiersza Cash, diamond ring, swimming pool: „Zawiedzione kobiety leżą w pięknych domach / A powiatowe lesbijki lajkują im posty” (s. 16) czy Kalkomania (s. 43):
Czy my jesteśmy jakiegoś pochodzenia?
Leżymy tak nienaruszone, bo matki nas sobą okrywały
Zanim wysadzili dom w powietrze
Zero pierza z podartej kołdry
Zero stłuczonej porcelany
Same ciałka only
Podobne wiersze nie potrzebują wymówek i jeszcze wyraźniej pokazują różnicę w jakości tekstów. Zasadniczo debiuty często cechuje pewne rozchwianie, są dopiero początkiem wypracowywania stylistycznej i refleksyjnej drogi. Tu jednak odruchowo spodziewamy się czegoś innego. Może to także jest krytycznym problemem: debiut w danej dziedzinie to debiut w danej dziedzinie, tyle że w przypadku Pobitych garów mamy za dużo oznak ciągłości drogi pisarskiej. Obok jej bezpośrednich autotematycznych sygnałów czy motywu zbuntowanej dziewczyńskości wskazałabym też wątki żydowskie (swoją drogą: literacko bardzo udane). Co przy tym ciekawe, choć pojawiają się kilkukrotnie – na przykład w wierszu o wymownym tytule Haiom ba li lihiot jehudia [Dzisiaj chcę być Żydem] – zauważalna staje się swoista ucieczka autorki od dosłownego rozrysowywania stron dzisiejszych politycznych konfliktów. Tekst ten kończy się znaczącymi słowami: „Przynoszę swój ateizm, swój pacyfizm, swoje odrzucenie autorytetów / Ale nadal nie odpowiem na proste pytanie: / Tak albo nie” (s. 18). Odmowa sprecyzowania własnej postawy jest tyleż ciekawa, co liryczna – w tym sensie, że wypracowana przez enigmatyczne warunki wierszowe. Podobne wątki odnajdujemy również w Kalkomanii czy Nie mówimy o uchodźcach (s. 44). Najbardziej znamienny wydaje mi się jednak Zachód słońca na dachu w ośrodku Betlejem (s. 14):
Spośród wszystkich kul
Ta była najlepsza
Niebieska brama otwierała się co jakiś czas
Zwiastując przyspieszone kroki
Jej koronę tworzyły wielookie wieże
Z wyostrzoną perspektywą rychłego rozwiązania
Wszelkich problemów na linii
Naród – ludzie
Tutaj każdy ptak umiera tylko raz
Tutaj nikt nie odbija się w lustrzeNa balkonie dziewczyna robi zdjęcie bawiącym się chłopcom
Zaraz wyśle je matce, aby uspokoić ją, że tu wszystko w porządku
„Wszystko w porządku” pisze i dołącza dowód: portret grupy nastolatków
Ze szczerbatymi uśmiechamiJeśli pierwsza kula jest dobra, to druga jest niepotrzebna
Jeśli pierwsza jest najlepsza – po co te pytania?
Jak można zakończyć opowieść o tej książce? Polemizowałabym z tezą, że jest to zbiór całkowicie poświęcony problemom wspólnoty czy reprezentacji doświadczeń określonej grupy społecznej – zazwyczaj to jednak narracja prywatna, intymna, lecz na tyle zuniwersalizowana, że przez wiele osób może być odczytywana jako ich własna. Choć więc zapewne Pobite gary napisane zostały z myślą o pewnej wspólnocie odbiorców, to na pewno nie zostały stworzone z perspektywy wspólnotowej i zasadniczo jest to dla mnie fair – jak wspomniałam, poetyckie narracje wydają się dzięki temu bardziej wiarygodne. Problem z takim usytuowaniem podmiotki mam jedynie wówczas, gdy swój specyficzny, wrażliwy gniew zamienia ona w resentyment, w tym w momentach, w których staje się on zabezpieczeniem przed krytyką. Nie przekonują mnie też do końca refleksyjny punkt dojścia i autoterapeutyczne wnioski podmiotki, znów przez pryzmat stylu.
Jednocześnie jest w tej książce wiele dobrych tekstów – ich bezpardonowość i naga afektywność budzą szacunek. Pojawiają się tu wiersze, który nie ukrywają własnej naiwności, które przekonująco ją wypracowują, zachowując dezynwolturę. Są to przy tym teksty paradoksalnie świadome, świadomie nieskomplikowane, ale nie płytkie. Odświeżają one pewien rodzaj rozumienia poezji, który rzadko doczekuje się przekonującej artystycznie realizacji. W nich punk is not dead. Punk is dead tylko wtedy, kiedy popada w wymówki i chowa się za zasłonami.
[1] Zob. A. Sikora, Ja w pudełku, „Dwutygodnik” 2023, nr 365, https://www.dwutygodnik.com/artykul/10824-ja-w-pudelku.html [dostęp: 26.01.2026].