Somatometrie żyrardowskie – o cielesności, zewnętrzności i geometriach w wierszach Pawła Stasiewicza
Zastanawiając się nad poetyckimi wariantami ogrywania relacji między organicznością ciała piszącego a fizykalnością tekstu, w którym ciało to jest na przemian rozczłonkowywane i konsolidowane, a niekiedy stapia się z fakturą zewnętrzności, w pierwszej kolejności wskażemy zapewne składniowe rezonanse kręgosłupa Tytanii Skrzydło u Anny Adamowicz, quasi-eucharystyczne dary Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, wiersze organiczne Kacpra Bartczaka czy sposób, w jaki wzdłuż ramion trójkąta, którego wierzchołki wyznaczają kategorie ciała, polityki i pożądania, porusza się fraza Jerzego Jarniewicza. W blurbie towarzyszącym debiutanckiej Oprawie skórzanej Pawła Stasiewicza z 2022 roku, nominowanej do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius oraz Nagrody Literackiej Prezydenta Miasta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego, Agnieszka Wolny-Hamkało pisała: „Wszystko, co wiedzieliście o ciele i filozofii, wyda wam się jałowe i pozbawione wdzięku, kiedy przeczytacie tę odyseję po naszej mięsności”.
Zdaje się, że Stasiewiczowi udało się wypracować wariant badania tekstualno-cielesnych wiązań, który nie tyle idzie w poprzek modnych optyk filozoficznych, ile obywa się bez bezpośredniego zaangażowania wiersza w dyskursywne tło. Czy zatem świeżość i idiomatyczność tej dykcji wynikają właśnie z oswobodzenia lirycznego gestu z metodologicznej służebności i ciążących na nim tradycji gramatycznych? Oczywiście znajdziemy u poety z Żyrardowa ślady zadłużenia w awangardowych próbach przekraczania medium książki, semiotykach konkretyzmu i rozmaitych wycieczkach poezji lingwistycznej, ale to programowa laicyzacja wszystkich tych porządków pozwala autorowi Drugiego pół (2024) wyłonić z fizjologiczno-tekstualnych sprzężeń to, co decyduje o innym spojrzeniu na geometrie współistnienia materii ożywionej („naszej mięsności”) i tej życia pozbawionej (skapitalizowanej zewnętrzności).
Podczas spotkania z debiutantami nominowanymi do Silesiusa Stasiewicz przyznawał, że nie śledził tego, co w ostatnich sezonach działo się w poetyckiej bańce, nie zarywał nocek, by odrabiać zaległe lekcje z poezji poprzednich epok, a momentu inicjacyjnego w kontekście zainteresowania formatem wiersza (autor równocześnie zajmuje się projektowaniem graficznym i wideo-artem), upatruje w „przeoraniu” Białoszewskim, który w czasach licealnych „zmiótł go z planszy na parę lat”[1]. Twórczość autora Obrotów rzeczy doczekała się w ostatnich dwóch dekadach mnóstwa nowych odczytań, osadzających jego wiersze, prozę i dzienniki w kontekstach warszawskich, tożsamościowych, kognitywnych czy queerowych. Wczesna recepcja pozostaje jednak rozpięta pomiędzy dwoma głównymi paradygmatami – strukturalistyczną analizą wpływu języków mówionych, której horyzont zakreśla rozprawa doktorska Stanisława Barańczaka, oraz reistycznym studium Artura Sandauera, w którym Białoszewski staje się gloryfikatorem materii odrzuconej, ożywianej w warunkach neologicznych eksperymentów na morfemach.
Stasiewicz również sięga do innych warstw materialności obiektów za pośrednictwem słowotwórczego modelowania, ale skupia się nie na rzeczach peryferyjnych, lecz raczej tych towarzyszących nam powszechnie (meble z Ikei, foliowe torby na zakupy, wiatrołapy do magazynowania ulotek z dyskontów). Oczywiście mapuje w swoich wierszach przestrzenie ciała wychodzące poza komunikacyjną kartografię nakreśloną przez Barańczaka, za to zlewające się z topografią mieszkania czy sieni kamienicznej. W podobnie introwertycznych warunkach lokatorskich Białoszewski opiewał ślad po kaflowym piecu, błogosławioną podłogę, łyżkę durszlakową i ziemniaczane obierzyny. Mnogość pojawiających się w niniejszym szkicu figur „przechwyconych” wprost z autora Donosów rzeczywistości nie powinna sugerować czytelniczce, że Stasiewicz podejmuje (nie)wygodną rolę kontynuatora przygód patrona. W tekstach autora z Żyrardowa nie ma śladów epigonii. Te analogie to raczej zbliżenia wynikające z zainteresowania przekraczaniem norm językowych, tożsamych wyobrażeń o miejscu „ja” w wierszu i pejzażu (ciała/ulicy) przez tekst od-/wytwarzanym, czy zależności między gramatyką a geometrią przestrzeni, które składnia poematu nieudolnie stara się kadrować.
U Stasiewicza mitologizacja artefaktów „życia kocowniczego” (jakie Białoszewski wiódł w mieszkaniu przy placu Dąbrowskiego), elementów krajobrazu otaczającego podmiot zamknięty w czterech ścianach, okazuje się również komentarzem do industrialnej globalizacji. Jej skutkiem ubocznym pozostaje utożsamienie przestrzeni życiowych, obłożenie ścian naszych stancji tymi samymi, zuniwersalizowanymi produktami skandynawskiej sieci sklepów meblowych: „Regał Billy / A Ty jak masz na imię?” (Drugie pół [dalej: DP], s. 60). Sporo u Stasiewicza meblowych metafor, niekiedy diagnozujących biologiczne skutki symbiozy z tymi przemysłowymi (wy)tworami, jednocześnie wyzyskujących momenty obcości własnej męskości i „mięsności”:
Jak inna ręka
od dosypiania na niej
za krótka wersalka
wpija mi się w łydki
blokuje dreny
mrowisko na końcu
podłokietnik pod nogami
źle się wpisuję w projekt mebla
(DP, s. 61)
W intuicyjnych deformacjach przysłówków, neologicznych deklinacjach rzeczowników odczasownikowych czy dekonstrukcjach składniowych relacji między podmiotem a przedmiotem ujawnia się osobliwa diagnoza niedopasowania „ja” do kapitalistycznego krajobrazu, który nas otacza: osiągnęliśmy taki poziom reifikacji, że to nie rzeczy są projektowane w myśl pragmatycznego służenia ludziom; to ludzie – na drodze zakrzywionej ewolucji – są mierzeni przez system pod kątem ich wartości użytkowej dla produkowanych dóbr. U Stasiewicza efektem podmian materii organicznej i tej życia pozbawionej jest odwrócenie antropopresji – za poetą dostrzegamy, w jaki sposób podpięcie środowiska naturalnego pod przemysłową maszynę akumulacji rezonuje z naszym wyzbywaniem się świadomości ciała, transformuje ludzką podmiotowość w pozbawione jednostkowości dane statystyczne.
Ciało podmiotu przechodzi tu rozmaite ewolucje: od przeobrażenia degradacyjnego: „W haluksach są czarne skrzynki / skręcania ciała na boki // widoczne wszystkie zboczenia / aż się buty wyginają” (Oprawa skórzana [dalej: OS], s. 18), przez przysposobienia praktyczne: „Palikuję rękę palcami / żeby mi urósł uchwyt / wysokie piony // Twarda siła witania / Do noszenia zakupów” (OS, s. 19), po formy przetrwalnikowe: „Najadłem się obgryzaniem paznokci // Zrobiłem haczyki z płytek / do trzymania jedzenia w kęsach” (DP, s. 34). W lwiej części wierszy z pierwszej książki Stasiewicz sugeruje, że strategią napędzającą te organiczne transgresje pozostaje wsysający zewnętrzność ruch do wewnątrz siebie, odgrodzenie się od skapitalizowanych przestrzeni tytułową oprawą skórzaną. Zatem tytuł debiutu metaforyzuje nie tylko wytyczenie granic podmiotowości, która godzi się na alienację (stymulującą podejrzliwe podglądanie własnej fizyczności), ale także próbę pochłonięcia i przetrawienia tego, co w realiach antropocenu odbija nam się czkawką.
Z relacji między wnętrzem podmiotu (pracą jego ślinianek, organów, przepływu płynów ustrojowych) a wnętrzem przestrzeni okupowanych przez ciało (mieszkań, pokojów, dyskontów) Jakub Skurtys wyłania w lekturze Oprawy skórzanej kategorię wiersza „fagicznego”, którego dynamikę organizują rozmaite metafory oralne – „jedzenia, pochłaniania, trawienia”. Takie teksty „motywuje wszystkożerny ruch w głąb, pewien rodzaj fenomenologicznego zasysania świata do wiersza, a samego wiersza do wnętrza organizmu”[2]. Możemy mówić zarówno o pewnego rodzaju tekstualnym eskapizmie, zamykaniu się „ja” w wierszu imitującym jakąś – niepodbitą dotąd literacko – przestrzeń własnego, „mięsnego” wnętrza, jak i o ambiwalentnym ruchu zamykania wiersza na to, co w ramach wyporności poetyckiej matrycy pozostaje zawsze na zewnątrz, to, czego nie da się uchwycić w lirycznym powidoku.
Nie bez znaczenia dla stosunku do pojemności wiersza będzie mnogość zainteresowań i praktyk artystycznych Stasiewicza. Bohater jego wierszy metatekstowo podkreśla, że praktyka poetycka jest zawsze naznaczona koniecznością wyboru. Podmiot musi pamiętać o tym, jak wiele znalazło się poza wierszem, skoro tak niewiele się w nim zmieściło. Niezależnie od wybranej techniki operator zawsze selekcjonuje przedstawiany wycinek rzeczywistości. W tej samej optyce Stasiewicz kadruje żyrardowskie pocztówki z Drugiego pół, a świadomość owej wymuszonej selektywności kompensuje nieustannym poszukiwaniem rozmaitych odmian pełni.
Dwuznaczność somatyczno-edytorska tytułu Oprawa skórzana jest absolutnie nieprzypadkowa. Poeta mnoży metonimie, w których czynność lektury czy spisywania wiersza zrasta się z podstawowymi funkcjami organizmu – oddychaniem, jedzeniem, trawieniem i wydalaniem. Tym samym ciało podmiotu staje się czymś na wzór przestrzeni zapisu, a jednocześnie nawigatora po tekście – maladycznego narzędzia do czytania. Bebechy tego mechanizmu pozostają zrośnięte ze znakami wiersza. W sprzężeniu zwrotnym książka okazuje się czymś na wzór bloku tekstowego symulującego na swojej strukturze cielesne afekty, dzienniczka somatycznych doświadczeń: „jest krótkie pisanie / mało linii wersów // Ledwo dycha” (OP, s. 9). Trzeba podkreślić kolejną ironiczną dwuznaczność, wyłonioną z zabawnej homonimii: wiersz ten rzeczywiście zawiera „ledwo” dziesięć eliptycznych wersów. Tego rodzaju edytorskich grepsów i typograficznych dowcipów znajdziemy w obu tomikach sporo, co sygnalizuje konsekwencję w totalnym potraktowaniu materialności książkowego obiektu, na który składają się komplementarne warstwy: edytorska, typograficzna, semantyczna i sensualna. W Drugim pół pojawia się sporo światła, są puste strony, wiersz składający się z jednego znaku – „^” (PÓŁCITRÖEN, PÓŁ NIE), obiekty graficzne: wersy wykreślone i pomazane czy nieudolnie ścierane graffiti. A skoro aktywności Stasiewicza w polu nie ograniczają się wyłącznie do pisania wierszy (projektuje książki koleżanek i kolegów, odpowiadając nie tylko za okładki tomów, ale również za skład i łamanie wierszy w nich pomieszczonych), nie dziwi fakt, że i na tym poziomie Oprawa skórzana i Drugie pół stanowią konsekwentnie zaaranżowane całości.
Odbicie takiego spojrzenia na materialny kształt tomu poetyckiego i somatyczny wymiar obcowania z wierszami odnajdziemy w świetnym Czuciu czytania: „Przyłóż kciuk i ten drugi / razem do kartki i rozszerz // Zrób zoom // Przybliż sobie powiększone / pachnienie papieru” (DP, s. 38). W recenzji Drugiego pół Skurtys, który jako krytyk od początku towarzyszy Stasiewiczowi, podkreśla kluczową dla tej poetyki rolę przydawek dopełniaczowych, które „przydają właściwości tam, gdzie nie bardzo one pasują”[3]. Tropem sprawiającym, że te niespasowane żywioły zaczynają funkcjonować obok siebie w ramach wspólnej epistemologii, pozostają synestezje: jedne mieszają percepty i falsyfikują pracę synaps wiersza: „Twarzą patrzę na ciepło gorące // (…) Robię sobie zachody słońca / ciemnymi okularami / i staniem w cieniu” (OS, s. 30), inne miksują ze sobą porządki tekstualne i somatyczne:
Poruszę twoje ślinianki
napisem: ogórki kiszone
Teraz możesz poślinić palec
i przekręcić stronę na dalsze czytanie
Kciukiem zrób sobie zakładkę
do trzymania na grzbiecie
(OS, s. 13)
Tytułowa skórzana obwoluta okazuje się nie tylko pokrowcem na rozmaite organy, żółć, limfę, krew i postrzępione nerwy, ale też zewnętrzną „osłoną” swoistej instrukcji obsługi wiersza, bedekera rozmaitych eksplorowanych przez Stasiewicza foremek lirycznych, protokołu z procesu poszukiwania nowych wyjęzyczeń „ja”. Oczywiście w reżimie realizmu kapitalistycznego, w którym ciała stają się przedłużeniem trybów maszyny, „skórzane” grodzenie w ujęciu dążenia do autonomii staje się czymś na wskroś utopijnym, ale stawką tego języka poetyckiego pozostaje przyszpilenie owych ulotnych impresji bycia ze swoją świadomością ciała sam na sam, poza kieratem pomnażania wartości: „Wlałem w siebie wodę / i mam basen // Skaczę do niego / i jestem w sobie żabką” (OS, s. 51); „Zatkałem sobie pory / aloesem z balsamu // Teraz już nie będę / wychodził z siebie” (DP, s. 44).
Stasiewicz bardzo często, niekiedy za pomocą przerzutni, innym razem inwersji, wymienia organy i kończyny ciała na elementy konstrukcji przedmiotów, pośród których funkcjonuje bohater liryczny:
Lewa ręka leży na narożniku
do wciskania shiftu
i ma duże napisy markerami
na jednym złamaniu
w tym miejscu przemiesz-
czeniem zrośnięcia treści
do trzymania geometrii
pokoju w koło kartongipsu
wyglądu gładzi z oka
i podwieszonego sufitu
(OP, s. 45)
Te chwyty poeta komentuje zresztą w momentach autotematycznych, które w obu tomikach tworzą coś na wzór nawigacji po najbardziej metatekstowych i metacielesnych przebiegach: „Lubię wyprzedzać przejmowanie / mojego ciała przyszłymi rzeczami” (OS, s. 14). W mieszkaniu Stasiewicza znajdziemy „nerwowe koszulki A4” (DP, s. 36), umywalkę, której „odeszły wody” (DP, s. 45), „silne prześcieradła, dźwigające całych ludzi” (DP, s. 50). U Białoszewskiego tego rodzaju wnętrzarskie antropomorfizacje oswajały cztery kąty, sublimując lęk przed tym, co obce i niebezpieczne na zewnątrz kamienicy. Były to przede wszystkim spojrzenia innych, tnące „ja” na jeszcze drobniejsze kawałki. Podmiot wierszy Stasiewicza częściej wygląda za okno, opuszcza kwadrat, otwierając się na to, co zewnętrzne (ulice, osiedlowe parkingi, sklepy spożywcze), pozwala zainfekować swoje ciało atmosferą tych miejsc: „Przeziębiłem sobie kolana / od lodówek w dużych sklepach / z nabiałami i mięsami / w krótkich spodenkach” (OS, s. 21). Mamy więc dwa ruchy przeciwstawne: inkluzyjne zamykanie się w swojej „oprawie skórzanej”, napędzające rozmyślania nad fizjologią zajmowanych przestrzeni – cielesnych: „Ciężar czoła domyka mi oczy” (DP, s. 59), mieszkalnych: „Przerobiłem sobie duszę na gaz // Teraz mieszam się w mieszkaniu / z całymi ziemniakami / rozłożonymi w zapachu” (DP, s. 35) i tekstualnych „Mówisz z pełną buzią / moich wyrazów” (DP, s. 85), oraz eksplozyjne wystawienie się na rozmaite symbiozy z zewnętrzem.
Ten drugi typ reprezentują dwa genialne wiersze z Drugiego pół. Pierwszy z nich, Wypełnienie kształtu, to rodzaj ironicznej gry z imagistyczną redukcją emocjonalności obserwacji, gdy podmiot rejestruje zza firanki statyczność podwórkowego krajobrazu, poszukując jakiegoś praprzyczynowego porządku geometrycznego w symetrii chaosu życia ulicznego: „Na chodniku leży białe / dziecko z rodzicem za rękę / i obok rowerem // Wszystko jest odłożone / na swoje miejsce” (DP, s. 37). W Do NN*** Białoszewski pisał: „nagle / wycinasz się / z pomieszanych form ulicy / wypukłością nóg / twarzy”; upraszczając działanie zmysłu wzroku, ograniczał widzenie podmiotu do dwóch wymiarów. Taki dwuwymiarowy rzut techniczny osiedla pojawia się przy okazji „wypełniania kształtów” przez poetę z Żyrardowa, tyle że z lotu ptaka. Zresztą osiedla Mirona widziane z okna, podobnie jak jego Otwock z Było i było (bardzo przypominający Żyrardów Stasiewicza), często ujawniają się w takiej perspektywie. W redukcji Białoszewskiego mieścił się cały szereg metonimicznych przeniesień: człowiek jako wypukłość płaszczyzny miasta; deptana przez niego powierzchnia jako linia życia; dwuwymiarowe widzenie jako pochodna spłaszczenia społecznych relacji. W cytowanym wyżej fragmencie żyrardowskiej wizji lokalnej Stasiewicza również interesuje egzystencjalna metaforyka zabaw z linią płaszczyzny i wybijającą się ponad nią elipsą, która zarazem kreśli „oprawę skórzaną” bohatera lirycznego (jak w kultowym klipie do Bla bla bla Gigiego D’Agostino). Zresztą kilka rzutów technicznych, przedstawiających wypłaszczony organizm blokowiska, znajdziemy między wierszami w Oprawie skórzanej.
W Płaskich duchach poeta rozpisuje ontologię suchych prostokątów po „płaskich odjechaniach” samochodów zaparkowanych przed ulewą: „Przelotne dywany z asfaltu / parkują jak na drzewach / i robią pod siebie // duchy samochodów” (DP, s. 75). W tym kadrze dochodzi do kolejnego fizykalnego przełamania, tym razem już w rzucie trójwymiarowym. Poeta zaburza relację między liniami poziomymi, które – gdyby wyobrazić sobie wiersz Stasiewicza jako żyrardowską pocztówkę zamkniętą w szklanej pozytywce – byłyby równoleżnikami tego kulistego powidoku. Nie wiemy bowiem, czy owa sucha plama należy do materii asfaltu, a więc jest elementem podłoża, nad którym zawisa podwozie samochodu, czy może porzuconą w pośpiechu częścią/kończyną tego pojazdu. Takie synestezyjne przenikanie tworzyw, zjawisk czy perceptów wydaje się jednym z najistotniejszych składników tej poetyki, decydującym o postrzeganiu tego, co wobec wiersza zewnętrzne, jako jednorodnej substancji: „O jakie brudne słońce / od głaskania palcami szyby / robi ogrzewanie podłogowe” (DP, s. 64). Zadaniem ciała podmiotu, ale i ciała wiersza, jest pochłonięcie energii powstałej na tych przecięciach zjawisk, przetrawienie jej i zwrócenie (czytelnikowi?) pod postacią instrukcji nowych form użytkowania własnej cielesności i fizykalności środowiska, które nas otacza.
Powracając do „życia kocowniczego”, wspomnianych już za krótkich wersalek i prześcieradeł dźwigających śpiochów, Stasiewicz – znów wzorem Białoszewskiego – różnicuje dwie perspektywy dziania się rzeczy: wertykalne („A tu mnie boli światło / jak idę siku w łazience”; OS, s. 12) i horyzontalne, w którym dominują „leżenia” (tytuł cyklu wierszy kanapowo-łóżkowych z Było i było Białoszewskiego). Oba warianty znajdują konkretystyczne przełożenie na graficzny wymiar zapisu. W Oprawie skórzanej znajdziemy wiersz Zasłanianie podglądu grila, pozwalający spojrzeć na wiosenne ucztowanie z wprost sąsiedzkiej perspektywy:
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
prze
świt
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
tuja
Natomiast w Drugim pół pojawia się Wiersz płaski, w którym pojedynczy wers zostaje rozciągnięty w linii poziomej na cztery sąsiadujące ze sobą strony. A zatem Stasiewicza interesuje nie tylko geometria przestrzeni, które wiersz próbuje kadrować w ramach aranżacji poetyckiej pocztówki, ale także możliwość relacjonowania fizykalnego układu rzeczywistości w samej edytorskiej warstwie formatowania znaków.
Choć struktura tekstów autora jest z reguły „kanciasta”, co dodatkowo potęgują liczne przerzutnie, elipsa z okładki Oprawy skórzanej mogłaby posłużyć za uproszczony model geometryczny tych poetyckich artefaktów. Jednocześnie wiele wierszy Stasiewicza, choćby te, w których „ja” raportuje kształty i figury dostrzeżone z okna, moglibyśmy uznać za tekstualne rzuty techniczne, w których konkretny znak, fraza czy wers stają się rodzajem bryły wpisanej w oś obrotu. Często gdy alienacja „ja” prowadzi na granicę solipsyzmu, tą osią okazuje się ciało, od którego wszystko się zaczyna, z którego – na prawie przenikania się istnień uformowanych z tej samej substancji – wyrastają inne byty. Biorąc pod uwagę sposób, w jaki poeta sprzęga ze sobą warstwę edytorską, metatekstowe komentarze i osobliwe podejście do geometryczności składni, możemy uznać, że książka poetycka w tej optyce staje się pokrewna zeszytowi technicznemu. W jednej z animacji Stasiewicza, zatytułowanej Powierzchnia do pamiętania fragmentu, bryły i kształty, w których zapisane zostało „pamiętanie” rozmaitych epizodów z życia narratora, zostają wpisane w dwa kwadraciki kartki z liniaturą w kratkę. Do tych dwóch pól ogranicza się ich dynamika poruszania się, ujawniania, przesuwania i znikania. Taką samą, techniczną fakturę zdaje się mieć tło wierszy Stasiewicza, niekiedy przypominające nawet papier milimetrowy. Jest w tych geometrycznych impresjach obsesja symetrii i systematyczności, wynikająca z potrzeby dostrzeżenia porządku nie tylko w tym, co mieści się w poznawczej bańce podmiotu poetyckiego, ale również w tych elementach przestrzeni wiersza, które okazują się ekwiwalentami braku, pustki, ubytków w krajobrazie zewnętrzności (jak suche ślady po „odjechanych” samochodach czy puste kratki odmierzające odległości między rzutowanymi bryłami).
Analizując związek między obsesją geometrycznego „mierzenia” zewnętrzności a somatycznym wymiarem tej praktyki, w której ramach najdoskonalszym przyrządem mierniczym jest właśnie ciało podmiotu, dostrzeżemy, że o ile debiut Stasiewicza wypełniały przede wszystkim wiersze „fagiczne”, w Drugim pół przeważają raczej te somatometryczne. Oczywiście potraktowanie wiersza jako rzutu technicznego, w którym tekstualne bryły poszczególnych obiektów czy elementów ciała podmiotu zostają wpisane w płaszczyznę kartograficzną, może wydać się metaforą cokolwiek radykalną, lecz trudno uciec od podobnych skojarzeń, gdy w Drugim pół czytamy: „Krajobrazy składają się / z samych horyzontów / leżących jeden na drugim / gęsiego” (DP, s. 62). Stasiewicz wykorzystuje Spinozjański model more geometrico, wskazując zarazem na to, jak etyczna podbudowa tego filozoficznego imperatywu została przekształcona przez alienującą „ja” nowoczesność. U Spinozy matematyczna wykładnia prowadziła do stwierdzenia, że Natura równa się Bogu, a z konieczności jej substancjonalnego istnienia wynika istnienie praprzyczynowej instancji kreującej, która ustanawia wszelkie zasady przenikania się materii. O ile jednak niderlandzki witalista zadowala się stwierdzeniem o jednorodności substancji, która łączy to, co skończone, z tym, co wymyka się nawet matematycznym sądom, Stasiewicza interesuje poziom niższy, a przy tym głębszy – poziom molekuły, wiązania między ludzkim ciałem, wraz z całym naddatkiem jego somatycznych dysfunkcji, a materią nieożywioną, obiektami rozumianymi jako wytwory pracy człowieka, od których wartości użytkowej zostaje on odseparowany w nowej, podporządkowanej kapitałowi ekonomii bycia.
W swojej analizie pism autora Traktatu o uzdrowieniu rozumu Gilles Deleuze zauważa, że byty geometryczne są u Spinozy pojęciem abstrakcyjnym i wyłącznie takie – a zatem „fikcjonalne” – zależności między istnieniami pozwalają uchwycić. Geometria może więc tworzyć pewną strukturę dowodzenia racji na temat rzeczywistości, ale nie może posłużyć człowiekowi za ostateczny dowód ontologiczny, gdyż operuje wyłącznie na poziomie abstrakcji. Jednak w toku matematycznego docierania do istoty substancji niderlandzki filozof łączy geometryczny model z „pojęciami wspólnymi”, które są bardziej biologiczne niż matematyczne, „formują […] pewną geometrię naturalną, która umożliwia nam zrozumienie jedności całej złożonej Natury i sposobów, w jakie jedność ta podlega modyfikacjom”[4]. Stasiewicz również traktuje matematyczne układy jako struktury poznawcze, a równania geometryczne jako kolejne ścieżki docierania do substancjonalności własnego „ja”, ale już samo przenikanie się substancji w rozmaitych bytach osiąga w jego wierszach wymiar bardziej biologiczny. Wykazaniu tego, że ciała, obiekty i przestrzenie, choć tak różne w swych kształtach, ostatecznie są zbudowane z tej samej, jednorodnej materii, służy poecie synestezyjne pomieszanie pracy zmysłów („widzenie echa”), neologiczne deklinowanie rzeczowników odczasownikowych („płaskie odjechania”) oraz nielogiczne, lecz niezwykle ożywcze operowanie przydawkami dopełniaczowymi („czucie czytania”).
W swoim słowniczku Spinozjańskich terminów i kategorii Deleuze podkreśla, że pojęcia wspólne „zawsze przedstawiają coś wspólnego ciałom: wszystkim (rozciągłość, ruch i spoczynek) albo niektórym (co najmniej dwóm – mojemu i jakiemuś drugiemu ciału)”[5]. Podobnych „wspólności” poszukuje Stasiewicz w relacjach między ruchami ciała podmiotu a pozorną statycznością otaczających je obiektów i przestrzeni. W swoich rzutach somatometrycznych bada złożoność natury osiedlowych parkingów, klatek schodowych, alejek sklepów spożywczych, dla których centrum, a zarazem granicą pozostają linie horyzontów zakreślonych zasięgiem fizyczności ich eksploratora. Mamy więc u Stasiewicza: awangardowe próby przekroczenia medium książki na bazie gier z warstwą edytorską i metatekstowymi komentarzami; z ducha konkretystyczne zabawy z geometrią znaków językowych; lingwistyczne dekonstrukcje norm komunikacyjnych i gramatycznych algorytmów a’la Białoszewski czy Miłobędzka. Jednak imperatyw geometrycznego doświadczania miejsc i własnego ciała zbliża ten idiom do linii eksperymentu i aspiracji niedokończonego, trygonometrycznego poematu Tymoteusza Karpowicza pt. Rozwiązywanie przestrzeni, który w intencji autora Rozkładu jazdy miał stanowić „drugie pół” wielkiego, niedoczytanego Odwróconego światła.
Ta obsesja symetryczności ujawnia się również w komparatystycznej lekturze obu tomów Stasiewicza. Drugie pół wydaje się drugą, brakującą połową Oprawy skórzanej, co sugerują nie tylko zbliżenia w warstwie formalnej, podobieństwa tropów stylistycznych, powracające somatyczne synestezje, ale także pozostawienie pustych stron w pierwszej części książki. Choć białe karty nie stanowią równej (sic!) połówki i nie pomieściłyby wierszy z Oprawy skórzanej, Stasiewicz tym zabiegiem wskazuje, by oba obiekty czytać jako komplementarną całość. Czy przy okazji sugeruje, że Drugie pół kończy jego poetycką przygodę? W krótkometrażowym 1, 2, 3, 4, prezentowanym w 2016 roku na Olimpiadzie Artystycznej w Olindzie, autor przechadza się po żyrardowskim blokowisku, otwierając uniwersalnym kodem domofonów cztery kolejne klatki schodowe. Fakt, że w każdej z nich zostawia uchylone drzwi, ale nigdy nie wchodzi do środka, ustanawia bardzo pojemną metaforę możliwych rzeczywistości, których podmiot, ograniczony własnym ciałem i alienującymi siłami spektaklu, nie może eksplorować na swoich warunkach. Jednym z najsilniej pętających żywiołów pozostaje normatywny język, wtłaczający „ja” w gotowe formuły przeżywania codzienności. Radykalny eksperyment morfologiczny jest szansą na odzyskanie kodu zdolnego opisać rozmaite zależności ciała i tej zaklętej przestrzeni. Najistotniejsze jest to, że wszystkie drzwi w 1, 2, 3, 4 mogą zostać otwarte przy pomocy tej samej kombinacji. Czekajmy na trzecią połowę, nie oczekując radykalnych zmian.
Przypisy
[1] Salon Silesiusa: Debiut 2023, 29 X 2023 [dostęp: 6 VIII 2025]. ↖️
[2] J. Skurtys, Lista osobista, „biBLioteka. Magazyn literacki”, 14 XI 2022, https://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/cykle/ppr-11/ [dostęp: 6 VIII 2025]. ↖️
[3] J. Skurtys, Dwa i pół promila musztardy, „Odra” 2025, nr 7–8, s. 121. ↖️
[4] G. Deleuze, Spinoza. Filozofia praktyczna, tłum. J. Brzeziński, Warszawa 2014, s. 140. ↖️
[5] Tamże, s. 136. ↖️