Nguyễn Phan Quế Mai, Góry śpiewają (tłum. Izabela Matuszewska, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2025)
Jak dużo wiecie o Wietnamie? Bo ja, przyznaję, właściwie tyle co nic. Wojnę wietnamską kojarzę przede wszystkim z amerykańskich filmów i z takiej też perspektywy – do niedawna nie wiedziałam, że to w zasadzie była druga wojna indochińska. A skoro druga, to musiała też być pierwsza – ta na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku wyzwoliła Wietnam spod kolonialnej administracji francuskiej. Powojenna historia państwa na południowo-wschodnim krańcu Azji, jego wewnętrzne problemy czy społeczne dramaty również są (lub były) mi obce – i myślę, że pod tym stwierdzeniem mogłaby się podpisać większość mieszkańców szeroko pojętego Zachodu. Nguyễn Phan Quế Mai, nagradzana wietnamska poetka, zdaje sobie z tego sprawę. I właśnie to popchnęło ją do podjęcia nietypowej decyzji: swój prozatorski debiut – tworzony przez siedem lat! – napisała w języku angielskim. Chciała, by jej „list miłosny do Wietnamu” przeczytał ktoś więcej niż sami Wietnamczycy. Chciała, by jej kraj, przez lata sprowadzany do roli elementu scenografii w opowieściach o „dzielnych amerykańskich żołnierzach” walczących z „dzikimi Wietnamczykami”, odzyskał wreszcie głos. I chciała, by był to głos kobiecy.
Góry śpiewają to saga rodziny Trần rozpisana na tle najtrudniejszych chwil z historii dwudziestowiecznego Wietnamu. Autorka prowadzi narrację z dwóch perspektyw: Diệu Lan, urodzonej na początku stulecia, oraz jej wnuczki Hương, dorastającej w latach siedemdziesiątych. Dla Hương nastoletnią codziennością są amerykańsko-wietnamska wojna, bomby spadające na Hanoi, gdzie mieszka z babcią, i strach o los rodziców, od lat walczących na froncie. Dla Diệu Lan niepewność jest w zasadzie wpisana w życie – ze wspomnień, którymi stopniowo dzieli się z wnuczką, wyłania się obraz kobiety, na której życie wpłynęła „wielka historia”: w czasach japońskiej okupacji straciła ojca, Wielki Głód z lat 1944–1945 odebrał jej matkę, a ona sama po reformie rolnej, wprowadzonej przez komunistyczny rząd w wyjątkowo brutalny sposób (lata 1953–1956), musiała uciekać z szóstką dzieci z rodzinnego gospodarstwa.
W swojej powieści Nguyễn Phan kładzie nacisk właśnie na perspektywę kobiet – matek, babek, córek, sióstr – i opisuje wpływ wojny na ich życie. Podczas gdy mężczyźni toczą walkina froncie, one też walczą: z głodem, biedą, okrucieństwem. Autorka nie opowiada się po żadnej ze stron amerykańsko-wietnamskiego konfliktu; jeśli już staje w czyjeś obronie, to cywili, szczególnie kobiet i dzieci, jako największych ofiar konfliktów zbrojnych. W tym wymiarze Góry śpiewają to uniwersalny głos sprzeciwu wobec wojny – w każdej jej odsłonie, bo śmierć pozostaje śmiercią niezależnie od tego, czyje ręce ją zadały.
W powieści nie brakuje drastycznych scen, opisów trudnej do pojęcia przemocy i cierpienia zadawanego przez ludzi – autorka pokazuje w ten sposób, jak niewiele trzeba, by wyzwolić w ludziach najmroczniejsze pokłady zła. Ale równocześnie jest w niej dużo ciepła, bo to także historia o sile rodzinnych więzi, o wybaczaniu i o pogodzie ducha, której nie łamią przeciwności losu. Tak, zdaję sobie sprawę, jak emfatycznie może to brzmieć. Jednak taka właśnie jest ta książka – opowiada o historii Wietnamu odbijanej w losach zwykłych ludzi w chwilami nieco zbyt uproszczony, czasem wręcz ckliwy sposób. I gdyby to była powieść osadzona w polskiej historii, odrzuciłabym ją pewnie po kilku pierwszych rozdziałach z zarzutem: za dużo i zbyt emocjonalnie. Ale tutaj wietnamskie tło sprawia, że od lektury trudno się oderwać – nawet wówczas, gdy uproszczona postać Hương (raczej personifikacja naiwnej młodości niż bohaterka z krwi i kości) budzi irytację, a symbolika bywa zbyt oczywista (jak podwórkowe drzewo odrastające wraz z odradzającą się rodziną Trầnów). Wszelkie niedociągnięcia są równoważone przez fascynujące opisy kraju z barwną kulturą, w którym codzienne rozmowy oprósza się obficie przysłowiami, w którym śpiewa się kołysanki i poezję. To rekompensuje czytelnikom wszelkie niedociągnięcia. Książka fascynuje również ze względu na warstwę językową – wspomniałam już, że Nguyễn Phan jest poetką, i to widać. Bywa w jej powieści mocno lirycznie („Kiedy babcia śpiewała, rozległe pola ryżu rozpościerały przede mną zielone ramiona, bociany unosiły mnie w powietrzu, a rzeki porywały mnie z nurtem w dal”), a jednocześnie fabuła trzyma nas mocno przy ziemi.
Góry śpiewają to nie nudna lekcja historii, najeżona datami i faktami. To opowieść o ludziach żyjących w świecie innym niż nasz – a mimo to bardzo do nas podobnych, bo niezależnie od języka, którym mówimy, i kultury, w której się wychowaliśmy, wszyscy pragniemy tego samego: miłości, bezpieczeństwa i wolności dla siebie i swoich bliskich. Jest to także lekcja empatii, przypominająca, że warto wsłuchać się w głosy tych, których zazwyczaj nie słuchamy. Zabrzmiało emfatycznie? Cóż, nie mogło inaczej.