Teoria

W świątyni instynktu

Olga Rembielińska
368 odsłon
Tomasz Lorenc, Gładzenie zwierząt, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Oddział w Łodzi, Łódź 2023

Tomasz Lorenc, Gładzenie zwierząt, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Oddział w Łodzi, Łódź 2023

Zaczynam od krytyki, choć to dopiero początek tej historii – Gładzenie zwierząt, przez autora uważane za właściwy debiut, to książka, która mimo technicznych niedoskonałości ma w sobie coś magnetyzującego. Nie uzyskała żadnej nominacji ani nie doczekała się żadnej poważnej recepcji. Tomasz Lorenc, łodzianin, znajdujący się poza głównym obiegiem poetyckim, za to nagrodzony w kilku ogólnopolskich konkursach, nie zawsze trafnie operuje puentami. Momentami też jego styl staje się przesadnie sentymentalny. Tworzy jednak z wrażliwością, która oferuje alternatywę dla „estetów zafascynowanych możliwościami”[1]. To, co w tym tomie działa więc najlepiej, to nie chłodny eksperyment językowy, lecz obraz i uczucie, czasami brutalne i pożerające, zawieszone we władzy instynktu.

rekwizyt

pora kolacji, tak po prostu chce się jeść
choć słońce jeszcze wolno się trawi i wieczór zapowiadał się
uroczyście otwieram puszkę sardynek i obserwuję zamarłą
w rzędach ławicę, jest gorąco i olej staje się wodnisty
daje się wyczuć poruszenie
znaczące szmery, migotania skrzeli, ciasno rozproszone światła
połknięte pogłosy zadławione w przejściach. wyślizgują się
odpływają luźno utkanym szykiem
odsłaniając bardzo cienkie i twarde dno

jem szybko i rozwlekle

Trudno dziś bronić argumentu, że coś wzrusza i jest autentyczne, gdy tkwi w wiecznej pętli kolejnych zwrotów, przyszpilających emocje niczym motyle w gablotach – taki los spotkał chociażby „nową szczerość”, co świetnie opisał Jerzy Franczak w „Twórczości” (2021)[2]. Posthumanizm czy nowożytny witalizm, po które sięga Lorenc, mogą z kolei uchodzić za nurty już wyeksploatowane i niezbyt atrakcyjne w rywalizacji o nowatorskość. Choć oczywiście nie jest to reguła. Przykładem może być bardzo dobrze przyjęty debiut Joanny Łępickiej Zeszyt ćwiczeń (2023). Jak przekonuje Dawid Kujawa:

Układ wypowiedzenia Łępickiej nosi w sobie głęboką mądrość ontologiczną, bo nie tylko jest pogodzony z ciągłą i nieprzewidywalną zmianą jako zasadą warunkującą istnienie, ale też afirmuje ją jako rodzaj najwyższej siły: bez większych nadużyć można uznać, że stoi za tym coś w stylu Bergsonowskiego élan vital lub Spinozjańskiego conatus (2024).

Zaryzykuję stwierdzenie, że Lorenc nie zyskał należnego uznania w środowisku literackim nie z powodu braku talentu, lecz prawdopodobnie ze względu na brak wymiernych korzyści płynących z jego wsparcia – artysta w średnim wieku, którego kariery nie da się już łatwo ukształtować, bez głośnej biografii i rozbudowanych kontaktów, staje się niewidoczny w literackim obiegu. W czasach gdy nominacje do nagród literackich są fetyszyzowane, twórcy pominięci przez gremia jurorskie wydają się skazani na marginalizację. Inna sprawa to oczywiście fakt, że powoli nikomu już nie chce się pisać recenzji, ponieważ praktycznie nikt za to nie płaci, poza tym prekariacki tryb życia wymusza selekcję lektur. Wystarczy spojrzeć na liczbę tomów zgłaszanych co roku do konkursów, by stwierdzić, że przeciętny recenzent skazany jest na wybiórczość. Wyjątkami są tu zapewne Karol Maliszewski i Jakub Sęczyk, którzy – jak mówi miejska legenda – czytają wszystko.

Lorenc nie pasuje więc do układu: pisze nieefektownie oraz nie podporządkowuje się trendom intelektualnym. W świecie literackim, gdzie chłód rozumu i językowe eksperymenty często uznaje się za synonim współczesnego kunsztu, jego twórczość może wydawać się anachroniczna – lecz paradoksalnie to ona właśnie jest dla mnie świeża i autentyczna.

Gładzeniu zwierząt kluczowe staje się zanurzenie się w zmysłowość i instynkt. Poeta operuje językiem pełnym precyzyjnych obserwacji, nadając utworom wyrazisty, organiczny charakter. Pozwala nam to dostrzec wyraźniej wszystko, co z pozoru od razu widoczne:

góra dół, dół góra

nie wiem czemu na cmentarzu rosną zawsze wysokie drzewa
a na nich nie zawsze siedzą wrony
kiedyś zapytała, po co uczą się latać, odpowiedziałem przytomnie
że po prostu, żeby latać, a ona na to przytomnie:
jak ktoś chce umieć latać, to dlatego, że boi się, że spadnie

Lorenc stosuje więc przetasowania semantyczne między tym, co ludzkie, i tym, co nieludzkie. Otwarcie tomu – wierszem jesteś albo cię nie ma – to wejście w przestrzeń, gdzie granice między światem zwierzęcym a ludzkim się zacierają. Podmiot, ugryziony przez jabłko – być może z drzewa poznania – zostaje wyrzucony poza ustalony porządek. Nie ma tu jednak religijnego potępienia. Przeciwnie: rozpad dawnych kategorii otwiera możliwość nowego istnienia, w którym podział na instynkt i świadomość przestaje być oczywisty:

dziś znów mijamy kolejne drzewa, przy jednym
pozwalam, by ugryzło mnie jabłko
patrzę prosto w oczy, czego psy podobno nie lubią
ja lubię, dlatego mamy teraz dwa uczucia
jedno zwyciężyło, drugie nie przegrało

Rewizja historii i demistyfikacja zwierzęcości pojawiają się w tym tomie zresztą parokrotnie. Choćby w wierszu odczyny, znamiona – ORZEŁ. Jak czytamy, na denarze Chrobrego wcale nie było żadnego orła (był prawdopodobnie paw albo gołąb), co sugeruje fałsz mitu założycielskiego polskiej heraldyki. Kolejnym odczarowaniem może być bielik, który w rzeczywistości jest jastrzębiem. W ten sposób poeta pokazuje, że polski symbol narodowy jest nadinterpretowany lub tworzony na potrzeby ideologii, a jego rzeczywiste korzenie są inne, niż się powszechnie uważa. To jednak prowadzi do kolejnego pytania: czy realność, którą opisujemy, w ogóle istnieje niezależnie od naszego języka i wyobrażeń?

Amerykański kognitywista Ronald Langacker twierdzi, że każda próba opisu rzeczywistości przez człowieka jest jednocześnie jej konstruowaniem. Percepcja kształtuje język, ale i język formuje to, co postrzegamy. Lorenc idzie krok dalej: pyta, czy różnica między ludzkim a zwierzęcym sposobem odczuwania świata w ogóle istnieje. Jego poezja operuje figurami hybrydowymi – centaurami, istotami łączącymi ludzką zdolność do abstrakcji z instynktowną, pierwotną percepcją. Nie jest to jedynie gra formalna – to próba powrotu do głębszego, bardziej cielesnego doświadczenia świata.

zoolatria

do domu wracałem po starej szkole, byliśmy w niej szczerbaci
bo dwójki były jedynkami, uczyli tam, jak gryźć w domu
trzeba zjeść albo wysuszyć, najbardziej lubi się serduszko
zawsze było dla mnie wyłowione szarym durszlakiem
najbardziej magicznym przedmiotem z zająkanego dzieciństwa
nie lubiłem tasaka, nim rozbija się twarde jak smażyli móżdżek
dlatego nie lubiłem móżdżka oraz wszystkich zdrobnień
byłem starannie wyczulonym dzieckiem, próbowałem cedzić im
o Egipcjanach oni rozumieli, jak się używa narzędzi, że najważniejsze
ważenie serca, a jeśli ma przetrwać, należy przedtem usunąć
przez nozdrza mózg, ponieważ służy on ciału jedynie jako źródło
śluzu i wilgoci, tak im mówiłem, ale oni tylko się śmiali, że tak stałem
w uślinionych kącikach, jak mumia, cały najedzony i usmarkany
wtedy też zrozumiałem, dlaczego zwierzęta nie używają narzędzi

To połączenie otwiera nowe pole do rozważań nad granicami ludzkiego doświadczenia. Gładzenie zwierząt to nie tylko zbiór wierszy, lecz także eksperyment – wyobraźnia poetycka testująca, jak bardzo język może zbliżyć się do fizyczności, instynktu, głodu, brudu. Zamiast wyrafinowania dostajemy pazury, zamiast płuc – skrzela, zamiast wykształconego głosu – mamrotanie z uślinionych ust. To, co w języku jest bliskie życiu, a jednocześnie mu odległe, bo umiejscowione poza ludzką kategorią gatunkową.

sowie światło

właśnie tak
zanim się zacznie
będziemy czekać do końca
aż znów zrozumiemy, że minęła nas tajemnica

Lorenc nie jest nowatorski w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale jego poezja wymyka się łatwym klasyfikacjom. Dostaliśmy wszak w krytyce somatopoetykę, nowy banalizm czy autotematyzm. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że dużo w tych nurtach biadolenia, użalania się nad sobą bądź znudzenia innymi ludźmi (głównie przez to, że stanowią mało atrakcyjne tło dla rozważań podmiotu), jest też masa ironii lub blazy i, co najbardziej przykre, dystans wobec życia. Nawiasem mówiąc, sama jako poetka wpadłam w pułapkę fantazji o akcie tworzenia i indywidualizacji.

kanały tematyczne

zaglądam przed snem w te rolki, jak zobaczysz to ci
się przesunie nie. przyśni się. jedynym okiem
drugim okiem i zimne ciemne białe dokoła mogłoby być
nawet National Geographic, bo właśnie pingwin oświadcza się
ofiarowując kamień, jeśli kamień nie zostanie
wyrzucony z gniazda jest przyjęty, pingwin potrafi obejrzeć
kamień uważnie, ponieważ jego oczy są większe od mózgu
a kamień ma zimne ciemne białe dokoła i ogląda nimi wszystkimi
popiskiwania narratora Rachel Moritz żyła lat dwadzieścia
pięć po pierwszej w nocy History Channel chyba puste groby
ofiar shoah, ale jest piękny kamień, ten akurat wciąż przesuwa
skacze, narzuca się

 

dziki bóg

pewnego razu zagryzłem hostię
żeby zobaczyć, jak to
jest

Kontynuujmy zatem wyliczankę: nie ma u Lorenca przewagi dekonstrukcji procesów politycznych i społecznych, jaką operuje poezja zaangażowana, jest raczej odważne wchodzenie w świat. Poeta mało odziera z iluzji, wręcz odwrotnie, stara się dostrzec jej magiczny wymiar. Nie gra z tradycją, jednocześnie dostrzegając jej istnienie. Balansuje między intelektem a instynktem, między słowem a cielesnym doświadczeniem. Jego twórczość podważa oczywistości, których literatura zdaje się kurczowo trzymać. Chodzi mi, rzecz jasna, o podział na to, co naiwne (wiarę, że robimy coś nowego, świeżego), i to, co intelektualnie dojrzałe (pewność, że pozostał nam już zaledwie recykling idei, mroczna ekologia, czy inaczej mówiąc: permanentny stan katastrofy). Czy to wystarczy, by głos Lorenca przebił się przez literacki obieg? Jeśli przyszłość poezji ma sięgać dalej niż językowe ornamenty i festiwalowe strategie, to odpowiedź jest prosta.

 

PRZYPISY

 
1. D. Kujawa, Niedzielne ziemie. Poezja i dobra wspólne, Warszawa 2024.
2. https://tworczosc.com.pl/artykul/paradoks-szczerosci/ [dostęp: 17.01.2025].