Paweł Sołtys, Monolok, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026
Mikrotyków w debiutanckiej książce Pawła Sołtysa było wiele, a ukuty przez autora tytuł obwieszczał zaistnienie osobnej kategorii genologicznej. Korci, by zapytać, czy monolok to także gatunek. Z jednej strony nazwa ta wskazuje na pojedynczość, może więc sugerować jednorazowość i niepowtarzalność, klasę samą w sobie. Z drugiej – da się wydobyć rozpoznawalne cechy zaproponowanej tutaj formy. Choć kapryśna i pełna nagłych zwrotów, okazuje się niezwykle konsekwentnie, wręcz misternie realizowana. Właśnie w mocnej konstrukcji Monoloku najskuteczniej objawia się żywioł stugębnej pamięci lokalnej, organizujący nową książkę Sołtysa.
Głównym narratorem opowieści – snutej nieprzerwanie od pierwszej do ostatniej strony bez jakichkolwiek delimitacji (poza podziałem na akapity) – jest grochowski fryzjer, co chwilę nawiązujący do swojego fachu. To ostatni z grochowskich „opowiadaczy na tip-top, co mogli zacząć historię o piętnastej nad małym piwem, a skończyć o dwudziestej trzeciej” (s. 12). Cierpliwie, w gościnnym milczeniu słucha go pewien napotkany w barze młodszy mężczyzna. W tym kontekście jest to faktycznie monolog, nie dialog, a podmianka „-log” na „-lok” wydaje się oczywista. Nie da się jednak ukryć, że substytucja jednej literaty zmienia wiele. Zamiast powszechnego logosu i logiki sztywnych reguł dostajemy narrację ściśle zlokalizowaną i organicznie lokowaną, która – jak pasmo włosów – bez przerwy rośnie, wije się, zmienia kształt, przyciśnięta odskakuje niczym sprężyna, co więcej, łatwo się plącze i splata z innymi sobie podobnymi pasmami. W efekcie kierunek skrętu opowieści okazuje się zupełnie nie do przewidzenia.
Celowo użyłam w poprzednim zdaniu słowa „opowieści”, które można interpretować i jako singularis, i jako pluralis, bo wcale nie jest pewne, ile tu anegdot, ilu narratorów. Niełatwo się ich doliczyć, gdyż na zasadzie szkatułkowej dodawane są narracje wtrącone, jak gdyby główny opowiadacz przemawiał cudzymi głosami (na przykład głosem dawnego barmana nieistniejącej już knajpy czy Ewarysta, powstańca warszawskiego), a nawet cudzym utworem literackim (cytowany jest tu maszynopis „prozaika nagradzanego”, pana Andrzeja, o dziwnych warszawskich wędrówkach krawata Roberta Kennedy’ego). Odzywa się wiele głosów, lecz harmonizuje je wspólny styl, charakteryzujący fryzjera, który swego czasu lubił poczytać, a i na filmach wcale nieźle się znał. Gry językowe, potocyzmy, w tym anakoluty, sąsiadują tu z erudycją i artystyczną wybujałością, ta ostatnia zaś manifestuje się głównie pod postacią przemawiających do wyobraźni metafor i porównań. To styl pełen kontrastów, jednak zaskakująco adekwatny. Według mnie właśnie w nim znajduje przekonujące odzwierciedlenie niegdysiejszy zróżnicowany przekrój mieszkańców dzielnicy, ujęty precyzyjnie w postaci dwóch list: „profesor, aktor, ślusarz, złodziej” i „robotnik, literat, drobny paser, nauczycielka, inżynier” (s. 23). Tak jakby ustami wiekowego rzemieślnika, który nasłuchał się w życiu nieprzebranych opowieści, mówił dawny, legendarny Grochów. A dokładniej: „świat, czyli Grochów” (s. 6).
Kapryśny tok monolokowej narracji skutkuje kreśleniem wciąż nowych tras na planie prawobrzeżnej dzielnicy Warszawy i zanurzaniem się wciąż w innych czasach – od lat przedwojennych po współczesność. Niełatwo równie pojemne formy budować tak, by nie trąciły sztucznością. Sołtysowi jednak udało się wydobyć naturalne meandrowanie opowieści, będące wyróżnikiem lokalnych, zbiorowo pielęgnowanych plotek, legend i wspomnień. Teoretycznie dałoby się to wszystko ułożyć po kolei; rozdzielić czasy, miejsca, bohaterów. Ale przecież uzyskane wówczas skrzyżowanie kalendarium ze skarbczykiem anegdot oznaczałoby literacką klęskę. Autor Monoloku z pewnością nawet nie zbliżył się do tej mielizny, postawił za to na formę nie tak znowu łatwą dla czytelnika.
By zrozumieć zasady jej działania, warto wzorem Sołtysa połączyć literaturę z fryzjerstwem i sięgnąć po wiedzę fachową z tej drugiej dziedziny. Podobno w wyniku odpowiedniej pielęgnacji włosów tylko pozornie niekręconych da się obudzić uśpione w nich loki, repezentujące jeden z następujących typów: 1. fale, 2. spirale, 3. zygzaki. Widzę tu analogię, do szukania której czuję się zresztą zachęcona „przeinaczonym” tytułem książki i bezlikiem fryzjerskich przenośni oraz porównań, po które sięgnął pisarz. Kiedy i jak opowieść Sołtysa naturalnie skręca?
1. fale. Narracja często łagodnie faluje, rytmizując to, co i tak w rzeczywistości do siebie przylega (przedtem – potem; tu – tuż obok). Przechodzi z sąsiadki na sąsiada, z klienta umoszczonego w jednym fotelu fryzjerskim na klienta okupującego kolejne siedzenie. Tak wyłaniają się sekwencje lekko tylko esowate, organizowane zgodnie z logiką spod znaku spójnika item („Albo to dawno…” [s. 14]; „Ile to już lat, na Grochowskiej to było…” [s. 54]). A że przemawiający fryzjer jest mędrcem, który zna się i na miłości, i na nienawiści, i na życiu, i na śmierci, często zdarzają się w jego gawędzie przejścia od ogółu do pojedynczego przypadku – od rozważań o dobrej starości do opowieści o Witku i jego pozytywnej ścieżce „wnuczkowo‑pieskowo-ekspedienckiej” (s. 65); od filozofowania nad praktyką puszczania perskiego oka do autobiograficznych wspominków o własnym pozamałżeńskim flircie.
2. spirale. Dużo bardziej efektowne są nieco ostrzejsze zwroty. Gdy ustawiają się one jeden za drugim, tworzą rodzaj narracyjnej sprężynki. Tutaj opowieści zdają się połączone bardzo cienką kładką analogii, która de facto oparta jest na powtórzonym jak w konkatenacji wyrażeniu, na przykład „porządny”, „gruby”, „z samolotu”, „to ja?”. To rzecz jasna jedynie sprytny trik, bo przecież gaduła pociągnie słuchaczy w całkiem innym niż dotąd kierunku, lecz ci, oczarowani, być może nawet tego nie zauważą.
3. zygzaki. Zbieżny efekt echolalii tworzy się także wówczas, gdy podany w repetycji wyraz funkcjonuje co prawda jako mostek między akapitami, ale zaraz ujawnia się między nimi kontrast treści. Wydobycie się z odmętów pamięci jednego topielca bez głowy (Czarnego) pociąga za sobą wynurzenie się drugiego, tyle że z głową (Zbyszka Kreta). Bohater poprzedzającej anegdoty doczekał się wystawienia pomnika na grobie, bohater kolejnej nie doczekał się nawet grobu; jeden facet przypuszczalnie miał bilet, drugi – nie. I tak dalej, i tym podobne, niepodobne… Toczy się nurt pamięci dzielnicy, który „się tak otwiera czasem kaskadami. Jak domino” (s. 56).
Owa atrakcyjna forma ziszcza się dlatego, że – jak zdaje się sugerować mityzujący swoje miejsce zamieszkania Sołtys – na Grochowie potrafiono kiedyś snuć najlepsze gawędy. A i barwnych postaci, czyli gotowego materiału dla anegdot, tam podobno nie brakowało. Przez karty Monoloku przewija się cała galeria wariatów, magików, namiętnych kochanków, bandytów; wszystkich tych, co mieli „jobla” czy „zajoba” i świetnie pasowaliby do ballad podwórkowych. Okazuje się też, że plotkować lubili o nich wspólnie, zgodnie z typowym dla tej okolicy egalitaryzmem, pozostali lokalsi. Villonowska nuta niewątpliwie tu pobrzmiewa, „drzewiejsze śniegi” Grochowa zostają jednak choć częściowo podtrzymane w istnieniu dzięki krążącym z ust do ust narracjom.
Autotematyczne uwagi o sztuce opowieści powracają stale na stronach nowego tomu Sołtysa. Jej koneserem i praktykiem jest z pewnością główny bohater, który – jak to fryzjer – nauczony został, że konwersacja z klientem to część zawodowej praktyki. Wie on co prawda, że jako byłemu pracownikowi punktu usługowego dla mężczyzn wymyka mu się kobieca pamięć, ale pociesza się: „jest gdzieś pewnie, może bardzo blisko, damska fryzjerka, która by opowiedziała to wszystko inaczej, jak z lustra. Z drugiej strony historii” (s. 116). Bohater słyszał w swoim długim życiu opowieści złe i dobre, do śmiechu i do płaczu, zmyślone i prawdziwe, pokraczne i piękne, a nawet „bardzo piękne” (czyli naraz „najsmutniejsze, najśmieszniejsze i najpiękniejsze” [s. 57]), wobec których „nie wypadało mieć wątpliwości” (s. 92). Wie, że opowiadających trzeba słuchać jak Szeherezady. Wie, że wymiana plotek, nawet z nowo poznanymi osobami, to najlepszy sposób na zadzierzgnięcie więzi. Można więc nieznajomego zaczepić takimi oto słowy: „Chodź pan na ławkę na Paca, to i ja panu coś opowiem. (…) Opowiem panu, jak kot zjadł pijaka” (s. 11). Można też ku uciesze bywalców zakładu fryzjerskiego organizować pojedynki na anegdoty, w których „prozaik nagradzany” zmierzy się z robotnikiem. Co więcej, warto obrócić czasem rzeczywistość w baśń („za siedmioma skrzyżowaniami, za siedmioma warsztatami, gdzieś na Makowskiej mieszkał Syfon” [s. 103], który – jak o tym nie wspomnieć?! – zbierał porcelanowe łabędzie z karuzel) lub wyliczankę („była taka, co szukała kotów, taki, co nie mógł znieść psiej śmierci, no i były trzy siostry: wdowa, rozwódka i stara panna” [s. 81]).
Trzeba w końcu pielęgnować także „dziwne historie”, które rosły „jak huby na bukach”, historie będące owocem traumy. Przyczyny ich inwazji zostają wyjaśnione wprost: „żeby huba mogła się osiedlić, to musi być wcześniej drzewo zranione. A zranionych było pod dostatkiem” (s. 21). Sam główny bohater urodził się na Woli w 1940 roku i został wojennym sierotą, gdyż jego ojca rozstrzelano w czasie okupacji, matka zaś, prawdopodobnie zgwałcona przez członków RONA[1] na Zieleniaku w 1944 roku, zaginęła bez wieści. Opowieści z powstania warszawskiego, czyli głównego źródła urazów, jest zresztą w Monoloku najwięcej, w tym na przykład wzmianka o wybuchu czołgu-pułapki na Kilińskiego. Do tego dochodzą wyłaniające się tu i ówdzie historie o wyrokach wykonywanych przez członków podziemia, o zbrodni katyńskiej, o armii Andersa, o wysiedlaniu z kresów, o obozach dipisów… Druga wojna trafnie wskazywana jest jako punkt zero współczesnej pamięci i tożsamości. Sołtys opowiada o ówczesnych traumach mądrze i empatycznie, bez wpadania w koleiny komemoracyjnych klisz. Czasem nawet udaje mu się ukazać ich fałsz i nieprzystawalność względem pojedynczych przypadków, na moment naruszyć tabu. To bardzo cenne podejście.
Właśnie czułe skupienie się na pojedynczości, obok misternej formy i oryginalnej urody stylu, przesądza o sile oddziaływania Monoloku. Znalazłam tu sceny, które już ze mną zostaną. Nakreślone są one z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów (dźwięków, ruchu, światła, kolorów) i przypominają sceny filmowe. Item Hamburg, 1945 – na surrealistycznym „cmentarzu dzwonów Europy” (s. 110), zarekwirowanych przez nazistów w celu przetopienia ich na potrzeby przemysłu zbrojeniowego, gradowe kulki wygrywają podzwonne dla ofiar wojny, a słucha go wyzwolony z obozu Warszawiak. Item Grochów, wczesne lata pięćdziesiąte – niewidomy, pijany akordeonista długo nie może trafić w drzwi kina „1 maj”, a miech instrumentu, przy akompaniamencie śmiechu i przekleństw mężczyzny, wydaje dychawiczne dysonanse.
To naraz „najsmutniejsze, najśmieszniejsze i najpiękniejsze”, choć mało kto już o tym pamięta. Malownicza przeszłość może jednak trwać, póki starczy ust chętnych do gadania, uszu skorych do słuchania, a także kogoś, kto to wszystko spisze, ubarwi lub zmyśli.
[1] Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa.