Anna Adamowicz, Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło, Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2024
Recenzja zdobyła III miejsce w Konkursie im. Tymoteusza Karpowicza na recenzję literacką (edycja 2025)
Najważniejszym kulturowym dziedzictwem MTV Cribs pozostaje fraza: „Hello MTV, welcome to my crib”. Co łączy amerykański program o zwiedzaniu luksusowych rezydencji celebrytów z najnowszą książką poetycką Anny Adamowicz? W obu przypadkach zdecydowana większość odbiorców znajduje się w sytuacji obcowania ze światem odległym od własnej codzienności. Posiadanie kolekcji zabytkowych samochodów przedstawia się równie obco co doświadczenie skoliozy i towarzyszący mu inwentarz: ciągły ból, szpitalne sale, zabiegi medyczne. W takim ujęciu „dorodny pęk kluczy” z wersu otwierającego Dorodny, pierwszy wiersz zbioru, wydaje się wręcz obietnicą uchylenia przed niewtajemniczonymi drzwi skrywających sekrety kalectwa, które czaiło się jedynie na peryferiach wcześniejszych tomów poetki („uwielbiam twoje plecy, wyrasta z nich skrzydło / uplecione z żeber, złożone z łopatki”). Jednak dalej w tym tekście „wiersz drogi osuwa się w / wiersz zastygania” – czyli również sama forma utworów przedstawia się jako coś nietypowego (bo czym są wiersze zastygania?). A na koniec dystych: „wersów nie da się zmierzyć ani zważyć / kręgów nie da się zmierzyć ani zważyć” – pozostaje zapytać: jak zatem się z nimi obejść?
Odpowiedź wydaje się prosta: czytać je – w ten sposób kolejne wersy zbiorą się w wiersze, te z kolei w większą całość, swoisty poemat krzywego kręgosłupa. Chcę zacząć od zwrócenia uwagi na jego narracyjność, którą uzyskuje się tu za pomocą specyficznego rodzaju kaleczenia: cięciami – na zasadzie montażu. Ale działa on inaczej niż w Cribs, gdzie regułą jest kumulacja, a kolejne ujęcia służą potęgowaniu wrażenia przepychu i bogactwa. W Stłuc chodziłoby raczej o międzywierszowe jukstapozycje, nieustannie komplikujące sensy i mnożące znaczenia. Jak chociażby w następującej serii utworów: Gorsetowanie to poetycki opis czynności związanych z zabiegiem wraz z towarzyszącym im fizycznym dyskomfortem („pasm gipsowych bandaży / zasychania wężem ściskającym żebra / spłycającym oddech”), następnie w Echu dostajemy fantazję o metafizycznym sensie kalectwa zapisanym przez absolut w skrzywieniu ciągiem Fibonacciego („boska skolioza skręcająca ciało w spiralę”), natychmiast skontrastowaną z wierszem Szpital, zbudowanym tylko ze światła na stronie i rozstrzelonych liter układających się w słowo „zapach”. Zestawiane ze sobą inskrypcje cielesnych wrażeń, kulturowych tropów i społecznych konwencji komplikują oddawane doświadczenie, oddając jego skomplikowanie – przybliżają do niego w ramach lektury, równocześnie pozostawiając je niedostępnym.
Zaraz jednak słychać dzwonek do drzwi – pojawiają się goście. I znów mamy do czynienia z sytuacją znamienną zarówno dla Cribs, jak i dla twórczości Adamowicz. W programie wizyta innych gwiazd ma potwierdzać status gospodarza jako członka niedostępnego półświatka wyższych sfer. W poprzednich tomach wrocławskiej poetki spotkać można za to plejadę najróżniejszych nazwisk – od Paula Celana po Marię Callas, z Elonem Muskiem i Jurijem Gagarinem w tle. Przy czym zarzut, że chodzi jedynie o erudycyjny popis, wydaje się chybiony. Przywoływane postaci to raczej maski umożliwiające społeczny komentarz bądź partnerzy w filozoficznym dialogu. W Stłuc natkniemy się między innymi na: Fridę Kahlo po operacjach kręgosłupa, przygwożdżonego gruźlicą do łóżka Maxa Blechera i czarodziejkę Yennefer – niegdysiejszą garbuskę, magicznie przemienioną w piękność. Niemniej zdaje się, że zasada doboru gości jest w Stłuc nieco inna niż we wcześniejszych książkach i poniekąd bliżej jej do programu MTV. Mam na myśli stawkę, o którą toczy się tu gra. A jest nią wspólnota. Każda z przywołanych postaci w jakimś sensie dzieli z podmiotką doświadczenie, w którym „lekarz wysoki i chudy jak skalpel dorabia skrzydła ucinając skrzydła” (Pierwsze skrzydło dla Yennefer z Vengerbergu), a najlepszy sposób obrony przed systemową przemocą to ustanowienie autonomicznej wspólnoty właśnie. Nadzieje na ratunek z zewnątrz okazują się płonne, co dobitnie podkreśla ostatni wers Pierwszego impastu dla Fridy Kahlo: „czy marksizm odrzuci twoje kule czy marksizm rozerwie twój gorset”.
Jednak same wiersze dążą do rozerwania owego „gorsetu” w jeszcze jeden specyficzny sposób, kierując się w stronę poezji konkretnej. Przykładowo Ile przypomina kształtem niemożliwie pogięty kręgosłup, a kolumna światła dzieląca na pół utwór Jak zdaje się wyprostowaną postawą, której właśnie brakuje. Nieomal każdy tekst jest jakoś pokaleczony, jego wersy rozstrzelone, wyrównywane raz do lewej, raz do prawej; w większości przypadków te „skazy” nie układają się w jednoznaczne przedstawienia, unikają dosłowności. To wiersze zastygania, ale zastygające, nie zastygnięte – ich forma nie zdążyła się skonwencjonalizować, to autentyczny zapis żywego procesu.
Fundamentalna różnica między MTV Cribs a Stłuc zasadza się na kwestii autentyczności. W Cribs bohaterowie stale udają, by podtrzymać iluzję sukcesu w świecie wyzysku, w Stłuc podmiotka wyzyskuje sztuczność, by rozbić iluzję, w którą świat chce ją wcisnąć niczym w gorset. Dlatego można czytać ten zbiór jako konsekwentną i wywrotową propozycję, swoisty manifest kalectwa w poetyce kalectwa. Kalectwa rozumianego jak w crip theory, czyli teorii kalectwa właśnie, gdzie crip/kalectwo funkcjonuje na podobnej zasadzie co pojęcie queeru – jako swego rodzaju ekstrawagancka zbiorowa tożsamość oparta na afirmacji różnorodności i oporze przed narzucanymi opresyjnymi normami. Dążenie do takiej wspólnoty wyzwala, na co wskazuje ostatni ze zdobiących książkę wyszywanych obrazków Marty Ignerskiej, który mocno kontrastuje z poprzednimi ilustracjami przedstawiającymi sylwetki w zrezygnowanych pozach, pozbawione sprawczości (na smyczy, uwięzione w słoiku). Na finalnej karcie bohater o niebotycznie poskręcanym tułowiu, patrząc na nas, szeroko się uśmiecha, zupełnie jakby zaraz miał otworzyć usta i powitać nas słowami: „Hello readers, welcome to my crip!”.