Wieści

Nie zdążę się tym nacieszyć. Wspomnienie o Urszuli Kozioł

Marta Mizuro
568 odsłon
Urszula Kozioł w klubie Proza we Wrocławskim Domu LIteratury. Marzec 2022. fot. Max Pflegel

Parę lat temu wracałyśmy z Urszulą z imprezy, która odbywała się w Hali Stulecia. Musiało to być już po śmierci jej ukochanego męża i nieodłącznego towarzysza, Feliksa Przybylaka. Mojej koleżance z redakcji „Odry”, wciąż pracującej jako szefowa działu literackiego, coraz częściej zdarzało się wyglądać na kruchą i zmęczoną. Nierzadko więc odprowadzałam ją albo na przystanek tramwajowy, albo na postój taksówek, albo pod klatkę bloku, w którym mieszkała. Odprowadzanie Urszuli było zajęciem niełatwym. Gdy bowiem wymagało przedostania się na drugą stronę ulicy, groziło śmiercią, a w najlepszym razie spaleniem się ze wstydu, bo nigdy, ale to naprawdę nigdy, nie przechodziła przez przejście dla pieszych. Uważała je za dzieło szatana. Gdy ktokolwiek z odprowadzających próbował jej wyperswadować ładowanie się prosto na samochody , odpowiadała twardo, że we Włoszech wszyscy przechodzą tam, gdzie im pasuje. Był to chyba najdziwniejszy z jej zwyczajów.

Zwyczaj, który w jakimś stopniu wiązał się z naszym wspólnym powrotem tramwajem, zawsze z kolei wydawał mi się sympatyczny. Urszula pasjami czytywała prasę, także włoską (kochała ten kraj) i francuską. Na ogół właśnie w obcojęzycznych gazetach wynajdywała artykuły poświęcone odkrywaniu kosmosu i panujących w nim praw. W czasie trwającej pół godziny jazdy między innymi streszczała jeden z nich. Najwyraźniej tego dnia słuchałam jednym uchem, bo zupełnie nie wiem dziś, cóż ją wtedy tak urzekło, ale to, co powiedziała później, zapisało mi się w pamięci całkiem nieźle: „Tak chciała jeszcze długo pożyć, żeby móc nacieszyć się tym wszystkim, tymi wspaniałymi odkryciami”.

Urszula Kozioł, z którą w „Odrze” przepracowałam nieco ponad dwadzieścia lat, była chyba najbardziej witalną osobą, jaką poznałam. Witalną nie w tym sensie, że energiczną i żywotną, choć to także. Miała mnóstwo cech – tak bym to ujęła – kojarzących się z wychodzeniem do świata, konfrontowaniem się z nim, a nie chowaniem. Nie chodzi tu o ekstrawertyczność, bo jak większość poetów musiała przez co najmniej kilka godzin dziennie pobyć introwertyczką, ale o podejmowanie inicjatywy. I odwagę przede wszystkim. Nie cofając się przed nikim i niczym, do upadłego potrafiła walczyć o ważne dla niej sprawy i ludzi, których naprawdę polubiła lub którym szczerze współczuła. Jej sympatie trwały na wieki i na przekór światu. Podobnie jak antypatie. Przy czym zapiekłej niechęci, jaką żywiła do niektórych ludzi, z powodów dla innych wybaczalnych, nigdy nie mogłam pojąć. Przy całej swojej wrażliwości, empatii i życiowej mądrości w sprawach wrogów była nieprzejednana.

Czy tak jak walczyła o innych, walczyła też o siebie? Trochę tak, bo uwielbiała gościć na wszelkich ważnych imprezach literackich i egzekwować coroczny pobyt twórczy w Domu Pracy Twórczej ZAiKS-u w Sopocie. I trochę nie, bo nigdy nawet nie napomknęła, że jest równie dobra jak „Wisełka”, żartowała jedynie, że jest najlepsza, bo tylko ona żyje. Cieszyła się z dobrych opinii krytyków i z tego, jak często ją tłumaczono, ze zrozumieniem przyjmowała wyrazy uwielbienia ze strony czytelników, dobrze ukrywała rozczarowanie, że znów jej gdzieś nie nagrodzili, ale nigdy nie hamowała radości i wzruszenia, gdy docenili. Myślę, że dużą nagrodą były dla niej znajomości z wielkimi tego świata. Rzeczywiście bardzo przyjaźniła się z Wisławą Szymborską. Nie miałam szansy zobaczyć ich razem, świadkowałam natomiast jej późnej przyjaźni z Zygmuntem Baumanem i jego żoną Aleksandrą Kanią. Profesor Bauman otrzymał nagrodę „Odry”, więc odwiedził naszą redakcję, wymienili potem z Urszulą wiele uroczych maili i szczerze się polubili. Oczywiście te znajomości były profitem z pozycji, jaką osiągnęła, lecz nie były dla niej celem samym w sobie. Mając wiele okazji do spotkań, Urszula podchodziła do koryfeuszy kultury bez wahania i bez kompleksów. Jak do wszystkiego, co rzecz jasna było imponujące.

Wracając jednak do kwestii walki o siebie: powiedziałabym, że wykazywała troskę o własne interesy do pewnej granicy. Granicy, której przekroczyć nie pozwalały jej dystans do siebie i autoironiczne poczucie humoru. Świetnie te rysy jej charakteru utrwaliły się w wierszu Znowu nie napisałam (konkretnie nie napisała Don Kichota), który to utwór należy do moich ulubionych wierszy w ogóle. I czego ogromnie żałuję, to tego, że nigdy nie miałam okazji usłyszeć, jak Urszula go czyta – a czytała swoje wiersze fantastycznie. Ale co tu mówić o moim żalu, kiedy tak niewiele jest nagrań jej interpretacji. Że jednak rozmawiałam z nią setki razy i doskonale pamiętam jej głos, mogę sobie wyobrazić, jak z figlarnym błyskiem w oku deklamuje: „żaden z was gnojki nie pojmie / jak to jest kiedy wie się na pewno / że już nigdy, tak, nigdy / nie napisze się Don Kichota”.


fot. Max Pflegel / Wrocławski Dom Literatury