Wywiady

Dziedzictwo bardzo traumatyzujące

Waldek Mazur
157 odsłon
Fotografia Michał Bilewicz

Z Michałem Bilewiczem między innymi o książce Traumaland, próbach radzenia sobie ze swoją przeszłością i kreowaniu polityk historycznych rozmawia Waldek Mazur.

Waldek Mazur: Przygodę z akademią rozpoczął pan pod koniec lat dziewięćdziesiątych, w 2007 roku obronił pan doktorat. Czy już jako młody naukowiec doszedł pan do wniosku, że Polska – a może też nasi wschodni sąsiedzi – z uwagi na położenie geograficzne jest „traumalandem”? Że jesteśmy bardziej doświadczeni przez historię niż pozostałe kraje w Europie czy nawet na świecie?

Michał Bilewicz: Rzeczywiście, taka obserwacja pojawiła się u mnie po raz pierwszy podczas studiów doktoranckich. Prowadziłem wówczas badania dotyczące zagrożeń pozytywnej tożsamości społecznej. Wywołują je wszelkie informacje świadczące, że jesteśmy w czymś gorsi od innych, mniej kompetentni na jakimś polu. Może je spowodować porażka klubu piłkarskiego, któremu kibicujemy w rozgrywkach europejskich, wiadomość, że PKB naszego kraju znacząco odstaje od osiąganego przez sąsiadów czy informacja o zbrodniach dokonanych u nas przez dany naród na przedstawicielach innych nacji. Te czynniki mogą być różne, ale łączy je fakt, że są dla pewnej społeczności istotne.

Kolejny aspekt to źródło takich informacji. Najgorzej, jeśli są nim obcy, na przykład przedstawiciele innego kraju – w Polsce niech to będą Niemcy. Taka sytuacja powoduje zwykle wzrost niechęci do obcych, chęć rewanżu, zrekompensowania sobie poniesionych strat, odbudowania pozytywnej tożsamości na innym polu poprzez porównanie z innymi w dziedzinie, w której wypadniemy lepiej. Bo na koniec wszyscy chcemy wypadać dobrze. Podsumowując: ludzie unikają takich zagrożeń, a jeśli już zagrożenie pozytywnej tożsamości się pojawia, to starają się jakoś je odreagować. To w psychologii dość podstawowe zachowania.

Tyle że, jak pokazały badania, w Polsce ten schemat nie był odtwarzany.

To znaczy?

Polscy studenci i licealiści na wszystkie takie informacje – że przegraliśmy, że jesteśmy w jakieś dziedzinie źle oceniani przez innych, że nasza gospodarka dołuje – reagowali raczej entuzjastycznie, z aprobatą. W innych krajach, gdzie przeprowadzono tego typu badania, ludzie poszukiwali swoich cech pozytywnych, przez które mogliby się nadal pozytywnie identyfikować z własnym narodem. W Polsce jest na odwrót: jako cechy charakterystyczne dla nas Polacy wskazują te jednoznacznie negatywne. Jaki jest typowy Polak? „Pijak”, „złodziej”, „oszust”. A skoro uważamy, że jesteśmy beznadziejni, to krytyka stanowi dla nas tylko potwierdzenie własnych przypuszczeń.

Ten negatywny autostereotyp objawiał się w różnych obszarach badań psychologicznych. Zrozumiałem wtedy, że niektóre prawidłowości ludzkich postaw i zachowań niekoniecznie sprawdzają się w Polsce, nie odtwarzają się w naszej populacji. Co jest tego powodem? Jakie są tego źródła? Postanowiłem to wyjaśnić.

Polscy studenci i licealiści na wszystkie takie informacje – że przegraliśmy, że jesteśmy w jakieś dziedzinie źle oceniani przez innych, że nasza gospodarka dołuje – reagowali raczej entuzjastycznie, z aprobatą. W innych krajach, gdzie przeprowadzono tego typu badania, ludzie poszukiwali swoich cech pozytywnych, przez które mogliby się nadal pozytywnie identyfikować z własnym narodem. W Polsce jest na odwrót: jako cechy charakterystyczne dla nas Polacy wskazują te jednoznacznie negatywne.

To jakoś koreluje z antysemityzmem, który również pan badał?

Jeszcze jako magistrant na socjologii UW miałem sposobność pomagać w badaniach profesorowi Ireneuszowi Krzemińskiemu, realizującemu duży projekt badawczy na temat polskiego antysemityzmu. Próbował w nim odpowiedzieć na pytania: czy demokratyzacja sprzyja odrzucaniu wrogości wobec Żydów? Jak na antysemityzm wpływa polska religijność? Czy imperium medialne ojca Rydzyka jest źródłem postaw antysemickich? Czym jest wtórny antysemityzm, a czym tak zwany nowy antysemityzm antyizraelski? Czy Polacy odrzucają prawdę o polskiej zbrodni w Jedwabnem? Uczestniczyłem w tym projekcie i moje zainteresowanie budziło szczególnie to, co działo się u nas w kontekście debaty dotyczącej Jedwabnego po publikacji głośnej książki Sąsiedzi Jana Tomasza Grossa, która właśnie wtedy się ukazała. Moją uwagę zwracały zwłaszcza bardzo ciekawe tendencje, skłonności czy też skrzywienia w wyjaśnianiu tamtej przeszłości.

Brak wzięcia odpowiedzialności za to, co miało miejsce?

Nie, nie o to chodzi. Jako Polacy jesteśmy niezdolni do mówienia o pewnych kwestiach, niektórych rzeczy nie akceptujemy na poziomie fundamentalnym. W przypadku Jedwabnego nawet jeśli uznano, że zbrodnia została dokonana i dopuścili się jej Polacy, to szukano okoliczności łagodzących czy usprawiedliwiających. Przecież Polacy zostali sprowokowani przez Niemców, a sami Żydzi wcześniej kolaborowali z Sowietami… Zauważyłem, że mechanizmy obronne działały nie w formie negowania faktów, tylko uruchomienia pewnych obronnych struktur wyjaśniających.

Jako Polacy jesteśmy niezdolni do mówienia o pewnych kwestiach, niektórych rzeczy nie akceptujemy na poziomie fundamentalnym. W przypadku Jedwabnego nawet jeśli uznano, że zbrodnia została dokonana i dopuścili się jej Polacy, to szukano okoliczności łagodzących czy usprawiedliwiających. Przecież Polacy zostali sprowokowani przez Niemców, a sami Żydzi wcześniej kolaborowali z Sowietami…

Pamiętam z tamtego czasu również interpretacje klasowe. Zbrodni dopuścili się chłopi, a ci, wiadomo, są słabo wykształceni, nieświadomi.

Zdecydowanie tak, zresztą ten sposób myślenia ma długą historię. W kolejnej swojej książce, Strachu, Jan Tomasz Gross analizował to, jak środowiska liberalne, postępowe, zarówno katolickie, skupione wokół „Tygodnika Powszechnego”, jak i lewicowe, socjalistyczne i komunistyczne, związane na przykład z „Kuźnicą”, reagowały na pogrom kielecki. I tam już diagnoza była jasna: zbrodni dokonała jakaś dzicz gdzieś w odległych Kielcach, a nas w Warszawie czy Krakowie niezbyt to dotyczy. Zresztą ten sposób myślenia pojawi się pół wieku później po obu stronach debaty wokół Jedwabnego. Jedna strona sporu uznawała Jedwabne za emanację chłopskiego antysemityzmu. Druga zaś próbowała dowieść, że sprawcami tamtej zbrodni nie byli Polacy. Przynajmniej nie ci prawdziwi.

„Etnicznie inni”?

Też. Skupiano się na informacjach takich jak ta, że któraś z osób biorących udział w pogromie była Ślązakiem, a skoro Ślązak, to pewnie i folksdojcz. Starano się dowieść, że tamte osoby nie były przypisane Polsce. To koncepcja ludzi luźnych, czyli pozbawionych stałego miejsca pobytu, nieokreślonych pod względem stanowym.

Zainteresowało mnie bardzo to dążenie do zachowania nieskazitelnego obrazu własnego narodu, wzmocnione przez wieczne domaganie się uznania. Bo przecież na pierwszy rzut oka wydaje się to sprzeczne z równie silną polską skłonnością do ciągłego narzekania na rodaków i wyolbrzymiania ich negatywnych cech, o której wspominałem na początku naszej rozmowy. Wtedy chyba po raz pierwszy zwróciłem uwagę na te paradoksy, które teraz dokładniej opisuję w Traumalandzie.

Zainteresowało mnie bardzo to dążenie do zachowania nieskazitelnego obrazu własnego narodu, wzmocnione przez wieczne domaganie się uznania.

Jakie to mechanizmy?

Z jednej strony jest to zbiorowy narcyzm, czyli hołdowanie wyidealizowanemu obrazowi narodu i jego historii, a jednocześnie jest to wszystko podszyte niepewnością co do faktycznej moralności konkretnych Polaków i skłonnością do krytykowania rodaków. Tak właśnie psychologowie kliniczni definiują narcyzm: jako niestabilną, zawyżoną samoocenę. Ciągłe narzekanie, poczucie, że jesteśmy jednak gorsi od innych, bardziej doświadczeni. To wszystko wyrasta jednak na gruncie konkretnej historii. Podobnie jak wiara w teorie spiskowe – ona wyrasta z poczucia narodowej wiktymizacji. Czujemy, że byliśmy ofiarami bardziej, że wycierpieliśmy więcej, że historia obeszła się z nami w szczególnie okrutny sposób. A inni nas zdradzili, poniżyli. I to ma różne negatywne konsekwencje. Ale ta historia, która tak nas doświadczyła, zbudowała nas także w wymiarze moralnym.

Zbudowała i jednocześnie straumatyzowała. W swojej książce wskazuje pan na wyniki badań prowadzonych wśród obecnych studentów – w Polsce cierpią na zespół stresu pourazowego (PTSD) znacznie częściej niż ich rówieśnicy z Holandii czy Niemiec.

Takie badania przeprowadziła profesor Małgorzata Dragan i rzeczywiście wskazywały one na to, że wśród, wydawałoby się, zupełnie zdrowej populacji studentów poziom stresu pourazowego utrzymuje się na stosunkowo wysokim poziomie. Dowodzi to, że wielu z nich rzeczywiście doświadcza różnego rodzaju sytuacji traumatycznych, a te prowadzą do PTSD. Zresztą wyniki te były dość zbliżone do zaobserwowanych wśród powodzian na Dolnym Śląsku po roku 1997. Te badania prowadził z kolei Bogdan Zawadzki; odsetek osób dotkniętych PTSD oscylował wówczas pomiędzy 30% a 40%. To bardzo dużo. Dość powiedzieć, że takich wyników nie notuje się na Zachodzie nawet wśród żołnierzy wracających z frontu.

Żeby to zrozumieć, trzeba przywołać badania dotyczące transgeneracyjnego transferu traumy. Pierwsze badania na ten temat przeprowadzono w Izraelu po wojnie w Libanie. Powracający żołnierze oczywiście mieli PTSD, ale znacznie wyższy odsetek zaobserwowano wśród tych spośród nich, których przodkowie byli ofiarami Holokaustu. U potomków osób, które czas Zagłady spędziły w Związku Radzieckim czy na Bliskim Wschodzie, zespół stresu pourazowego rozwijał się znacznie rzadziej. Co ciekawe: te dwie grupy nie różnią się zbytnio od siebie, jeśli idzie o zdrowie psychiczne w neutralnej sytuacji. Jednak wystarczy kryzys w Izraelu – może to być zamach na praworządność ze strony rządu Netanjahu, którego konsekwencją są masowe protesty na ulicach – by wśród potomków osób ocalałych z Holokaustu wskaźniki lęku poszły w górę i obniżył się poziom ich dobrostanu psychicznego. To samo można było zaobserwować po 7 października 2023, kiedy Hamas zaatakował Izrael, co zapoczątkowało wojnę w Gazie.

Żeby to zrozumieć, trzeba przywołać badania dotyczące transgeneracyjnego transferu traumy. Pierwsze badania na ten temat przeprowadzono w Izraelu po wojnie w Libanie. Powracający żołnierze oczywiście mieli PTSD, ale znacznie wyższy odsetek zaobserwowano wśród tych spośród nich, których przodkowie byli ofiarami Holokaustu.

I w Polsce mamy podobnie?

Tak, mamy doświadczenia drugiej wojny światowej i przesiedleń. Weźmy wspomnianych powodzian z Dolnego Śląska: na ich silną traumatyzację mogły mieć wpływ losy ich rodzin.

A także towarzyszące im od lat czterdziestych XX wieku poczucie braku bycia u siebie.

Pamiętam kampanie polityczne z lat dziewięćdziesiątych i początku XXI wieku, kiedy politycy prześcigali się w straszeniu mieszkańców Dolnego Śląska perspektywą potencjalnego powrotu Niemców.

Bracia Kaczyńscy wiedli w tym prym.

To prawda. Te lęki były dość intensywnie eksploatowane. Opisuje to Zbigniew Rokita w Odrzanii. Doświadczenia migracji czy nawet uchodźstwa nie są jednak tak często badane. One same w sobie nie są stresem traumatycznym w rozumieniu PTSD, nie stanowią bezpośredniego zagrożenia życia. Zwykle mówimy o PTSD wtedy, gdy widzimy śmierć innego człowieka, czy to kogoś bliskiego w wypadku, czy obcej osoby na wojnie, lub gdy konfrontujemy się z realnym zagrożeniem życia – może być to sytuacja podczas powodzi. Takie momenty zostawiają w nas pewne piętno, które odbija się na stanie psychicznym przez kolejne miesiące.

Teraz doświadczają tego nasi sąsiedzi z Ukrainy.

Niedawno skończyliśmy badanie siedmiu tysięcy ukraińskich uchodźczyń, które trafiły do Polski w 2022 roku. Nasilenie PTSD w tej grupie wynosiło aż 47%.

Według pańskiej książki Ukraina to również traumaland.

Tak, ludzie mieszkający na tamtym terenie też cierpieli straszne rzeczy w XX wieku: Hołodomor, druga wojna światowa… Ale w badanej grupie dodatkowo dochodzi czynnik związany z uchodźstwem. Pamiętajmy, w jakich okolicznościach te osoby przekraczały granicę. Uciekały z miejsc bombardowanych, z jedną torbą z najpotrzebniejszymi rzeczami, nie wiedząc, dokąd zmierzają. Mijało kilka dni, nim te kobiety trafiały do miejsc, w których mogły zostać na dłużej. Z naszych badań wynikało, że najwyższy wskaźnik PTSD miały osoby, które mierzyły się z największą bezradnością, często także z różnymi formami dyskryminacji. Migracja czy dyskryminacja same w sobie nie były źródłem PTSD, ale mogą je amplifikować.

Czyli idąc tym tropem, można pokusić się o stwierdzenie, że w Polsce po 1945 roku zrobiliśmy bardzo dużo, by nasze PTSD wzmocnić.

Po pierwsze, zaraz po wojnie były przymusowe migracje, co dla wielu osób oznaczało brak poczucia bycia u siebie i niepewność jutra. Po drugie, nie mieliśmy możliwości otwartego mówienia o doświadczeniu traumatycznym w przyjaznej atmosferze – a to właśnie czynnik ograniczający PTSD. Polska powojenna na to nie pozwalała. Ludzie zaangażowani w działalność podziemną w trakcie okupacji musieli ukrywać swoją przeszłość, w okresie stalinowskim groziły przecież za to represje. Kolejne dekady też nie były łatwe.

Jakby tego było mało, opowiadamy historię naszego kraju w taki sposób, by jeszcze te traumy pogłębiać. Doświadczenia szkolne, czyli wycieczki do Auschwitz, czytanie Tadeusza Borowskiego na lekcjach polskiego, gloryfikowanie przegranych powstań – to traumatyzuje dzieci. Każdy uczeń szkoły podstawowej w którymś momencie zderza się z doświadczeniem ludobójstwa. To nasza domena.

Zawodzi system edukacji. Ale zawodzi również system medialny, któremu poświęca pan nieco miejsca w Traumalandzie.

Czasami, tak jak w roku 2015, polskie media po prostu nie zdają egzaminu.

To rok, gdy PiS wygrywa wybory parlamentarne i tworzy samodzielny rząd. Kilka miesięcy wcześniej Andrzej Duda wygrał wyścig do Pałacu Prezydenckiego. A wszystko w atmosferze silnej kampanii antyemigracyjnej.

Był to istotny czas dla historii Polski, nie tylko z tego powodu, że właśnie Prawo i Sprawiedliwość zdobyło władzę i miało jej nie oddać przez kolejne osiem lat. Kryzys migracyjny, z którym mierzyła się wówczas Unia Europejska, odcisnął silne piętno na naszym społeczeństwie. W Centrum Badań nad Uprzedzeniami regularnie badamy stosunek Polaków do mniejszości – Romów, Żydów, ale też uchodźców, na przykład z Półwyspu Arabskiego. I właśnie w 2015 roku nastąpił drastyczny spadek akceptacji w zasadzie wszystkich mniejszości i grup imigranckich.

W Centrum Badań nad Uprzedzeniami regularnie badamy stosunek Polaków do mniejszości – Romów, Żydów, ale też uchodźców, na przykład z Półwyspu Arabskiego. I właśnie w 2015 roku nastąpił drastyczny spadek akceptacji w zasadzie wszystkich mniejszości i grup imigranckich.

To wina mediów?

Według mnie to rezultat wywołanej przez polityków paniki związanej z kryzysem uchodźczym, którą media głównego nurtu podsycały. A przecież te ogromne emocje dotyczyły problemu urojonego, bo do Polski miała trafić garstka relokowanych cudzoziemców. Wcześniej przyjęliśmy kilkadziesiąt tysięcy cudzoziemców z Czeczenii, Inguszetii i Dagestanu i obyło się bez kryzysu społecznego. Wybory w 2015 były pierwszymi, w których młodzi ludzie nie kierowali się wartościami takimi jak lewicowość czy liberalizm; istotniejszy był dla nich stosunek danej partii do uchodźców. W efekcie do parlamentu weszły ugrupowania skrajnie prawicowe.

Wybory w 2015 były pierwszymi, w których młodzi ludzie nie kierowali się wartościami takimi jak lewicowość czy liberalizm; istotniejszy był dla nich stosunek danej partii do uchodźców.

Kontynuacja tamtego trendu jest widoczna w tegorocznych wynikach wyborów prezydenckich. Chciałbym jednak wrócić jeszcze na chwilę do naszego narodowego PTSD. Czy w tych mało sprzyjających okolicznościach w Polsce mogły uchować się grupy społeczne, „wyspy”, które tymi traumami nie byłyby dotknięte?

Jesteśmy daleko za Izraelem, jeśli chodzi o świadomość naszej kondycji psychicznej jako społeczeństwa. Nie mamy takiego panelu badawczego jak Izraelczycy, żeby w ciągły sposób monitorować stan zdrowia psychicznego potomków ofiar wojny. Bezpośrednio po wojnie znajdowaliśmy się w centrum badań nad jej psychologicznymi konsekwencjami. W Polsce odbyła się największa międzynarodowa konferencja na ten temat, zorganizowana przez naszych psychologów i badaczy problemów społecznych – profesorów Baleya, Batawię, Bandurę czy Putkiewicza. Potem jednak nastąpiła przerwa – populacyjnych badań stanu psychicznego nie prowadzono. Dopiero w późniejszych latach zaczęto prowadzić badania wśród osób ocalałych z obozów koncentracyjnych. Nie mam zatem wiedzy na temat istnienia wspomnianych wysp. Nasza wiedza jest wyrywkowa, nie mamy przebadanego całego społeczeństwa. Mogę za to wskazać, które doświadczenie XX wieku zdaje się być najsilniejszym źródłem zbiorowej traumatyzacji.

I jest to?

Trauma powstania warszawskiego. To doświadczenie było największą traumą, jakiej osoba, która nie była pochodzenia żydowskiego, mogła doświadczyć w czasie okupacji. Skala cierpienia cywilnych ofiar powstania i doświadczenia ocalałych do dziś nie są chyba powszechnie znane. Opowieść o heroizmie powstańców przesłoniła nam wiedzę o traumie pozostałych. Zresztą sami powstańcy, choćby Stanisław Likiernik, zwracają na to uwagę.

Nasza rozmowa ukaże się na łamach „Notatnika Literackiego”, dlatego chciałbym też poruszyć tematy bardziej literackie. Po 1945 roku mieliśmy w historii rodzimej literatury troje laureatów Nagrody Nobla: Czesława Miłosza, Wisławę Szymborską i Olgę Tokarczuk. Każda z tych osób musiała na pewnym etapie życia mierzyć się z atakami nienawiści – podważano ich polskość, zarzucano im zdradę.

To konsekwencja nakładania się dwóch traum historycznych. Pierwszą jest nieufność. Mamy w Polsce ogromny problem z zaufaniem społecznym, ale też z zaufaniem do ludzi. Wyjściowo zakładamy, że inni działają na naszą niekorzyść, nie są godni zaufania. W społeczeństwach straumatyzowanych osoby wyróżniające się, wybitne na różnych polach, na przykład literackim, z automatu wywołują nieufność. Pamiętajmy, że w czasie okupacji zaufanie komuś wiązało się z dużym ryzykiem. To wychodziło w wywiadach prowadzonych przez psychologów tuż po wojnie wśród młodzieży polskiej. Poza fundamentalną nieufnością dostrzeżono wówczas także tendencje do omijania, naginania czy wręcz łamania norm społecznych, kombinowania. Przyjęło się, że te cechy są specyficzne dla polskiej kultury, ale wtedy dla badaczy były to nowe i w pewien sposób szokujące spostrzeżenia – odbiegały w końcu od tego, co obserwowano u poprzednich pokoleń. Oczywiście uzasadniano je doświadczeniami wojennymi.

Mamy w Polsce ogromny problem z zaufaniem społecznym, ale też z zaufaniem do ludzi. Wyjściowo zakładamy, że inni działają na naszą niekorzyść, nie są godni zaufania. W społeczeństwach straumatyzowanych osoby wyróżniające się, wybitne na różnych polach, na przykład literackim, z automatu wywołują nieufność.

Drugim czynnikiem mogącym wpływać na naszą niechęć do osób, które teoretycznie powinniśmy podziwiać, jest zjawisko badane przez psychologów w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nazwane przez nich wiarą w niesprawiedliwy świat. Czyli: jeżeli komuś się udało, to prawdopodobnie musiało być to wynikiem nieuczciwości, oszustwa, kradzieży, bo przecież ciężką i uczciwą pracą człowiek nigdy się nie wzbogaci, nie poprawi swojej pozycji społecznej. To przekonanie też ma swoje źródło w doświadczeniach drugiej wojny światowej, w czasach okupacyjnych, kiedy porządek świata uległ w zasadzie odwróceniu.

Dochodzi do tego ogólna kultura narzekania – na innych Polaków, na własny brak kompetencji. I gdy nagle pojawiają się noblista i noblistki, którzy temu zaprzeczają, dochodzi do klinczu.

Prezentujemy postawy skrajnie odwrotne do tych, jakie obserwujemy w wielu społeczeństwach zachodnich, w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, gdzie osoby osiągające sukces są stawiane za wzór, podejmuje się działania mające wzmocnić ich pozytywny wizerunek. My w Polsce takie osoby kontestujemy.

Czyli: jeżeli komuś się udało, to prawdopodobnie musiało być to wynikiem nieuczciwości, oszustwa, kradzieży, bo przecież ciężką i uczciwą pracą człowiek nigdy się nie wzbogaci, nie poprawi swojej pozycji społecznej. To przekonanie też ma swoje źródło w doświadczeniach drugiej wojny światowej, w czasach okupacyjnych, kiedy porządek świata uległ w zasadzie odwróceniu.

Ale może są w tym jakieś pozytywy? Porażki wszystkim się zdarzają. Czy nie łatwiej sobie z nimi radzić, gdy zrozumiemy, że po prostu są elementem naszej narodowej tożsamości, a nie wynikiem niekompetencji, braku starań?

Tak, uwielbiamy w takich sytuacjach powoływać się na historyczne uwarunkowania. Można nawet powiedzieć, że moja książka w pewien sposób wpisuje się w ten trend, daje nam rodzaj alibi. Pewne formy polskiego funkcjonowania są rodzajem adaptacji do historycznej rzeczywistości, w której żyły poprzednie pokolenia. Tylko czy nie nadchodzi czas, by wreszcie się z tego klinczu wyrwać?

Cały czas wracamy do drugiej wojny światowej, co oczywiste. Ale które wydarzenia po 1989 roku odcisnęły według pana najboleśniejsze piętno na Polakach, były największymi traumami? Wspomnieliśmy już rok 2015.

Wydaje mi się, że cały okres po roku 1989 to czas kultywowania cierpienia i podkreślania statusu Polski jako zbiorowej ofiary. Niemcy i Rosja są w tej opowieści sprawcami naszych krzywd. Składa się to na specyficzny rodzaj edukacji, widoczny w szkołach czy muzeach. Pewnie należy tu wymienić Muzeum Powstania Warszawskiego jako pierwszą tak dużą inwestycję będącą efektem prowadzonej w ten sposób polityki historycznej. Łatwo byłoby wskazać lata rządów PiS-u jako te silniej nacechowane rozdrapywaniem traum, ale w rzeczywistości wszystkie poprzednie i następne ekipy rządzące wpisywały się w martyrologiczny trend, nie było woli zakwestionowania czy odwrócenia tej tendencji.

Oczywiście jako doświadczenie retraumatyzujące należy wspomnieć katastrofę smoleńską z 10 kwietnia 2010 roku. Gdy nagle ginie spora część elity politycznej, wojskowej, reprezentanci duchowieństwa, do tego dzieje się to w miejscu tak ważnym i nacechowanym historycznie jak Katyń, takie wydarzenie musi nabrać wyjątkowego znaczenia symbolicznego. Dodatkowo traumę wzmacnia poczucie całkowitej niemocy. Śledztwo w sprawie katastrofy prowadzi Rosja, my nawet nie zostaliśmy dopuszczeni do wraku. To boleśnie przypomina, jak niewiele sprawczości posiadamy jako kraj.

Łatwo byłoby wskazać lata rządów PiS-u jako te silniej nacechowane rozdrapywaniem traum, ale w rzeczywistości wszystkie poprzednie i następne ekipy rządzące wpisywały się w martyrologiczny trend, nie było woli zakwestionowania czy odwrócenia tej tendencji.

Politycy bardzo mocno to ograli.

Klasa polityczna dostosowuje się do potrzeb społeczeństwa, nie traktowałbym ich działań jako autonomicznych. W społeczeństwie było ogromne zapotrzebowanie, by właśnie w taki sposób opowiedzieć katastrofę smoleńską, a politycy działają w sposób zgodny z emocjami i odczuciami swojego elektoratu. W Polsce rzadko się zdarza, by jakiś polityk zrobił coś w kontrze do takich nastrojów. Aleksander Kwaśniewski przeprosił za Jedwabne, ale nie bez znaczenia jest fakt, że uczynił to podczas swojej drugiej kadencji.

Ważne też, jak o tych trudnych tematach rozmawiamy. Nie powinno się Polakom odbierać prawa do przeżywania traum, nie powinniśmy zagrażać naszemu statusowi ofiar. Kiedy chcemy rozmawiać o tematach trudnych historycznie, o naszym udziale w zbrodniach, warto uświadomić sobie, że bycie sprawcą nie odbiera statusu ofiary. Co więcej, zwykle to właśnie ofiary kryzysów, dyskryminacji czy wojen dokonują najokrutniejszych zbrodni. W służbie przemocy stają „ludzie zbędni”, jak ich określił przed dziewięćdziesięciu laty Czarnowski. Ogólnie, przedstawiając historię naszych zbiorowych traum, warto wskazać na punkty zbieżne w losach Polaków i innych narodów. Może to być przecież pretekst do porozmawiania o Rwandzie, ludobójstwie Ormian, zbrodniach na rdzennej ludności Stanów Zjednoczonych czy Australii. Albo choćby o wojennym losie mieszkańców greckich wysp czy Białorusinów. Polacy wiele wycierpieli, dlatego powinni być bardziej uwrażliwieni na krzywdę innych.

Nie powinno się Polakom odbierać prawa do przeżywania traum, nie powinniśmy zagrażać naszemu statusowi ofiar. Kiedy chcemy rozmawiać o tematach trudnych historycznie, o naszym udziale w zbrodniach, warto uświadomić sobie, że bycie sprawcą nie odbiera statusu ofiary.

Ze szkół raczej tego nie wyniesiemy.

Opowieść o sposobie nauczania historii w polskich szkołach jest dramatycznie zła. To z całą pewnością jedno ze źródeł problemu, o którym rozmawiamy. Nasza edukacja historyczna bardzo odstaje od tej w innych krajach, ale próby zmiany zwykle kończyły się niepowodzeniem. Chyba nigdy nie było też głębszego namysłu nad tym, jaką opowieść o historii Polski przekazują podręczniki. Pamiętamy, jak niedawno powstawał podręcznik polsko-niemiecki i jakie larum wówczas podniesiono. W końcu opowieść historyczna to nasz największy narodowy skarb, do którego nie można dopuścić nikogo innego! A przecież widzimy jakikolwiek brak synchronizacji w nauczaniu historii i innych przedmiotów w polskiej szkole. Temat drugiej wojny światowej, okupacji, Holokaustu pojawia się w przypadkowych miejscach.

W poprzednim roku szkolnym odkryłem, że w podręczniku mojej córki do historii dla klasy czwartej pojawia się nawiązanie do bohaterów Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego, choć ta książka jest lekturą szkolną dopiero w klasie ósmej. Ten sam podręcznik do historii jest też uzbrojony w dziesiątki map, choć korzystania z nich dzieci uczą się dopiero na lekcji geografii w klasie piątej.

Tak, to wygląda bardzo źle. Uczniowie są pozostawieni z jakimś mętlikiem w głowie. Nikt nie zaproponował im sensownej opowieści o traumatycznych momentach z naszej historii. Jestem ciekaw, jak przyjmie się nowy sposób opowiadania naszej historii – próbę tego mieliśmy podczas niedawnych bombastycznych obchodów tysięcznej rocznicy koronacji Bolesława Chrobrego. Moją uwagę zwrócił pokaz dronów nad Stadionem Narodowym, składający się w dwuminutową opowieść o Polsce. Był oczywiście Józef Piłsudski, była Maria Skłodowska-Curie, ale nie pojawił się ani jeden ślad wojny, nie było państwa podziemnego, powstania warszawskiego, żadnych traum. Pomyślałem sobie nawet, że taka opowieść o Polsce może być niebezpieczna, bo przecież jeśli się o czymś nie mówi, jeśli się intencjonalnie pomija, to ludzie chcą o tym więcej słyszeć. I w końcu wybierają na prezydenta prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, strażnika traumatycznej historii. Zobaczymy więc, jak to się dalej będzie układać.

MICHAŁ BILEWICZ – psycholog społeczny i polityczny, pracownik Wydziału Psychologii na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie założył Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Zajmuje się psychologicznymi mechanizmami pojednania, pamięci zbiorowej, traumy i uprzedzeń. Laureat Nagrody im. Nevitta Sanforda przyznawanej przez Międzynarodowe Towarzystwo Psychologii Politycznej (ISPP). Wydany w 2024 roku Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości jest jego najnowszą książką. Od 2019 roku prezydent Andrzej Duda blokuje nadanie Michałowi Bilewiczowi tytułu profesorskiego.

fot. Max Pflegel | Fundacja Olgi Tokarczuk