Felietony

Ja i latające samochody

Mateusz Górniak
400 odsłon
Mateusz Gorniak

Dla Piotra Janickiego

 

Pewien chłopak wsiadał do samochodu, a wsiadł do latającego samochodu. Będę podążał jego tropem, mniej więcej.

Jest rok 1984, urocza data do upiornych spekulacji. Kino ciągnie podniety z nuklearnych niepokojów, w horrorze i sci-fi krystalizują się kolejne wersje dystopijnej teraźniejszości, Troma wypuszcza „Toksycznego Mściciela”, Carax swój nowofalujący debiut, zjawiają się „Pogromcy duchów”, a na przykład w takiej przecudownej i przepięknie oświetlonej „Nocy Komety” Sam (Kelli Maroney) i Reggie (Catherine Mary Stewart) napierdzielają się z hordą zombie w obliczu całkowitego unicestwienia ludzkości. Piękne czasy dla kina, jak to się mówi o każdym roku działania tego p o j e b a n e g o  wynalazku.

Trzymamy się auta i chłopaka. Latający samochód to chevrolet malibu, w bagażniku ma coś, co świeci się na zielono. Chłopak ma punkowy vibe, skórzaną kamizelkę, na imię mu Otto i gra go swoją młodą twarzą Emilio Estevez, szerzej znany jako słodziak z rok starszego „Breakfast Club”.

Jesteśmy w „Repo Man”, filmie Alexa Coxa, a grupa komorników pozwala nam zagłębiać się w horrorowo podkręcony pustynny hiperkapitalizm. Otto jest zbuntowanym chłopakiem w czasach, kiedy kowbojami są osoby ściągające zadłużone samochody. Rynek u Coxa pompuje wyłącznie katastrofę, więc obciążonych jest większość fajnych aut, a metodologia działań komorników jest z porządku kina sensacyjnego i samochodowego. Proszę sobie tylko wyobrazić – te wszystkie pojazdy podnoszą wielką kurzawę w świecie pustyni mającej kojarzyć się z końcem świata.

Szybko pojawia się też Harry Dean Stanton, cały pojebany, zaraz po chodzeniu po pustyni u Wendersa w „Paryż, Teksas”. Jak dla mnie, pustynia Wendersa była czerwona, a pustynia Coxa żółta. A Stanton jest ważny, bo w „Repo Man” gra tego, który przeprowadza widza przez kodeksy rządzące rzeczywistością, reprezentuje brutalność świata, czyli jeden z „tematów” tego filmu. Jego bohater objawia się w cugu kolejnych komorniczo-samochodowych misji, mówi co i jak oraz naucza Otta, pokazuje mu sztuczki i prawdziwą prędkość (czyli kolejny „temat” filmu).

Obserwujemy jak Otto zaciąga się do komorników, a potem w spełnia w misji specjalnej, na styku paranoi, polityki i przyszłości. W każdym razie – najważniejszy jest Emilio Estevez. A raczej to, że jego Otto wsiada do tego chevrloteta.

Bohater myśli, że wsiada do samochodu, a wsiada do latającego samochodu – to jedna z moich ulubionych metafor kina. Film to dziedzina, w której samochody albo „samochody” latają albo „latają”, spełniając się jako fantazyjne urządzenia.

Chodzi mi o to, że przez moją głowę suną latające samochody i samochody nie są samochodami w wulgarnym, przyziemnym i niekinowym znaczeniu. Dla mnie latający pojazd to też np. wózek inwalidzki w „Morderczej oponie”. Siedzieć na skraju przepaści i wiedzieć/widzieć więcej niż inni to trochę jak latać. A jeździć tak, aby przeżyć w filmie „Mordercza opona”, to być czymś fajniejszym & skuteczniejszym niż zwykły samochód, różowe punto czy żółte ferrari. Dupieux ustanawia wózek jako metaforę kinofilii i przetrwania, to jego latanie. A w spektakularnym „Titane” lataniem jest stosunek z pojazdem, po którym bohaterka zachodzi w ciążę i szybko może narodzić się nowe, cyborże społeczeństwo. I tak dalej.

Widziałem też dużo samochodów, które nie potrafią latać. Bo od jakiegoś czasu oceniam filmy po tym jak jego pojazdy latają. Nie ma już dla mnie złych i dobrych filmów. Są wzbijające się, latające blisko ziemi, fruwające i zabierające mnie na słońce. No i te, które nie latają wcale. Ostatnio na jednej z platform streamingowych oglądałem „60 sekund”, był tam Nicholas Cage i były obiecywanki prędkości. Nikt się nie wzniósł. Cage, taki wspaniały aktor, a musiał jeździć w kółko, wokół edypalnych obsesji o byciu mężem, synem i bratem. Tak się nie rozpędza i nie wzbija w powietrze. Jego fajna furka to pestka wobec wzruszających mnie wyczynów grata z „Toksycznego mściciela”, gdzie scena kaskaderska musiała udać się za pierwszym razem.

Pytaniem sezonu zimowego było natomiast to, czy istoty Lanthimosa potrafią latać. Sam nie umiem się zdecydować. Na pewno Grek skutecznie osiadł w mainstreamie, wykopał sobie swój tunel, znalazł odrobinkę osobności w hollywoodzkich, wysokobudżetowych realiach produkcyjnych. Wiedziałem to po „Faworycie”, a martwiłem się o to po strasznym „Lobsterze”. Na pewno „Biedne istoty” są skutecznym zadaptowanym Frankenstainem do tego, co amerykańska „fabryka snów” może uznać za współczesną, ale niekoniecznie otwartą na eksces baśń. Lanthimos znajduje własną baśniowość i odkrywa własne ograniczenia. Tak jak w „Faworycie”, sprawnie sunie po błyszczącej powierzchni i stawia bardziej na przeinscenizowaną opowieść z morałem niż stare, uprawiane przez niego w Grecji odchylanie światów. A czy Emma lata? Ona trochę tak, ale Lanthumos ledwie się wzbił.

Piszę ten tekst, bo oglądam dużo filmów, a przez moją głowę suną latające samochody. I gadające! Pojazdy z „Holy Motors” to kolejna z moich ukochanych metafor filmowości. Ich mowa to technologiczny eksces, zupełnie tak jak kino. Migianie ich reflektorów jest odpalaniem fascynacyjnych opowieści (jedną po drugiej, jak świetnie naoliwiona maszyna). Piszę „fascynacyjnych”, bo interesuje mnie fascynowanie się filmowym światłem & obrazem, a nie, dla przykładu, krytyczne rozbieranie światła i obrazu jako części dyskursu dotyczącego znanej mi rzeczywistości. Gadające pojazdy Caraxa to kolejna forma wsiadania do samochodu, który okaże się latającym samochodem. Czymś, czym nie jest i czymś kinowym, i przez to fascynującym & niebezpiecznym.

Albo kojącym. Kiedy kończę ten tekst, nie zapominam o „Drive my car”. Tam czerwone auto działa jako urządzenie wielorakiego użytku. Najpierw wprowadza nas w bolesny rytm Czechowa, potem pośredniczy między żywymi i umarłymi, a na końcu jest katalizatorem nietypowego sojuszu, który przerodzi się w miłość. To latanie razy trzy, coś szalonego. Tak działa kino. Kręciło mi się po tym w głowie. Ale inaczej niż po „Hardcore Henry”, kręciło mi się bardzo powoli, miarowo, przyjemnie. Czerwony samochód jeździ, żeby wytwarzać harmonię, ukojenie, uczasowienie i zamyślenie.

Ogólnie chodzi o to, że będę oglądał tu filmy, a kino to dla mnie latające albo „latające” samochody i „samochody”.