Praktyka

Głosy z Kępy (5). Aśka

Paweł Sołtys
1180 odsłon
Paweł Sołtys

Aśce przeprowadzka z Łukowej na Łukowską zajęła dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat podróżowała przez to „S”, które przecież wystarczy podwoić, jedno z nich odwrócić, położyć obie litery na boku, spleść ze sobą i patrzyć na znak nieskończoności nagle powstały, i ze zdumieniem myśleć, kiedy te lata minęły. Jak szybko, dziwnie i nieodwołalnie. Zostało jej jeszcze „K”, jak początek przekleństwa albo początek końca, seriozna przepowiednia, od której dreszcz idzie po plecach.

Od dziecka była dobra z matmy, w siódmej klasie wygrała nawet olimpiadę, więc jej przepowiadali, robili nadzieje, roztaczali wizje. Ale rachuby zwykle biorą w łeb i Aśka też brała. Bo ojciec pił. Tak się mówiło, a to przecież było picie ze wszystkimi dodatkami, z pręgami na plecach, wstydem, jak zasnął na wywiadówce, strachem, gdy zaczynał mieć humor. Pił na inteligencko niby, bo był inżynier, z piersiówki po trochu, wysoko funkcjonujący. Ale im bardziej on wysoko, tym Aśka z matką niżej, zasada zachowania pędu. Czy raczej ciągu. Matka nie pracowała, taką sobie dobrał: niedużą, cichą, z obiadem na stole i strachem, bo bez jego pensji nie miały nic. Żyli. Tylko Aśka coraz bardziej na przekór, jakby nakłuwała swój los i patrzyła na jego dziury i strzępy z udawanym zdziwieniem. A może i prawdziwym, może się nie dało inaczej. Do liceum jeszcze poszła dobrego, jeszcze ją chwalili, jeszcze ją stawiali za przykład, ale z każdą klasą mniej, bo paliła białe marsy, bo piła z dziewczynami sophie, bo często zamiast do szkoły szła nad Smródkę w cień wierzb Służewa, w wir osiedlowego życia. A w maturalnej klasie zaszła w ciążę.

To by się dało jeszcze przeżyć. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Młodzi by wzięli szybki ślub, matka pomogłaby z dzieckiem, po roku, dwóch Aśka mogłaby jeszcze studiować. Ale nie chciała powiedzieć, z kim ma ten brzuch, mimo ojcowskich sposobów i matczynego płaczu. Mówiła, że nie wie. A wiedziała dobrze i ja wiedziałem, bo wtedy już się znaliśmy, przychodziła na Stegny, słuchaliśmy razem Doorsów u Wściekłej albo piliśmy wino na ostatnim piętrze bloku przy Portofino, a czasem w czterdziestce piątce tak go nazywaliśmy, w opuszczonym domu, ostatniej pozostałości dawnej wsi, którą zastąpiło osiedle. Siedzieliśmy wśród szkła, na jakichś przytarganych pieńkach, paliliśmy jak smoki i zdawało nam się, że jesteśmy bitnikami. Tamten facet miał czterdzieści lat i dwóch synów. Chyba nawet mu nie powiedziała. Ojciec dał pieniądze i rozwiązali gdzieś problem po cichu. Wtedy już jej pękło wszystko. Czwartej klasy nie skończyła, poszła na Puławską pracować w butiku i oczy jej się zrobiły głębsze, choć i wcześniej żadnych tam płycizn nie było.

Bo Aśka była pięknością. Tylko jakby nie zdawała sobie z tego sprawy. Inne ładne dziewczyny z bloków szybko rozumiały, jak się gra w te gry, nosiły głowy i biusty wysoko, nie płaciły za łyżwy, paliły marlboro i jeździły do miasta, do studenckich klubów. Aśka przygarbiona, jakby chciała ukryć swoje kształty, zawsze w dżinsach i tiszertach, kilkanaście kolczyków, na nogach glany. Zimą we flejersie i burej czapce. No ale kochali się w niej przecież, niejeden, pewnie nawet ten dziad od dziecka mówił jej, że ją kocha.

Latem dziewięćdziesiątego któregoś szliśmy przez pola na Wilanowie. Jak ostatni frajer miałem w plecaku Zapiski myśliwego, a Aśka w siatce tanie hiszpańskie wino z kartonu. Usiedliśmy, książka wysunęła się połową okładki. Aśka wyciągnęła lewą rękę przed siebie, prawą przyłożyła do piersi i puff!, wystrzeliła. Upadłem na plecy śmiertelnie trafiony, ale to nic nie dało. Po dłuższej chwili usiadłem, pod jej, uważne nad uśmiechem, spojrzenie, by pić to wino z kartonowego dziubka. To nie było łatwe, sporo leciało nam po brodach i koszulkach.
– Coś ci pokażę – powiedziała. – Znajdź płaski kamień.
Łatwo się mówi. Brodziłem w zbożu, jak na rosyjskim filmie, w towarzystwie motyli i trzmieli, w końcu znalazłem na miedzy odłamek cegły.
– Nada się?
– Może być.
Miała już kilka kłosów i dwa maki.
– To się nazywa przepiórka, babcia mi pokazała.
Związała kłosy w szczupły snop i przeplotła go czerwonymi kwiatami. Pod nim położyła rudobrązowy „kamień”.
– Nie mamy chleba ani soli, ale możemy wylać trochę wina.
Tam, gdzie polała, cegła zaczerwieniła się, jakby odmłodniała.
– Cud!
– No, cudek, powiedzmy. Babcia mówiła, że to po to, żeby chleb wzrastał i na kamieniu. Nam będzie rosła hiszpańska winorośl.
– Nawet lepiej.
– No.
– To pogańskie.
– Jak połowa tych zwyczajów.

Ponieważ za dużo czytałem, zastanawiałem się, od ilu lat ludzie na Mazowszu tak robią. Może i od dwóch tysięcy, odkąd osiedli tu i od zboża zależało ich życie. Dziwne uczucie, jakby coś się odezwało echem, jakby stał nade mną ojciec, tylko dziesięcioletni, na bosaka, z jakąś Zośką, a może i Aśką, jakby to były pola w Łajskach w pięćdziesiątym, a kawałek dalej jego pradziadek w portkach, jeszcze niewolny. I inni przez wszystkie te sierpnie od Bóg wie kiedy.
– Pocałuj mnie – nie powiedziała, więc piliśmy to wino pod przepiórką, poza czasem, tylko niekiedy motor samochodu na szosie do Powsina sprowadzał nas znowu w lata dziewięćdziesiąte. Do wina na cegle przypełzł żuk. Obwąchiwał? Czy żuki mają węch?
– O, skarabeusz! Przyszedł stary bóg po ofiarę. Nachleje się i wrony go zjedzą. –
Zniknęliśmy sobie, jak to zwykle bywa koło dwudziestki. Nowi znajomi, studia, często nowe mieszkania. Słyszałem: zrobiła maturę na wieczorówce i kurs księgowych, bo już nie chciała mieszkać ze starym. Matkę też chciała zabrać, ale ta została, zdaje się do marskościowego końca. Wynajęła kawalerkę na Mozarta, pewnie żeby do matki mieć blisko, spotykała się z jakimiś chłopakami z Łukowej, z jednym pomieszkiwała, ale ten ją pobił i znikła. Któregoś dnia spakowała się, tak mi opowiadali, nawet nie dała znać w pracy, i wyjechała. Do matki tylko przychodziły listy, ze stemplami z Leska.

Kilka lat temu szedłem Kawczą do Łukowskiej i na rogu wpadliśmy na siebie. Zmieniła się. Wyprostowana jak nóż, patrzyła na mnie z drwiącym uśmiechem, tylko kolczyków wciąż miała za dużo i koszulkę z Davidem Bowie.
– Widzisz, musiałam życie przeżyć, by z Łukowej wylądować na Łukowskiej.
Usiedliśmy gdzieś. Jest tu księgową w poradni dla dzieciaków z okolic. Ale kilka lat temu zrobiła studia i sama też prowadzi grupy, terapie.
– Tu, wiesz, DDA to co drugie, a i gorszych rzeczy jest sporo. Pieniądz psi, ale coś się robi, takie prawdziwsze coś. Po tamtym z Rusinem musiałam wszystko sobie wywlec i zaszyć na nowo.
Dobrze nam się rozmawiało, przyznałem, że kochałem się w niej wtedy, lata temu.
– Wy wszyscy byliście do kochania, tylko do życia żaden.


Głosy z Kępy (4) Izaura można przeczytać w drugim numerze Notatnika Literackiego, dostępnego w sprzedaży od 8 kwietnia.

fot. Rafał Komorowski | WDL