Teoria

Pocztówki z Szuflandii

Jakub Skurtys
390 odsłon
Dominik Bielecki, „Wielki ping-pong”. Wydawnictwo J, Wrocław 2023_2048x1024

[Dominik Bielicki, Wielki ping-pong, Wydawnictwo J, Wrocław 2023]

Drzwiczki, które trzeba szarpnąć, puknąć, do których trzeba przemawiać
(D. Bielicki, Meblościanka, z tomu Gruba tańczy)

Dominik Bielicki stał się w ostatnich latach poetą wyjątkowym, nie tylko dla mnie, lecz także dla wielu czytelników, którzy może nie wychowali się na liryce i rozpoznaniach twórców „Cyc Gada”, ale za to z czasem odnaleźli w ich pisaniu swój założycielski mit, ową „inną tradycję”, o którą upominał się swego czasu John Ashbery, a później jego słowami Andrzej Sosnowski. Ta wyjątkowość ma jednak w przypadku Bielickiego co najmniej trzy źródła. Po pierwsze, przez tyle lat działalności wydał zaledwie trzy książki: debiutancki, cieszący się dziś statusem kulturowego tom Gruba tańczy (Staromiejski Dom Kultury, 2008), po latach nagrodzone w Gdyni Pawilony (Wydawnictwo J, 2017) oraz tę najnowszą – Wielki ping-pong (również Wydawnictwo J, 2023). Można powiedzieć, że poeta nie rozmienia się na drobne, a kiedy już coś napisze, mamy do czynienia z wydarzeniem na miarę premier Miłosza Biedrzyckiego. W tym sensie jego książkom towarzyszy więc aura wyjątkowości. Ukazują się trochę znikąd, są oczekiwane (i wyczekiwane), ale niekonieczne, ponieważ same sobie wyznaczają tempo i ośrodki zainteresowań.

W tej pozorowanej powolności i opieszałości przydarzają się też czytelnikom kilku generacji, a to już sprawa istotna i drugie ze źródeł ich wyjątkowości1. Liryka Bielickiego związana jest bowiem ze specyficznym doświadczeniem pokoleniowym, z którego wyrasta jego pisanie i które kultywuje on wbrew zwykłości czy naturalności przedstawianego w wierszach świata. To wyjątkowość „momentu historycznego”, spotkania wrażliwości kilku aspirujących poetów-z-korpo (Janicki, Bielicki, Wawrzyńczyk, na bliskiej orbicie Domarus i Kaczanowski), których dzieciństwo przypada na schyłek PRL-u, a młodość twórcza na warszawskie piwnice, gdzieś między pierwszymi zrywami nowego tysiąclecia i portalem „Nieszuflada” a kultem „Literatury na Świecie” i Życia na Korei Sosnowskiego. Stworzyli oni nie mniej legendarny „Cyc Gada”, który w moim pokoleniu cieszy się zasłużonym szacunkiem i którego legenda wzmacnia dziś każdego z założycieli.

Ale mitotwórczy element ich bycia po czasie – bo „Cyc…” to jednak od lat fragment historii poezji, nawet jeśli niewielki i częściowo przeoczony – sprzęga się doskonale ze swoistą dezynwolturą, brakiem przywiązania do literackich szufladek i akademickich rozpoznań, funkcjonowaniem we współczesności mgławicowo, na prawach zadokowanego widma. Po trzecie więc, jest to wyjątkowość „niebycia w historii”, na którą mogli sobie pozwolić tylko ci wchodzący do niej w atmosferze końca wielkich narracji i fantazji Fukuyamy, na chwilę, nim wszystko znowu przyspieszyło i nabrało otwarcie politycznego charakteru. Zaryzykuję tezę, że poeci „Cyca…” to dziś leciwe, okołopięćdziesięcioletnie duchy naszego nigdy niedokonanego postmodernizmu, upolowanego i uśmierconego przez krytykę, nim w ogóle zdążył się rozbiegać. Dzięki temu zachowali możliwość trwania poza czasem, w niszy, jako zawsze aktualna obietnica dla wtajemniczonych.

W błyskotliwym gronie chłopackich ripost, rozmnożonych czasem na wielowątkowe, pisemne dialogi, zastępujące w „Cycu…” dyskurs krytycznoliteracki, autor Wielkiego ping-ponga był i jest chyba nadal tym najskromniejszym – najbardziej wsobnym i oddanym procesowi konsekwentnej redukcji. Wyciąga też najdalej idące konsekwencje z możliwości stwarzanych przez wyobraźnię architektoniczną (poziomy, piętra, windy, klatki schodowe, labirynty korytarzy – to jego małe królestwo) oraz z konstruktywistycznej fantazji o budowaniu świata z klocków (a poważniej: prefabrykatów). Ostatecznie ostają się jednak same przęsła na rusztowanie, po którym hula wiatr (o tym wrażeniu pisałem zresztą w kontekście poprzedniego tomu).

Tak jak Pawilony zjawiły się dla większości środowiska znienacka, niezapowiedziane i jako efekt długiego urabiania poety przez wydawcę, tak na Wielki ping-pong czekano i natychmiast wzniósł się środowiskowy szmer: ależ to jest książka! Ale dlaczego? W czym tkwi jej siła? Tak naprawdę piszę więc tę recenzję z bardzo osobistych pobudek, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest takiego wyjątkowego w poezji Bielickiego, że z miejsca czuje się jej jakość i fakt, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym wierszem, mimo że poeta robi wszystko, żeby nas od owego wrażenia odwieść. Nie chcę jednak poprzestać na kategorii wrażenia – musi być jakieś racjonalne uzasadnienie tego, czego doświadcza się przy lekturze tekstów autora Pawilonów, choćby uzasadnieniem tym miało być wyjaśnienie samych struktur odczuwania (pozwolę sobie sięgnąć po pojęcie Raymonda Williamsa), jakaś wewnętrzna uległość wobec proponowanych przez pisarza gier w dojrzewanie, starzenie się i życiowy przegryw na małą skalę.

Z interesującą sytuacją mieliśmy do czynienia podczas premiery Wielkiego ping-ponga we Wrocławiu w listopadzie 2023 i chciałbym ją potraktować jako modelową. Spotkanie z Bielickim poprowadził Janicki, ale zamiast rozmawiać o nowej książce, autorzy większość czasu poświęcili dwóm poprzednim, a publiczność zamawiała kolejne wiersze jak z listy przebojów. Porozumienie między pisarzem i jego czytelnikami zostało bowiem zawarte dawno temu, w innych okolicznościach (choć gdyby to sprawdzić, to „dawno” sięgałoby najwyżej kilku lat wstecz). Ale sama opowieść o poezji, którą obaj autorzy wnieśli, też obwarowana była ze wszech stron właśnie „innymi okolicznościami”: wspominkami, anegdotami z przeszłości, z czasów wspólnych warszawskich wojaży. To jedna z cech samej poezji Bielickiego – że zachęca ona do nostalgicznych przechadzek, że utrzymuje nas w innej temporalności, chociaż czujemy, że jest zarazem arcywspółczesna i aktualna, a wieczność nie stanowi dla niej istotnego kontekstu. Ale to również cecha całej warszawskiej niegdyś grupy: pewien rodzaj kontrolowanej nostalgii, która nie wyklucza ani rozwoju, ani doraźnych interwencji w język poetycki na zasadach umożliwianych przez wewnętrzną logikę pola literackiego. Stąd zapewne bierze się wrażenie, że chociaż Bielicki nie robi nic wielkiego w sferze techniki wiersza ani o niczym wielkim nie pisze, jego teksty są najnowszej polszczyźnie nader potrzebne.

Aura warszawskiej wspólnoty „Cyca…”, „chłopców z ferajny”, którzy chłopcami już dawno nie są i jakiś czas temu nieśmiało weszli w ojcowskie role, zabezpiecza jednak nie tylko spotkania autorskie, ale też sposoby czytania tekstów Bielickiego, Janickiego czy nawet krytykę literacką samego Wawrzyńczyka. Wierszy „bildungowych” znajdziemy w Wielkim ping-pongu sporo, można wręcz powiedzieć, że jest to tom rozpisany narracyjnie jako opowieść o chłopcu, który dojrzewa do roli ojca, a potem w tej roli odnajduje własne dziecięctwo. Najpierw bawi się zabawkami, potem je sprzedaje lub oddaje w ręce dorosłych (Moje kasety, ***[W pół godzinki sprzedałem wszystkie zabawki…]), by w końcu nauczyć się innych zabaw już jako towarzysz swojej pociechy. Ba, to Hania w ostatnich kilku tekstach, dziwiąc się światu lub skupiając uwagę podmiotu (ach, ten wiersz o malwach!…), staje się nowym ośrodkiem poetyckiej gry z językiem, jak niegdyś Uta dla Juliana Przybosia.

Cały czas oscylujemy wokół swoistego infancy i pytania, w jaki sposób kategoria ta wymusza reakcję na rzeczywistość, do czego prowadzi nas także motto z Pnina Vladimira Nabokova (przytoczone po angielsku, w całej swojej toporności: I don’t anymore play at games of infants). Trudno jednak poważnie mówić o dojrzewaniu czterdziestokilkuletniego poety i właściwie tylko jedna rzecz broni tego konceptu (oczywiście poza kunsztem literackim samego Bielickiego) – to, jak doskonale ta książka wpisuje się w nawiedzające kilka ostatnich lat refleksje o nowych męskościach, podwyższonej wrażliwości i obalaniu klasycznych, patriarchalnych figur. To kolejny tom nie tyle ojcowski, ile tacierzyński – obok liryki Marcina Mokrego, Adama Kaczanowskiego, Macieja Roberta czy nagłego odsłonięcia się nieludzkiego dotąd podmiotu Kacpra Bartczaka w relacji z córką. Otrzymujemy tym samym eksplorację nowego modelu czułości (również wobec języka), powiązanego z troską, ale ufundowanego na słabości męskiego głosu. Być może dlatego tak trudno uchwycić, na czym polega afektywny potencjał pisania Bielickiego – nikt nie chce zaryzykować posądzenia go o czułostkowość i naiwność, ale nie jest tajemnicą, że Wielki ping-pong działa w pierwszej kolejności na emocje: klarownym obrazowaniem, prostotą rozwiązań językowych, dosadną puentą, pozornym antyintelektualizmem oraz opowiadaniem się po stronie codziennych zdarzeń i zwyczajnych ludzi, których autor dogląda i pielęgnuje, uprawiając swoją estetykę klęski niczym przydomowy ogórek na balkonie. A w tym ogródku chodzi przede wszystkim o samotność, o pojedynczość, która poszukuje bliskości, a więc przyległości – o różne modele bycia obok siebie (polecam zestawić wiersz otwierający o „niestykających się ciastkach”, nostalgiczny ***[Odnalazłem klucz…] i ekstatyczne Malwy).

Utwory Bielickiego nie są po prostu czułe (wobec innych, ale i na detal); przeciwnie, na ogół są obojętne lub nawet oziębłe. Pracują na współczucie po stronie czytelnika. Nie szantażują go, nie epatują emocjami. Raczej – po swojemu – dyskretnie urabiają. W tym urabianiu zaś pomagają im rekwizyty, które biorą się z konwencji nostalgicznej – cały czas trwają w tej poezji ejtisy i najntisy, wciąż istnieje transformacyjna Warszawa, a same postacie Bielickiego są jakby uwięzione wewnątrz mitycznej historii o „Cycu Gada”, co to kiedyś był, ale już go nie ma i nikt właściwie nie potrafi powiedzieć, kiedy i dlaczego. W Pawilonach taką funkcję pełnił na przykład wiersz Dom handlowy – indeksował pamięć zbiorową i zachęcał do nostalgicznego celebrowania resztek transformacyjnej nowoczesności. W Wielkim ping-pongu takich wywoływaczy jest wiele, od konkretnych przedmiotów, przez podwórkowe zabawy i dziecięcą przemoc, scenki rodzajowe z życia rodziny i biurowego kieratu, komunikaty i napisy na murach, Warszawską Jesień i amerykańskie zabawki sprzedawane z giełdowego koca, po De Mono, Marka Niedźwieckiego i to, że kiedyś „nie było frytek” (s. 22). Mimo indywidualnej perspektywy, wyłania się z tych detali pewna wspólnota losu, pokoleniowe doświadczenie, które zmienia „twoją pojedynczość” wiersza w socjologiczne studium naszych wspólnych lęków i porażek w starciu z późnym kapitalizmem.

Podobnie jak w Pawilonach, Bielicki urzeka skromnością, która nie wydaje się udawana czy pozorowana (jak choćby celowo usztuczniona skromność Janickiego czy uroczo łasząca się niepewność sądów estetycznych Wawrzyńczyka). Redukcja jest praktyką narzuconą z czasem przez poetę na swoje pisanie, ale w taki sposób, by wszelkie dążenie ku uniwersalności redukować do jednostkowości, a metafizykę do konkretu. Nie jest to więc pisanie, w którym wiersz okrojony z ozdób, pozbawiony efektownych chwytów, sprowadzony do krótkiej obserwacji ma mówić o czymś niewypowiadalnym, zgodnie z myślą, że epifania to fragment przejawiającej się przez nią transcendencji (patrz Ekier, Bonowicz, Jarosz, Roszak i wszystkie nasze minimalizmy „po Celanie”). Nie. Pisarstwo Bielickiego bywa wertykalne, to znaczy korzysta z metaforyki pięter, z konstrukcji o charakterze wznoszącym i opadającym, ale nie dotyczy to samych sposobów organizowania sensu. Na górze nie majaczy niewypowiadalne, słoneczne bóstwo, a na dole nie przeraża śmierć ani piekielne ognie. Nie tworzą się więc skomplikowane, wielopiętrowe struktury znaczeń, które w swojej nagiej postaci – w samym ożebrowaniu – miałyby wznosić czytelniczkę szczebelek po szczebelku Jakubowej drabiny ku niebu, zbawieniu lub oświeceniu. W tym ujęciu jest to pisarz maksymalnie płaski, programowo oddany spłaszczeniu, wręcz horyzontalny. Wrażenie pionów bierze się z samej treści, z maniakalnego sięgania po architektoniczny porządek Warszawy i obserwowania procesów urbanizacyjnych, a czasem też z piętrowych konstrukcji wierszy („na dach hangaru wchodziło się z drzewa”, s. 11; „W zupełnych ciemnościach stawiającym nogę / na szczycie drabiny”, s. 18). Ale to tylko wrażenie. W gruncie rzeczy można by nawet powiedzieć, że najbliżej jest Bielickiemu do tradycji obiektywistycznej (tej amerykańskiej, ale nie tej, której uczył nas Sommer) – gdyby nie aspekt komunikacyjny.

Druga sprawa to bowiem modus sytuacyjny. Można powiedzieć, że autor Wielkiego ping-ponga pisze tyleż z podsłuchiwania („Przez wywietrznik // słyszę całe rozmowy”, s. 33) i podglądania absurdów języka i rzeczywistości, typowych dla Białoszewskiego (w tym sensie jego architektoniczna warszawskość również jest „po Mironie”, chociaż mrówkowiec zmienił się w korporacyjny drapacz chmur), co z wnętrza filozoficznego myślenia o grach językowych rodem z Wittgensteina. Nie wątpię, że kiedyś czytał go uważnie, bo ilekroć przygląda się w swoich wierszach językowi jako parole, wypowiadanym komunikatom i sposobom ich adresowania, tylekroć chodzi mu nie tylko o problemy komunikacyjne, o pustosłowie, korpomowę czy niemożność znalezienia wspólnego języka, w czym lubowali się „brulionowcy”, lecz także o niepowtarzalność kontekstu sytuacyjnego i negowanie metafizycznej potencjalności (por. świetne Ojezus – czy Open space). Wiersze Bielickiego nie pozostawiają miejsca na domysł, który można by podszyć jakimś metafizycznym żądaniem. Są bezcelowe w swoich obserwacjach, celowość tę wręcz kwestionują, tym samym kwestionując plan, a wraz z nim przyszłość jako punkt dojścia, coś oczekiwanego. Zarazem zawsze okazują się jakoś usytuowane, zanurzone w szerszym tle społecznym, które odsłania się jako przestrzeń przecinających się ludzkich losów, przeciwstawnych interesów komunikacyjnych i często sprzecznych intencji. Padanie na nie socjologiczny cień, jakby z planu ogólnego wyławiały zawsze jakiś metonimiczny detal, o którym można pomyśleć tylko w ramach skonkretyzowanej i uhistorycznionej całości.

Od estetyki obiektywizmu odwodzi nas też sposób prezentacji podmiotu, który jest zawsze obecny, pozostaje nadawcą komunikatu o sobie samym i o swojej przeszłości (lub teraźniejszości, która zaraz stanie się przeszłością), tworzy więc pozory konfesji. Równocześnie jest jednak mało istotny, marginalny, nie może zająć pozycji w centrum. W pierwszym wierszu z tomu czytamy: „pożegnałem się z babcią / pożegnałem się z dziadkiem / i wziąłem tyle ciastek / ile tylko byłem w stanie unieść / tak żeby się nie dotykały” (***, s. 7) – i już wiemy, że mówi do nas zinfantylizowany dorosły, który sam siebie stawia w roli odchodzącego, opuszczającego dany kontekst sytuacyjny, obserwującego się po czasie. Tak oto Bielicki gra we frajerstwo i w poczucie rozczarowania (zachłanność dziecka vs rzekoma asceza dorosłości), a zarazem gra na nich jak na dwóch uzupełniających się instrumentach. „Jakbym rąbał las, a na końcu i tak wybrał drogę jego skrajem” – mówił Janickiemu w rozmowie o książce, niby w zupełnie innym temacie, ale nie on wydaje się tu ważny. Sam wywiad pełen jest bowiem perełek, które dotyczą egzystencji jako takiej, życia bezdzietnego kiedyś bon vivanta i warszawskiego flanera, a teraz ojca, pracownika korpo, kogoś z tłumu, kto przeżył to wszystko, co przeżyliśmy i my, co więcej – żyje dalej, a to wciąż nic wielkiego, jak w Kopnąłem piłkę: „Nie czułem najmniejszego żalu, że życie / upływa mi od tych rzeczy jak najdalej. / Kopnąłem piłkę, bo była okrągła i napompowana / i nie było nikogo, dla kogo coś znaczy” (s. 49). Zestawy prostych, mało znaczących czynności składają się w Wielkim ping-pongu na życiorysy ludzi, którzy „robili swoją robotę” (s. 29), „Nie są niczemu winni. / Robią dokładnie tak jak trzeba” (Sprzedawcy samochodów, s. 32), albo też „woleliby nie”. Ci drudzy idą skrajem, marnują wysiłek, porzucają i rezygnują, ale niczego nie tracą. Tego dotyczy również tytułowy utwór z tomu, świetny w swojej prostocie i złożoności zarazem. To jeden z tych wielkich-małych wierszy, wymagających przytoczenia w całości, opartych na paralelizmie i zbudowanych na check-listach – tyle że jest to lista porażek i niedopasowań:

a to nie miałem legitymacji
a to nie miałem stempelka
a to nie miałem butów na zmianę
a to pomyliłem godziny
a to nie miałem pary
a to piłeczka wpadła
za żelazną kratę grzejnika
sięgnąłem po nią i zobaczyłem
wiele innych bajecznych piłeczek
i zostałem wydalony dyscyplinarnie
bo było mówione ile waży krata
która trzyma się na słowo honoru
a to zostałem znów przyjęty warunkowo
a to byłem najmłodszy w grupie
i kazali mi robić habduła habduła
a to byłem najstarszy w grupie
z zatrzaśniętymi na amen
drzwiami do wielkiego ping-ponga
(s. 23).

Jakkolwiek ironicznie nie wybrzmiewa ostatni wers, ta dziwnie napompowana i przestylizowana figura „wielkiego ping-ponga”, w której każdemu czytelnikowi pobrzmiewać muszą echa innych pingpongowych metafor polskiej poezji i słynnych pojedynków z przeszłości (Zadura–Sommer, Sommer–Biedrzycka, od „daj mu tam, gdzie go nie ma” do „daj mi tam, gdzie mogę dobiec”), które stawały się metaforami gier w polu poetyckim, jest w niej coś niebywale dosadnego. Małość (litota) często mierzy się u Bielickiego z wielkością (patos, abstrakcja, hiperbola) i wywołuje efekt groteskowej czułości, może nawet współczucia. Za metaforą zamkniętej bramy do świata „wielkiego ping-ponga” (ba, ironicznie „zatrzaśniętych na amen” drzwi w kolejnym antymetafizycznym wierszu) dostrzegamy wszystkie inne metafory bram: Kafkowską bramę do Prawa, bramę do lepszego życia i bramę do „wielkiego świata” w ogóle, ku któremu mają kierować się nasze dziecięce fantazje i która rzekomo powinna otworzyć się dla dorosłego już poszukiwacza doznań i kapitału (tymczasem w tomie ostanie się z tego jedynie „wielki parking” w wierszu Zapomnieliśmy mleka!). Ale też bramę Edenu i bramy tajemniczego ogrodu z klasycznej powieści dla dzieci Frances Hodgson Burnett, za które zostaniemy wyrzuceni przez wszechwładny czas.

Choć cały utwór traktuje o pechowym przesunięciu – bo podmiot jest zawsze „na skraju lasu” i „nie dość chce” (s. 24), jest obok, poniewczasie lub przedwcześnie, za bardzo albo za słabo, żeby przynależeć – puenta ma charakter definitywny i metaliteracki. Odcina nie od wielkiego ping-ponga, ale od wielkości w ogóle, od wszelkiej fantazji o wielkości (podmiotu, wiersza, oczekiwań względem niego). Jest w niej nie tylko porażka, lecz także coś katartycznego, jakby wręcz programowe dla poezji Bielickiego pogodzenie się z tym, że oto przed naszymi oczami odsłaniać się będzie wyłącznie świat spraw małych, drobnych i doraźnych. I bez względu na to, jak obciążony odpowiedzialnością za innych (choćby za własną córkę) stanie się bohater liryczny, pozostanie on na zawsze distracted little man, człowieczkiem pogodzonym z własnym frajerstwem i wolnym od poczucia winy, a więc nareszcie – dojrzałym. Nie ma więc nic złego w refleksji, którą przeprowadza niespiesznie Pan Janek, sfrustrowany specjalista z innej epoki, odpad po procesach unowocześnienia: „o tych wszystkich rzeczach // poddanych naciskowi: o kręgosłupach krzeseł, / stacjach dysków, stojakach na paprotki” (Pan Janek, s. 18). Mało tego – myśl ta urasta do ontologicznej zasady (nacisk jest wszechobecny), ale po jej dostrzeżeniu trzeba się po prostu uwolnić od negatywnych afektów, jak w końcówce obezwładniającego To się odezwie: „Frajer, za jakiś czas / będę się czuć jak frajer; to się / odezwie. Ale mijają tygodnie, / a nic takiego się nie dzieje” (s. 27). Little man Bielickiego odpowiedział już sobie na najważniejsze pytania związane z zasadami dobrego życia i troski o innych: porażka nie jest wydarzeniem egzystencjalnym, więc i sprawczość nie jest stawką egzystencjalnej gry. Nie ma do kogo ani o co żywić urazy.

Być może nie ma też żadnej gry, poza grami językowymi. Jest tylko życie, jego rytm i upływający czas, wobec którego wypowiada się wiersz. Jest tylko samotność jako brak znaczenia i bycie wobec kogoś jako próba wspólnego wytworzenia sensu. Stąd te przyległości do innych ciał i nieprzystawanie do konkretnego porządku, stąd nacisk i opór materii. Jedyna potencjalna i fantazmatyczna wielkość w świecie małych, drobnych wpadek i wypadków odnajduje się w zanurzeniu w przeszłość, w fałszywym celebrowaniu „wielkiego wczoraj”. Metafora „zatrzaśniętych drzwi” dotyczy jednak w Wielkim ping-pongu tego właśnie momentu: definitywnego cięcia między czasem przeszłym wychylającym się w przyszłość, a więc czasem zmityzowanym, dopiero zapowiadającym lub ustanawiającym coś, a czasem zaprzeszłym, domkniętym, ale włączonym w łańcuch konsekwencji wobec „teraz”. To napięcie między powinnością a koniecznością (powinien był zrobić to i to, ale zrobił tamto, choć nie mógł inaczej) nie przekłada się jednak ani na chrześcijańskie poczucie winy, ani na typowe dla nowoczesnego podmiotu rozczarowanie sobą samym. Mimo kolejnych życiowych porażek zasoby nie zostały zmarnowane, ponieważ nie obowiązuje merkantylna zasada, której „ja” musi się podporządkować. Owszem, wciąż towarzyszą nam ekonomiczny nacisk, presja odpowiedzialności, pragnienie troski o najbliższych, czysto materialistyczne ujęcie egzystencji. Dorosłość ma w sobie element kalkulacji, ale wiąże się też ze zdolnością do rezygnacji z fantazmatycznej wielkości. Jesteśmy wolni, możemy iść – jak śpiewał przed laty Kuba Sienkiewicz. Tak, w pisarstwie Dominika Bielickiego spełnia się jedna z głównych fantazji nowoczesnej literatury: o byciu sobą i niczym więcej. Może tylko tyle potrzeba, żeby pisać (sic!) wielkie książki.

Przypis:

W tym samym czasie przydarzyła się lektura Wielkiego ping-ponga mnie i Dawidowi Kujawie, ale ponieważ obie nasze recenzje leżały dość długo, czekając na publikację, jakoś nie było okazji, żeby zapoznać się ze swoimi odczytaniami i podjąć dyskusję. Polecam jego tekst, znacznie bardziej teoretyczny od mojego, a zarazem za symptomatyczne uznaję, że Kujawa też wybrał jako ramę przykład z realnego spotkania/meczu, tym razem w warszawskiej odsłonie, a nazwiska Janickiego i Wawrzyńczyka znowu wiodą refleksję o wierszach autora Pawilonów w swoistym tryumwiracie.