Teoria

Obuchem alegorii

Zuzanna Sala
675 odsłon
Maria Halber, Strużki

[Maria Halber, Strużki, Wydawnictwo Cyranka, Warszawa 2023]

Kiedy prowadziłam dział literatury dziecięcej i młodzieżowej w największej krakowskiej księgarni kameralnej, zaskakiwało mnie wiele rzeczy w kontaktach z klientami. Jedną z takich konfrontacji z nawykami konsumpcyjnymi, z której długo nie mogłam się otrząsnąć, było obsługiwanie na przełomie sierpnia i września rodziców opętanych do reszty szałem „akcji szkoła”. Kupowali absolutnie wszystko, o czym wiedzieli, że może przydać się ich dzieciom w nadchodzącym roku szkolnym. O ile nie dziwiło mnie sięganie po nadprogramowe pomoce naukowe, repetytoria, dodatkowe zeszyty ćwiczeń, wymyślne notatniki i zestawy zakreślaczy, o tyle długo przyzwyczajałam się do opiekunów dzierżących wydrukowane z podstawy programowej wykazy lektur szkolnych w roli listy zakupów. Po pierwszych kilku zetknięciach z tym zjawiskiem przestałam pytać ich o korzystanie z biblioteki szkolnej czy rejonowej (ostatecznie nie pomogłoby mi to przecież zapracować na wynik kwartalny), a zaczęłam ochoczo podawać tytuły z półek. Męczące było tylko tłumaczenie, że nie każdą pozycję z wykazu można odhaczyć, wręczając nie za drogą publikację z opracowaniem Grega: że Artysta Mrożka to kilkustronicowa prózka, niewydana osobno, że Chmury Arystofanesa są na Wolnych Lekturach… Do tamtej pory sądziłam, że jedynymi nabywcami lektur są szkolne bibliotekarki oraz ograniczeni drakońskim limitem kwotowym wychowawcy, którzy muszą na koniec roku kupić jakieś prezenty dla wyróżniających się uczniów. Zweryfikowanie tego przekonania kazało mi gruntownie przemyśleć to, co wiem i sądzę o wykazach lektur.

Nigdy nie miałam większych wątpliwości, że kosmetyczne zmiany w podstawie programowej będą miały plus minus taki wpływ na stan polskiej edukacji, jaki ma ciche pierdnięcie pod stołem na stan niedzielnego obiadu z rodziną (wygeneruje trochę złych emocji, ale przecież wciąż będziemy siedzieć nad tym samym obrusem i chlipać ten sam rosół). Dopiero od czasów pracy w księgarni myślę o wykazie lektur także jako o potężnym biznesie. Młodych umysłów w narodzie polskim parę sugestii takich czy innych tekstów ani nie zbawi, ani nie skrzywdzi. Tym, na co faktycznie mogą mieć wpływ takie decyzje, jest wynik sprzedażowy poszczególnych wydawnictw.

Oczywiście ta perspektywa nie prowadzi w prostej linii do postulatu ograniczenia współczesnych tekstów w programach edukacji. Więcej nawet – jako osoba specjalizująca się w najnowszej literaturze cieszę się z wielu sytuacji, w których udaje się ją wprowadzić do podręczników i propozycji lekturowych. Jednak świadomość, że za decyzjami o rekomendowaniu lektur do podstawy programowej stoi tak duży potencjalny skok sprzedażowy, sprawia, że z nieco większą podejrzliwością zerkam w stronę proponowanych nazwisk, które nie zostały konsekrowane przez żadną instytucję życia literackiego: czy to ważną nagrodę, czy istotną dyskusję krytyczną. Dlatego kiedy na propozycjach do listy lektur uzupełniających w niecałe dwa miesiące po premierze pojawił się debiut prozatorski Marii Halber, jedyny komentarz, jaki przyszedł mi do głowy (obok: „Łooo, ależ Cyranka się nachapie, o ile to przejdzie”), to myśl, że właśnie napotkałam ostateczny dowód na zupełny brak znaczenia instytucji życia literackiego i krytyki. I jasne, że boli mnie to osobiście, uwiera, drażni, uderza w ego – ale z tych niskich pobudek wyrasta też odruchowy wręcz gest mówienia „sprawdzam”. Skoro krytyka niczego nie ustala, to może chociaż powymachiwać pięścią na uboczu czyichś ustaleń. Zobaczmy, czy kogokolwiek to obejdzie.

*

Strużki Marii Halber mogą się jawić jako wciągająca, sprawnie napisana książka, którą na tle rozmaitych tendencji w polskiej prozie nietrudno docenić. Na uwagę zasługuje przede wszystkim konstrukcyjna świadomość autorki. Z całą pewnością Halber nie jest opętana fantazją o autentyzmie, nie traktuje swojej debiutanckiej prozy jako pretekstu do uzewnętrznienia dawnych traum i emocji. Daleka jest od mrzonek o przeźroczystości medium, w związku z czym nie koncentruje się wcale na trywialnych (a tak chętnie dziś podejmowanych!) próbach oddania określonego doświadczenia w tekście. Więcej: debiutantki nie interesuje szczególnie spójność przyczynowo-skutkowa w obrębie narracji, a przynajmniej priorytetyzuje ją niżej niż sprawność i zasadność występowania w powieści poszczególnych obrazów i scen, które w połączeniu mają omawiać i opracowywać konkretny problem. To wszystko składa się na zestaw cech, za które mogłabym gorąco chwalić autorkę i włączać ją do grona najciekawszych młodych prozaiczek. Mogłabym, gdyby nie stojąca na przeszkodzie miałkość podejmowanych przez Halber problemów i odzwierciedlanie ich w pretensjonalnej, alegorycznej estetyce. Ale o tym za chwilę.

Sama książka jest oczywiście – jak zgodnie twierdzą rozmaite noty krytyczne i niedługie recenzje – historią bardzo bliskiej, być może toksycznej kobiecej przyjaźni, na której tle poznajemy pierwszoosobową narratorkę. Na bardziej podstawowym poziomie Strużki są jednak przede wszystkim opowieścią o kształtowaniu się podmiotowości i o indywidualnym rozwoju psychiczno-emocjonalnym dorastającej osoby. Wszystko to zostało ujęte w ramę historii o odzyskiwaniu tożsamości – główna bohaterka wszak tak bardzo definiuje się w kontekście swojej bliskiej przyjaciółki Kingi, że dopiero na ostatniej stronie powieści symbolicznie artykułuje swoją odrębność, zapisując (i tym samym zdradzając czytelnikom) własne imię: Agnieszka. Ten akt autodefinicyjny jest tu szalenie znaczący: Agnieszka przez większość swojego dorastania skupia się na tym, że powinna lub chciałaby być „jakaś”, a zamiast tego jest nijaka. Dostosowuje się do otoczenia i z tego powodu nie może odkryć, kim tak naprawdę jest. Wszystkie ważne decyzje podejmują za nią bliscy, a jej rola polega na grzecznej uległości wobec zewnętrznych oczekiwań. Rdzeń opowieści stanowi więc fantazja o tym, że istnieje jakaś prawda o indywidualnym człowieku, możliwa do odkrycia dopiero w społecznie wydestylowanych warunkach – nie bez przyczyny Agnieszka nie jest w stanie zapisać w pamiętniku własnego imienia, dopóki jej przyjaciółka nie zniknie (może na zawsze, może z powodu samobójczej śmierci). Oczywiście Halber próbuje się bronić przed zarzutami ekstremalnej naiwności, odhaczając refleksję nad najwyraźniej najważniejszym we współczesnej humanistyce kryterium przynależności klasowej: habitusem. Tworzy w ten sposób pułapkę-paradoks: wprowadza elementy determinizmu społecznego do refleksji nad rozwojem osobowości, lecz nie zakłócają one wcale psychoanalitycznej fantazji o stworzeniu sterylnych warunków umożliwiających odkrywanie kolejnych warstw prawdy o sobie. Trudno byłoby obronić tezę, że to właśnie o uchwycenie owej paradoksalnej struktury chodzi w Strużkach – to raczej nieścisłość na podstawowym poziomie, podważająca intelektualną spójność dzieła.

W tym sensie debiut Halber jest być może symptomatyczny dla różnych „zwrotoludowych” dykcji: na każdym kroku padają deklaracje lub sugestie chęci powiedzenia czegoś o strukturze klasowej, ale w centrum zainteresowania i tak znajduje się jakaś tożsamość jakiegoś indywidualnego „ja”, które mierzy się z jakimś idiomatycznym lękiem i wstydem. Tak często chcemy powiedzieć coś o świecie, lecz z jakiegoś powodu lądujemy w mówieniu o sobie – najwyraźniej jakieś „ja” pozostaje najciekawsze ze wszystkich problemów świata. Zabawna jest ta pułapka, w którą wpada pokaźna część nowej polskiej prozy: nawet jeśli nie obcujemy z pamiętniczkiem, nie wychodzimy poza jego ambicje.

Żeby było jasne: ta perspektywa niekiedy pozwala na narracyjne popisy, na detaliczne i intrygujące uchwycenie relacji predefiniowanej napięciem generowanym przez różnice materialne (jak w przypadku opowieści o początkach szkolnej przyjaźni Agnieszki z Kingą). Innym razem prowadzi do karykaturalnych, grubo ciosanych i tym samym nieszczególnie wiarygodnych opisów nieprzystawania głównej bohaterki do wielkomiejskiej społeczności studenckiej. Nie jest jednak wcale jednoznaczne, że intelektualne problemy, jakie mam z debiutem Halber, muszą prowadzić do estetycznej klęski (w końcu dotyczą one także wielu innych bardzo sprawnych warsztatowo twórców, począwszy od ulubionego na polskim rynku czytelniczym importowanego towaru z Francji, Édouarda Louisa). Niemniej można w Strużkach znaleźć wiele miejsc, w których proste tożsamościowo-psychoanalityczne fantazje w skali jeden do jeden przekładają się na prostackie alegorie. Wprowadzanie ich ułatwia to, co recenzenci zwykli nazywać „poetyckim językiem”, a co – poza rzadkimi fragmentami, w których mowa pozornie zależna osuwa się w groteskę przypominającą językowe ostrze Bargielskiej czy Masłowskiej – jest po prostu nieznośnym, pretensjonalnym manieryzmem. (Notatka na marginesie: czy poezji polskiej bardziej szkodzi wyobrażenie potencjalnych czytelników na temat tego, czym jest „poetycki język”, czy może nieprzystawalność do tego wyobrażenia? Do zbadania).

Jeśli to wszystko brzmi zbyt abstrakcyjnie, spróbujmy przyjrzeć się konkretowi, czyli trzem największym alegoriom porządkującym narrację w Strużkach: symbiozy/pasożytnictwa, kokonu motyla i występu aktorskiego. Pierwsza wprowadzona została w drugim rozdziale książki, tuż po opisaniu początków najważniejszej dla fabuły znajomości. Scena wygląda tak: Agnieszka i Kinga uczestniczą w lekcji biologii. Nauczycielka omawia temat brzmiący „formy współżycia organizmów” i w jego ramach zarysowuje groźną wizję przyrody, w której każde stworzenie walczy z innymi lub na nich żeruje. Uczniowie zapytani o przykład znanego im pasożyta od razu mówią o tasiemcu. Wywołuje to odruchowy niepokój: „nagle wszyscy w klasie gładzą się po brzuchach, sprawdzają, czy nic w nich się nie zalęgło, nie pełza występnie pod miękką skórą, nastoletnim tłuszczem”. Mniejsza już nawet z tym, że paraleliczną scenę lękliwego głaskania się po brzuchach Halber decyduje się wprowadzić do książki kawałek dalej, w kontekście wiszącego nad jedną z bohaterek podejrzenia ciąży. Mniejsza z tą niezbyt delikatną sugestią odpowiedniości niechcianego dziecka i pasożyta – tej pewnie można byłoby bronić, a to ze względu na dobrą przystawalność sugerowanego obrazu do jednego z najpotworniejszych lęków w życiu aktywnych seksualnie nastolatek, a to z uwagi na kompozycyjne rozłożenie tych scen w książce. Nie symboliczny paralelizm jest tu bowiem największym problemem – już samo wprowadzenie do opowieści figury pasożyta budzi poważne wątpliwości. Przytoczona scena lekcji biologii uderza czytelnika obuchem w łeb – od tej pory wiemy, że w Strużkach będzie chodzić o formę współżycia Agnieszki i Kingi, że nad całą opowieścią zawiśnie pytanie o to, czy przyjaciółki żyją w symbiozie, czy jedna z nich pasożytuje na drugiej. A jeśli pasożytuje – to która na której?

Gdyby jednak czytelnik nie był wystarczająco zmęczony głębią tej alegorii, nie musi długo czekać na dobitniejsze ujednoznacznienia. Tuż po scenie lekcji biologii pojawia się bowiem jej nieświadome przetworzenie:

Tej nocy śni mi się Kinga, ma na sobie swój obcisły siateczkowy golf w panterkę. Wokół mrok i w jakimś bezbrzeżnym nigdzie stoimy zwrócone do siebie twarzami. Kinga nosi bluzkę, podciąga materiał – zamiast brzucha ma tunel, czarną dziurę. Mówi: wchodź, teraz, szybko. Wpełzam w tę otchłań, jest mi ciepło i miękko. Moszczę sobie w Kindze bezpieczne miejsce i śpię. Śpię w swoim śnie, mocno jak nigdy.

…i jak, załapaliście, o co chodzi? Że brzuch, że pasożyt, że jama, że bezpieczne miejsce? Że potrzeba bycia zaopiekowaną, tęsknota za łonem, przyprawiona szczyptą fascynacji erotycznej? Ale czy aby na pewno to jasne? Może jednak przyda się jeszcze kilka egzaltowanych wyjaśnień? Czy narratorka nie powinna dopowiedzieć, że tym, co łączy ją z Kingą, jest „umowa najmu tożsamości” (rozdz. 13)? Czy nie powinna w trakcie innej lekcji biologii wykraść motylego kokonu (wiecie: alegorii zatrzymanego rozwoju, nierozłożonych nigdy skrzydeł *wink wink*), by po kilku miesiącach przyglądać się z nostalgią, jak uschnięta powłoka obraca się w pył i przemija niczym bliskość między przyjaciółkami (rozdz. 11)?
Jeśli do tego prowadzi słynny „poetycki warsztat”, to broń nas, panie, przed poezją i skaż tę garstkę jej czytelników na jakieś pokutne męki. Najgorsze bowiem dopiero przed nami, książka musi być przecież zwieńczona finalną eksplikacją. A ta wprowadzona zostaje poprzez szczegółowe wspomnienie udziału głównej bohaterki w dziecięcym konkursie recytatorskim, w trakcie którego zrozumiała, na czym polega autokreacja:

niesamowitość słowa pisanego, które można mielić i mielić w swojej głowie, w swoich ustach. I jeśli robi się to wystarczająco długo i wystarczająco wprawnie, nagle to słowo, nieważne, jak bardzo wymyślone, może stać się całkowicie prawdziwe. Nie ma takich światów, których nie dałoby się zmyślić pisaniem (rozdz. 28).

Przewrotne, prawda? Czy to deklaracja metaliteracka, czy może naświetlenie źródła strasznej historii autodefinicyjnej niemocy? Agnieszka nie może dotrzeć do prawdy na temat tego, kim jest, bo od dziecka była tresowana do oszukiwania samej siebie! W końcu nawet na studiach dorosła już bohaterka wie jedno:

że nie pasuj[e], że nie jest[] stąd. I cały czas mus[i] tylko udawać, udawać, udawać.

Udawać i kłamać (rozdz. 21).

Nie bez znaczenia jest intonacyjne podkreślenie ostatniego zdania poprzez umieszczenie go w osobnym akapicie. Halber wie, w które strunki uderzyć, żeby z jednej strony nie nadwyrężać intelektu swoich czytelników, a z drugiej – zasiać w ich głowach wątpliwości. Historia przecież nie jest czarno-biała, „udawanie” to nie tylko męka głównej bohaterki, lecz także wyraz jej lawirowania po moralnej szarej strefie. Dużo w tej narracji dzieje się po to, byśmy nie mogli bezwzględnie polubić Agnieszki, potraktować jej jak ofiary, uruchomić empatycznego trybu lektury. Ale te godne pochwały próby obrony przed naiwnością nie załatwiają sprawy. Niewiele bowiem znaczą wrzucone w wyobraźnię fabularną, porządkowaną przez toporne alegorie. A jeszcze mniej – w zderzeniu z narracją opartą na tak egocentrycznych zasadach, że jest w stanie pozorować zainteresowanie całym światem jedynie po to, by wyartykułować parę nużących fantazji na temat odkrywania podmiotowości pierwszoosobowej narratorki.

I tak – w ostatnich paru latach ukazało się wiele polskich książek prozatorskich, które wywoływały u mnie podobne wątpliwości i analogiczną frustrację. Część z nich była napisana gorzej niż Strużki. I pewnie niesłusznie Halber dostaje się ode mnie bardziej i boleśniej niż tym wszystkim powieściom czy autobiograficznym wariacjom, o których nie napisałam. Pewne problemy muszą się jednak skumulować (czy to w skali, czy w skomplikowaniu), żebyśmy dojrzeli ich znaczenie.

Wyklarowanie części spośród przedstawionych wyżej opinii i rozpoznań zawdzięczam udziałowi w dyskusji wokół książki Marii Halber zorganizowanej przez Koło Literatury Najnowszej UJ. Serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom spotkania, a szczególnie pani Oliwii Gembalczyk, z której uwagami wygłaszanymi w trakcie rozmowy zgadzałam się w znacznym stopniu.