Felietony

Bicie piany, janusze i wściekłe psy

Weronika Gogola
1558 odsłon
Barcode

Polski internet aż kipi od dyskusji na temat wprowadzenia jednolitej ceny książki. Prawdopodobnie będzie wrzeć, aż nie wykipi cała zawartość mamałygi, bo tak można by poetycko i pieszczotliwie nazwać wszystkie literackie dyskusje. Pardon, okołorynkowe. Tych literackich przecież już dawno brakuje, i nawet jeśli jakaś księgarnia zapowiada spotkanie krytyków na temat konkretnych książek i zjawisk, z reguły pierwsze dwadzieścia minut rozmowy dotyczy samych zaproszonych, a kolejne dwadzieścia – tego, co dany autor i autorka robią na Facebooku i Instagramie. Zostaje dziesięć minut, podczas których krytycy oceniają książkę, często na zasadzie: nie wiem, w sumie mi się podobało, albo jeszcze prościej: fajne–niefajne. Zdarza się, że wygłoszą całkiem interesującą tezę, ale na rozwinięcie jej nie ma już czasu. Brakuje mi w Polsce takiego formatu jak ten, który śledzę na Słowacji, czyli Literarný kvocient (na wzór niemieckiego Kwartetu Literackiego), gdzie w każdym odcinku szczegółowo omawia się książki dwóch słowackich autorów czy autorek, bez uwzględniania ich aktywności pozapisarskich. Dyskusja skupia się na konkretnych dziełach i warsztacie; przeróżne strategie pisarskie rozkłada się na czynniki pierwsze, nie brakuje także złośliwości i ostrej krytyki (takiej w Polsce też już prawie nie uświadczysz, bo wszystkim pomieszały się role: krytycy są pisarzami, wydawcami, moderatorami, jurorami nagród i są na tyle zsieciowani, czy może raczej: uwikłani, że boją się ryzykować ostrzejsze sądy, żeby w przyszłości koleżanka czy kolega również potraktowali ich twórczość przychylnie).

Trudno porównywać rynek słowacki z polskim, bo liczba potencjalnych czytelników, a więc konsumentów literatury w milionach, jest znacząco różna. Znajduję jednak wiele podobieństw, na przykład w kwestii tego, co uznaje się za sukces sprzedażowy, a co nie (piszę o literaturze pięknej, bo ta i w jednym, i w drugim kraju ma się sprzedażowo najgorzej). Powiem tak: jest podobnie, czyli trzy tysiące sprzedanych egzemplarzy zwracają koszty produkcji (plus minus). Ale skoro liczba obywateli tak drastycznie się różni, czy w ogóle mogę mówić o jakimkolwiek podobieństwie? Sukces trzech tysięcy na Słowacji nie jest przecież tożsamy z sukcesem trzech tysięcy w Polsce. Podobnie z recenzjami: autorzy i autorki w obu krajach narzekają na ich poziom a – przede wszystkim – liczbę. Człowiek namęczy się jak wół zaprzęgnięty do pługa, pisze tę swoją książkę wytrwale, albo i mniej wytrwale, w każdym razie ogniskuje pewien rodzaj wysiłku i energii twórczej, żeby potem, jeśli jest dobrze spozycjonowany, doczekać się raptem trzech recenzji! W porywach do pięciu – ale na to mogą liczyć tylko szczęśliwcy albo szachrajki. Z braku laku (czytaj: dyskusji o samej literaturze) mamy mamałygę, czyli niekończące się dyskusje o rynku, jego patologii, potrzebie zmiany i tak dalej. Ale mamałyga jak to mamałyga: kipi, bulgocze, później przypala się do dna garnka i nie ma chętnego, który pochwyciłby drewnianą łygę i porządnie w tym garnku zamieszał. Bulgocząca, rozklejona masa przywiera do dna i przypala się, zostawiając nieprzyjemny swąd. A przecież wystarczy otworzyć okno! Tyle że w Polsce okno otwiera się wyłącznie po to, by zniwelować smród spalenizny, na sekundę zaledwie, a następnie zamyka się je szczelnie i wszystko znowu się kisi, kisi, kisi.

Obserwując polski świat literacki równocześnie ze słowackim, widzę również wiele różnic. Przede wszystkim w biciu piany. Słowacy raczej nie tracą energii na niepotrzebne rozemocjonowanie, podczas gdy w Polsce wokół wszystkiego robi się wielką szopkę. Dlaczego Słowacy są tacy „nieruchawi”? Chyba dlatego, że z miejsca zakładają, że na literaturze pięknej nie zbiją kokosów. To fakt, z którym trudno walczyć. Może nieco smutny, ale dający ogromną wolność artystyczną, bo pisze się książki z jakiegoś wewnętrznego impulsu, a nie dla chwały, pieniędzy i Bestsellerów Empiku (udział w tej gali jest trochę jak pozwolenie na dymanie się w paszczy lwa, a jednak ludzie to robią, bo każdy chce dostać pieniek z logiem znanej sieci). Na Słowacji panuje pewna rezygnacja – Słowacy zresztą uważają, że to źle – tymczasem w Polsce króluje kalkulacja, o czym pisałam we wcześniejszym felietonie. Nasi rodzimi twórcy i twórczynie kalkulują, bo każdy chce, żeby wokół książki rozpętało się chociaż małe, chociaż dwutygodniowe bicie piany, które podniesie sprzedaż na Bonito. Ale wokół książek i samej literatury pianę bije się mozolnie, a efektem może być tylko zsiadłe mleko. Lepiej bije się pianę wokół otoczki, nie samej prozy. Na przykład wokół wydawnictw. Na Słowacji czegoś takiego po prostu nie ma, wydawnictwa stoją raczej w cieniu.

Świetnym porównaniem z ostatnich miesięcy będzie tutaj Nobel dla Jona Fossego. W Polsce wybuchł niesamowity szał wokół małego wydawnictwa ArtRage – zdjęcia, komentarze, jakby polska drużyna wreszcie strzeliła gola, wywiady z wydawcami, narracja wokół „zdobywania” Fossego, jednym słowem: kilka tygodni bicia piany, a recenzji noblisty jak na lekarstwo. Nie odbieram oczywiście wydawcom z ArtRage ich radości i szczęścia, cieszę się z ich sukcesu, ale pamiętajcie, drugie oko skierowane mam w stronę słowacką. Tak się składa, że tutaj Fossego również wydaje małe (konkretnie jednoosobowe) wydawnictwo Petera Milčáka, Modrý Peter. Podczas gdy w momencie ogłoszenia Nobla ArtRage miał na koncie jeden tytuł Norwega, Modrý Peter miał ich siedem, w tym poezję, eseje, a nawet książkę dla dzieci. Zerkam zatem na social media słowackiego wydawnictwa i widzę radosny post ze zdjęciem wydawcy, autora i jego żony a zarazem tłumaczki Anny Fosse (Słowaczki, a nie, jak piszą polskie media, osoby ze „słowackim pochodzeniem”), mieszkających zresztą rzut beretem od Bratysławy, bo w Hainburgu. Entuzjastyczny post. Jeden post! Trudno mi więc nie zadać sobie pytania, czy Polacy nie emocjonują się za bardzo i czy nie przeżywają za mocno wszystkiego, co wokół literatury, zapominając o podstawowej kwestii: że książki trzeba czytać i omawiać, żeby ta literatura mogła żyć. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby żoną Fossego była Polka? Udzieliłaby już kilku wywiadów i dostała okładkę w „Wysokich Obcasach”, a któryś z akademików już szukałby polskich śladów w prozie jej męża. Tymczasem co na Słowacji? Ano nic. Zerkam na stronę wydawnictwa. Trylogia Fossego wyprzedana. Bez bicia piany. W każdym społeczeństwie jest przecież ta garstka ludzi, którzy śledzą corocznych noblistów i nie potrzebują szczególnej zachęty, żeby ich czytać. Wyzwaniem natomiast dla każdego ze społeczeństw jest zapewnienie takiego systemu edukacji, który poszerzy tę grupę zainteresowanych. Ale to temat na zupełnie inny felieton.

Pewnego rodzaju histeria, podkręcana oczywiście świadomie i zaczepnie przez ArtRage, nie jest w naszym kraju niczym nowym. Od kilku lat panuje moda na małe wydawnictwa, da się dostrzec swoiste uwielbienie i heroizację ich działań (nie twierdzę, że nie zasługują na wsparcie). Nie trzeba być jednak wnikliwym obserwatorem, by zauważyć, że każde takie małe wydawnictwo po wykorzystaniu swoich pięciu minut zostaje odesłane do lamusa, bo przecież pojawia się nowe, fantastyczne, niszowe i niezależne, wokół którego będzie można bić pianę, ile wlezie. Ciekawe, że większość wydawnictw zdaje się ignorować fakt, że poprzedni po tej fali uniesienia polegli (są i tacy, oczywiście, którzy ciągną ten wózek bez bicia piany, jak kierowane przez kobiety wydawnictwo Pauza czy Tajfuny), i nie stara się myśleć długoterminowo, czepia się jedynie tych swoich pięciu minut, jak Twardowski Księżyca, a potem spada z hukiem, sprzedając swoje książki po piętnaście złotych, bo kończy się licencja. W dyskusjach literackich też więcej uwagi poświęca się wydawnictwom niż samym książkom. Czy to nie zaburzona proporcja?

Oczywiście, wydawcy mają swoją rację. Nie odbieram im prawa do narzekania, rozumiem ich, ale dziwi mnie fakt, że nie podejmują konkretnych działań. Podobno problem leży w tym, że środowisko nie potrafi się skonsolidować i podczas prób wymuszania wprowadzenia nowych zasad dystrybucji, pojawiają się “łamistrajki”. Oczywiście wynika to z sieci powiazań między wielkimi molochami wydawniczymi, a konkretnymi dystrybutorami. Rozumiem więc frustrację. Ale zadaję sobie pytanie, dlaczego literatura ma być w Polsce polem walki? Na wszystkich frontach? Wydawanie w Polsce to droga przez mękę, prawdziwy poligon, a wojna cenowa dotyka wszystkich, najbardziej jednak autorów i autorki. Czy nie da się jednak inaczej? Spotykam się w Bratysławie z Filipem Ostrowskim i Jurajem Koudelą, założycielami wydawnictwa Absynt, które działa na słowackim rynku niemal dekadę i weszło także na rynek czeski. Pytam ich o temat jednolitej ceny książki na Słowacji – nie, nie powraca tutaj jak bumerang. W zasadzie nikt tej dyskusji nawet nie otwiera. Pytam o dystrybutorów – tak, również żądają wysokich rabatów, chociaż nie tak wysokich, jak w Polsce. Specyfika Słowacji różni się od tej polskiej zasadniczo. Słowacja jest tak mała, że wszyscy tutaj się znają, a więc rozmawiają ze sobą bezpośrednio. Jednym słowem, wszystkim biorącym udział w procesie powstawania i życia książki zależy na tym, aby jej cena była adekwatna do wysiłku włożonego w produkcję. Niska cena nie jest orężem walki biznesowej, bo wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że kopią do samej bramki (oczywiście, układy panujące na Słowacji nie są idealne i pozbawione napięć, niemniej istnieje tutaj coś, czego brakuje w Polsce- próba osiągniecia porozumienia). Rabaty tutaj nie osiągają takiego poziomu jak w Polsce (co zresztą regulowane jest przez prawo), dystrybutorzy nie zalegają z płatnościami jak to jest w zwyczaju w kraju nad Wisłą. Oczywiście na Słowacji istnieją wielkie firmy odpowiedzialne za dystrybucję, takie jak IKAR czy Albatros, ich działania są jednak nastawione na pewnego rodzaju partnerstwo – czy też, mówiąc mniej idealistycznie, na obopólny zysk. Wszystkim zależy na tym samym: sprzedać książkę jak najdrożej, żeby każdy z biorących udział w procesie jej tworzenia mógł jak najwięcej zyskać. Kluczowym dla mnie jest jednak fakt, że wydawcy po prostu są w stanie dojść do względnego porozumienia z dystrybutorami. Dlaczego, pomimo powracających narzekań ze strony wydawców, taka rozmowa jest w Polsce niemożliwa? Czy sztuka dialogu jest naprawdę nieosiągalna?

Skoro temat jednolitej ceny książki na Słowacji nie istnieje, to co gryzie tutejszych wydawców i twórców? Jakiś czas temu Martinus, jedna z największych słowackich sieci księgarń i największy sprzedawca internetowy w tym kraju, wprowadził kontrowersyjny projekt antykwariatu w ramach swojej firmy. Możesz oddać przeczytaną książkę i otrzymać za nią punkty, a książka zostanie ponownie sprzedana na stronie Martinusa, za odpowiednio niższą cenę. Projekt podniósł wśród słowackich wydawców larum, nie ma jednak przymusu uczestniczenia w nim. Chciałam zapytać o wpływ takiego drugiego, niezupełnie koszernego obiegu na sprzedaż, ale wydawnictwo Absynt nie działa w ramach tego programu, chociaż oczywiście sprzedaje swoje książki za pośrednictwem tej sieci. A skoro już jesteśmy przy Martinusie, zróbmy mały eksperyment na mojej osobie. Wchodzę na stronę księgarni. Moja książka Ufo nad Bratysławą kosztuje 16,70 euro. Wchodzę na stronę Bonito – ta sama książka w polskim, pierwotnym wydaniu kosztuje 27,99 zł. Widzicie różnicę? Dla pikanterii dodam jeszcze, że sprzedaż w obu krajach na razie plasuje się na podobnym poziomie (oczywiście na Słowacji książka sprzedaje się lepiej, bo każdy lubi czytać o sobie, a w Polsce Słowacja nikogo tak naprawdę nie obchodzi). Dodam jeszcze, że książka wyszła w Polsce w 2021, a na Słowacji w 2022. Póki co, zarówno do wydawców jak i dystrybutorów wróciły pieniądze ze sprzedaży (nie twierdzę oczywiście, że do ich kieszeni, jestem świadoma, że pozostają w obiegu) – do mnie na razie nie. Książkę zaczęłam pisać ok. roku 2018, 2019. Dlaczego o tym piszę? Bo chyba najbardziej irytuje mnie w tych niekończących się dyskusjach pomijanie autorów i autorek. A to my jesteśmy największymi prekariuszami tego układu. W niedawnym felietonie dla „Polityki” Grażyna Plebanek i Sylwia Chutnik pisały: „przecież dzięki naszej pracy istnieją firmy i instytucje, zatrudniające mnóstwo ludzi na etatach, którym opłaca się składki emerytalne i ubezpieczenia zdrowotne. Na efektach pracy autorów i autorek zarabiają wydawcy, dystrybutorzy, księgarze, bibliotekarki, organizatorzy festiwali literackich, osoby zatrudnione w placówkach kulturalnych w Polsce i za granicą” i dodają jeszcze: „Zatrudniani na umowy zlecenia, płacimy podatki, ale nie mamy emerytur. Pracujemy, a jesteśmy niewidoczni dla systemu”. To my, piszący, jesteśmy tutaj najbardziej poszkodowani. Czy kiedy widzę, że mój wysiłek i miesiące pracy są sprzedawane za dwadzieścia złotych, irytuję się? Oczywiście, że tak. Pisałam, że na mojej książce zarobili już wszyscy, tylko nie ja. Ktoś powie, że to niesprawiedliwe, bo przecież dostałam jakieś zaliczki. Tak, dostałam. W sumie o wartości trzech miesięcznych wynagrodzeń. Wypłacane w trzech ratach, w przeciągu dwóch lat. Czy jestem więc za tym, żeby książka była droższa? Tak, jestem.

W dyskusji o jednolitej cenie książki, którą śledzę (co prawda jednym, na dodatek zalepionym mamałygą okiem), padły dane dotyczące wynagrodzeń dla autorów. Według nich większość osób piszących w Polsce zarabia od dziesięciu do dwunastu procent z ceny zbytu, (która wynosi około dwudziestu złotych za egzemplarz). Niektórzy tak, ale są i tacy, którzy otrzymują wynagrodzenie siedem–osiem procent z jakichś siedemnastu złotych. Policzmy więc. Za dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy (liczbę podaję z fantazją, bo oczywiście tylko nieliczni ją przekraczają) autor zarobi jakieś trzynaście tysięcy złotych, czyli mniej więcej dwumiesięczne średnie wynagrodzenie w Polsce, które podaje GUS. Szkopuł w tym, że większość osób zajmujących się w Polsce tzw. literaturą piękną tych magicznych dziesięciu tysięcy sprzedanych egzemplarzy nigdy nie przekroczy. Ba, nie może nawet liczyć na połowę z tego sukcesu. Może to i dobrze, że ArtRage (to, że wyżej trochę się z nich podśmiewywałam, nie oznacza, że nie doceniam dobrych rzeczy, które robią) podaje co jakiś czas swoją sprzedaż, a ostatnio również nakłady, zadając kłam iluzji, że te wciąż jeszcze są wysokie. Nie, są śmiesznie niskie. Wydawnictwa decydują się na bardzo małe nakłady, a potem obserwują losy książki (w kraju, gdzie nikt nie czyta, nie można liczyć na szacunek prawdopodobieństwa, a jedynie na kapryśną fortunę) i w razie potrzeby dodrukowują kolejne, równie niskie nakłady. Są oczywiście wyjątki, konie pociągowe, które już przed wydaniem mają zapewnić wydawcom sukces. Tyle że jest takich pewniaków niewiele (a i one mogą zawieść). Reszta to nawet nie nakłady, ale rzuty.

Nie mogę również przejść obojętnie obok danych podanych w rozmowie „Dwutygodnika” z Magdaleną Dębowską i Michałem Michalskim pt. „Dla wydawcy zostaje dwa procent”. Dębowska rozkłada na czynniki pierwsze umowną cenę okładkową 55 zł. Cytuję: „Na tę cenę składają się: honorarium dla autora lub autorki – 8 procent, przekład – 7 procent, redakcja oraz korekta – 2,5 procent, okładka – 1 procent, skład i łamanie – 1,5 procent, druk – 10 procent, magazyn i logistyka – 3 procent, promocja i marketing – 5 procent, VAT – 5 procent, marża dystrybutora – 55 procent. Dla wydawcy zostaje 2 procent”. Bardzo cenię sobie wszystko, co robi wydawnictwo Karakter (to wydawnictwo proponujące aturom godziwe stawki, co w Polsce jest wyjątkiem) ale chciałabym tę wypowiedź trochę zniuansować, ponieważ wydaje mi się, że kilka kwestii mogło tu umknąć, a chciałabym, żeby nasi czytelnicy i czytelniczki byli ich świadomi. Koszty stałe, które ponosi wydawca w trakcie trwania licencji na książkę to druk, magazyn i logistyka, VAT, tantiemy oraz marża dystrybutora. Pozostałe koszty, to koszty jednorazowe. Działam na tym rynku ponad dziesięć lat, przyjaźnię się nie tylko z osobami piszącymi, ale też wydawcami, księgarzami, tłumaczami (sama okazyjnie tłumaczę), grafikami i osobami odpowiedzialnymi za skład. Dlatego chciałabym zniuansować tę wypowiedź, aby osoby zainteresowane miały pełny obraz. Autorzy i autorki, tłumacze i tłumaczki oraz większość osób odpowiedzialnych za redakcję i korektę, oraz okładkę funkcjonuje jako freelancerzy. To znaczy, że wydawcy nie opłacają ich składek (pamiętajmy, że nie wszystkie wydawnictwa mają stałe redakcje). Większość tych osób działa na samozatrudnieniu, albo jest ubezpieczana przez osoby partnerskie. Liczne grono pisarzy i pisarek, które znacie z mediów, nagradzanych i lubianych przez was, po prostu nie posiada ubezpieczenia zdrowotnego. Wynagrodzenie dla nich jest więc kosztem jednorazowym. W związku z tak nisko ustanowionymi procentami sprzedaży od (uwaga!) ceny zbytu, a nie ceny okładkowej (tylko nieliczni dostają takie warunki) zaliczka jest jedynym wynagrodzeniem. Wg raportu K. Boni, „Analiza zarobków pisarskich w latach 2017-2021″, przygotowanego dla Unii Literackiej, średnia wysokość zaliczki za prozę wynosi : 13 429 PLN. I to są z reguły jedyne pieniądze, jakie zobaczą wasi ukochani autorzy i autorki. Nie muszę mówić, że wynagrodzenie dla redakcji i korekty jest odpowiednio niższe. Praca nad okładką wymaga przygotowania kilku projektów, co wymaga czasu i wysiłku, ale płaci się tylko za ten końcowy i gwarantuję wam, że wynagrodzenie nie wystarczy na zapłacenie miesięcznej składki ubezpieczenia, jeśli macie swoją działalność. Kontrowersyjna jest również kwestia wynagrodzenia dla tłumaczy i tłumaczek. Zastanawialiście się, dlaczego chętniej wydaje się prozę zagraniczną niż tę rodzimą? Tłumaczenia są wspierane grantami ze strony instytucji analogicznych do polskiego Instytutu Książki. W zależności od kraju wysokość tych grantów jest inna, niemniej pozwalają one pokryć w całości albo częściowo wynagrodzenie za przekłady. Sprawdźcie stopki redakcyjnie w książkach i upewnijcie się, czy wydanie książki zostało wsparte przez Instytut Francuski, Norweski, czy Słowacki. Na Słowacji wsparcie jest niskie i maleje z roku na rok – kiedy ponad dziesięć lat temu tłumaczyłam pierwszą książkę, było wyższe niż teraz. Dane o środkach przyznanych na przekłady książki są z reguły danymi dostępnymi publicznie. Nawet jeśli grant nie pokrywa całkowitych kosztów tłumaczenia, robi to przynajmniej częściowo. Tłumacze i tłumaczki otrzymują za jeden arkusz honoraria wynoszące średnio od 700 do 1000 zł. Przeciętna książka posiada ok. 7 arkuszy wydawniczych. Jeśli chodzi o koszty promocji, również nie są one współmierne. Przy takiej nadprodukcji, za jaką odpowiedzialne są liczne wydawnictwa, inwestuje się w promocję jedynie niektórych pozycji, a to z reguły w okresie trzech miesięcy od premiery. Pamiętajmy, że każde dane należy zniuansować.

Wróćmy jeszcze do samej ceny książki. Aktualnie na Słowacji sięga nawet 20 euro za sztukę. Czy ludzie przestali je kupować (to najczęstszy argument wysuwany w Polsce)? Nie, nie przestali! Książka nie jest jak masło, nie kupuje się jej co trzy dni. Jeśli ktoś do tej pory kupował książki, będzie je kupować. A jeśli tego nie robił, niższa cena nie przekona go do sięgnięcia po literaturę. Czy Słowacy kupują mniej niż kiedyś? Tak, po pandemii nastąpił spadek sprzedaży, tak jak w Polsce, chociaż oczywiście nie dotyczy on wszystkich gatunków. Obrót wydawnictw się jednak nie zmienił – ludzie kupują mniej, ale drożej. Wydawcy i autorzy nie są więc na tym stratni. Swoją drogą, na Słowacji, podobnie jak w innych cywilizowanych państwach, nie wypłaca się autorom tantiem od śmiesznej ceny zbytu. A w Polsce wiadomo – koszty produkcji mają być jak najniższe, a pierwszą osobą, na której się oszczędza, jest ta pisząca, de facto dostarczająca produkt. Bez nas wydawalibyście puste kartki! Czy to tak trudno zrozumieć?! A co z faktem, że książek wychodzi mniej? Czy to naprawdę źle? Nadmiar przecież jest jedną z głównych przyczyn patologii w Polsce – wydaje się w amoku, wydaje się krocie, wydaje się dużo, szybko i niechlujnie, licząc na to, że w tej masie, w tym zasiewie coś załapie i wyrośnie. Bo polski świat wydawniczy to świat januszów biznesu, czy tego chcemy, czy nie. Ma być z rozmachem, dużo, na bogato i według słupków sprzedażowych. Mentalnie nie wyszliśmy z lat dziewięćdziesiątych. Od odzyskania niepodległości nie zrobiliśmy nic w temacie rozwoju czytelnictwa, ale wydajemy, wydajemy na potęgę, jesteśmy jak fabryki szmelcu na Tajwanie. Kiedy dyskutowałam o tym z Filipem Ostrowskim, zaskoczył mnie bardzo informacją, że w rozmowie, na którą w Słowacji wciąż jeszcze jest przestrzeń – udaje mu się na przykład przekonać dużą sieć księgarń, że jakąś książkę należy eksponować nie dlatego, że świetnie się sprzeda, ale po prostu ze względu na jej znaczenie. W Polsce nie ma miejsca na rozmowę, ma się sprzedawać i tyle. Dlatego książka jako produkt jest wymyślana pod hashtagi, odpowiadające aktualnym, gorącym tematom, książka ma być rzutką lotką do sukcesu. A lotka jak to lotka – raczej tania.

Pewnie wiele osób odbierze ten felieton jako atak na wydawców. Nie, nie atakuję ich. Świetnie rozumiem ich bolączki, ale nie mogę znieść pomijania w dyskusji o rynku osób najważniejszych, czyli nas – autorów i autorek. Co mamy zrobić, jeśli chcemy podejmować się w pisaniu wyzwań artystycznych? Jak szukać wolności? Co mamy zrobić, żeby przerwać bicie piany i zastąpić je prawdziwą, żywą dyskusją o literaturze? Może powinniśmy zacząć szczekać? Szczekać jak wściekłe psy?